n e v e r l a n d d

- ANTISOZIALISTISCHE ELEMENTE - *** TA MI OTO PRZYPADŁA KRAINA I CHCE BÓG, BYM W MILCZENIU TU ŻYŁ * ZA TEN GRZECH, ŻE WIDZIAŁEM KAINA ALE ZABIĆ NIE MIAŁEM GO SIŁ *** " DESPOTYZM przemawia dyskretnie, w ludzkim społeczeństwie każda rzecz ma dwoje imion. " ******************** Maria Dąbrowska 17-VI-1947r.: "UB, sądownictwo są całkowicie w ręku żydów. W ciągu tych przeszło dwu lat ani jeden żyd nie miał procesu politycznego. Żydzi osądzają i na kaźń wydają Polaków"

Archiwum

VISITORS

POGODA

LOKALIZATOR

A K T U E L L






bezprawie.pl
"Polska" to kraj bezprawia

27 grudnia 2008

Hoboken

Ameryka
Po sześciu latach nicnierobienia w Nowym Jorku zachciało mi się pisać i tak przyszła z przeszłości moich przodków Wileńszczyzna. Mimo, że pisałem po angielsku, a może dlatego właśnie.
Chciała żyć, nie odejść.
Rok był 1990. W Ameryce. Zaraz zaczęły przychodzić zaproszenia z fundacji na pisarski pobyt rezydencki, od New Hampshire po Kalifornię. Wybrałem Wyoming, bo oferowało ranczo, prerię, góry Skaliste, głęboką Amerykę, zaproszenie na ćwierć roku. Postanowiłem pojechać tam samochodem.
Który najpierw trzeba było nabyć.
Hoboken w New Jersey to pierwsze miasteczko na stałym gruncie Ameryki, patrząc z Manhattanu. Nie słynie z dealerów używanych samochodów, lepiej byłoby pojechać na Brooklyn. Ale jakoś mnie ciągnęło, żeby wybrać samochód w Hoboken. No to Hoboken.
Ciekawa sprawa, z tym naszym wewnętrznym głosem. Bo ruszę niedługo w kontynent amerykański, podróż długą, z momentami, i bez dobrze funkcjonującego instynktu, intuicji, przeczucia (czego część nazywamy w naszej kulturze sumieniem), słowem bez dobrej komunikacji między naszą świadomością a tym o co chodzi, nasze szanse na dotarcie do celu takiej podróży spadają praktycznie do zera. Wystarczy poczytać mity. One - dziś w formie powieści, filmów, gier komputerowych - jak religie, dawno by już wyszły z obiegu, gdyby sprzedawały kit, nie przydawały się w praktyce.
W tym kontekście jest bardzo ciekawe, że nasz "głos wewnętrzny" jako sygnał jest zasadniczo zawsze słaby. W kościółkach-plemionkach protestanckich, które w tej podróży pospotykam, pastorowie będą go dosłownie w ten sposób wiernym opisywać, jako "still small voice", mały cichy głos. Potem będzie kongregacja przewracać cicho kartki w swoich hymnałach, po takim kazaniu, stosowny hymn ten czy tamten wyszukując, i śpiewać słodko i harmonijnie przez dwie, trzy minuty o tym właśnie małym cichym głosie. Prawie jak o Dzieciątku Jezus. Prawie, że się modląc do niego. W praktyce o to będzie chodzić: o skupienie się na nim, medytację, przysposobienie się do lepszego jego wyłapywania. Mówiąc językiem opakunkowym: Bóg będzie starał się ich przez kłopoty i radości życia w ten sposób przeprowadzić.
Interesujące, że kiedy będę im się przysłuchiwał, tym sympatycznym protestantom w mojej podróży przez Amerykę, na ich niedzielnych nabożeństwach, czy podczas studiowania Biblii w środy, czy zwyczajnie jadąc gdzieś wspólnie samochodem i rozmawiając o sprawach, to nigdy od nikogo nie usłyszę, nikt z nich nigdy nie zapyta, ani pastor, ani wierny, ani dziecko nawet, że co to ten nasz Pan Bóg, w ciuciubabkę z nami się bawi? To nie mógł On tak zaplanować, żeby lepiej było słychać? Sygnał wzmocnić, antenę jakąś większą w nas cieleśnie wmontować? Nikt nigdy nie zapyta. Ludzie będą tracić wiarę, występować ze zgromadzeń, włącznie z pastorami, ale nikt jakoś nie zakwestionuje, że dlaczego ten głos, choć niby taki ważny, musi być taki przytłumiony. Ani razu przeciw głosowi tego od nich nie usłyszę.
I zdziwię was może w pierwszej chwili, jeśli powiem, że to właśnie dobrze o tym głosie świadczy. Bo ludzie, i ich pastorowie, tracą wiarę i odstępują od kościoła - i Kościoła, w wypadku katolików - ale czy kiedykolwiek ktoś powiedział, no koniec, wystarczy, dość już tego, odstępuję od małego cichego głosu? Powiedział ktoś kiedyś tak? Chyba wszyscy się zgodzimy, że ludzie jednak w ten sposób od Boga się nie odwracają. Choćby nie wiem jak na ich kościółek, czy nawet całą religię, się zdenerwowali, mały cichy głos zostawiają jednak w spokoju. A więc wiary, choćby nie wiem co mówili słowami, i co by im się wydawało w wyobraźni, w praktyce jednak nie odtrącają.
Z tym że, oczywiście, są problemy. Ludzie mają na przykład teraz tę gorączkę ekumenizmu. Nienaturalną pożywkę, można nawet powiedzieć narkotyk, porozumienia między religiami. Szanowania odmiennych doktryn, wypunktowywania tego co łączy, zamiatania pod dywan tego co dzieli. Organizują w związku z tym setki zjazdów, między swoimi, z innymi religiami, na tych zjazdach i nawet grubo przed nimi ich uczeni i politykowie religijni wchodzą z pasją na drabiny ze sznurkami, nożyczkami, piłkami w rękach, i przypiłowują, przycinają, podwiązują drzewka ich dogmatów, doktryn, tu brzozę, tam wierzbę, tam sosnę, inni buk, dąb, jesion, akację, jabłoń, rumianek, itd. Wymyślają co by tu jeszcze, aby tylko żadnej innej religii kształtem swojego pnia, gałęzi, łodygi, cieniem nawet na ziemi, nie obrazić.
Bardzo, muszę powiedzieć, mnie głos tylu światłych w naukach przecież ludzi dziwi. Bo czy nie widzą oni, że tu przeciez żyje im pod bokiem takie zgodne dla wszystkich objawienie, ten mały cichy głos, i nawet ten mały cichy głos swoim małym cichym głosem to im podsuwa, podsuwa... A oni jakby ciągle jeszcze usłyszeć tego nie umieją.
Na przykład w naszych Ewangeliach. Raz czy dwa Pan mówi o kwasie chlebowym, że do niego można przyrównać Królestwo Niebieskie. Że mała szczypta skryta w kilku miarach mąki (mowa chyba o trzech, a to dużo litrów) potrafi zakwasić wszystko... Tu, na płaszczyźnie technicznej, chciałbym tylko zauważyć, że Pan, choć wielkim rzemieślnikiem nie tylko Słowa, ale i słowa był - Jego porównania, metafory, krótka proza, był w tym prawie jak Dante i Milton - a jednak przyrównianie do kwasu chlebowego słabiej Mu się przyjęło w tradycji. Ludzie tego, mimo prawie dwóch tysięcy lat obecności na rynku, za bardzo nie kupili.
Ale za to jak rozkupili porównanie tyczące tego samego Królestwa Bożego stosujące ziarno gorczyczne! Oj, to poszło jak gorące bułeczki! Nie muszę się nawet zakładać, że nie ma chrześcijanina, któremu opowieść o ziarnie gorczycznym nie zasiała się w sercu głęboko: że takie oto to małe, jak kminek, czy nasienie sałaty nawet, a jakim krzewem i drzewem w rezultacie się staje! Aż ptaki - niebieskie - przylatują i odpoczywają na nim.
I właśnie tego głosu wewnętrznego, rozmiaru ziarnka kminku, nasienia sałaty, nam trzeba słuchać. O to chodzi. W pierwszych chwilach my często go nie rozumiemy, i często długo jeszcze po tym jak już faktycznie poruszamy się zgodnie z jego cichym planem. Ale on nie dlatego jest - jak chcielibyśmy mu to zarzucić - słaby i cichy, żeby nam utrudnić, tylko że ziarnem właśnie będąc, nasieniem, początkiem, zamierzeniem, planem, mały jest jeszcze w stosunku do tego, co ma z niego wyrosnąć. Krzew, krzak, drzewko, drzewo... Część świata naszego niezwykłego.

napisz do nas.
Hoboken - dobry wybór
Hoboken ? Świetny wybór. Byłem tam dwa dni i jestem oczarowany duchem tego miasta. Trafiłem akurat na włoski jarmark, który był kwintensencją unikalnego mixu amerykańskości i jednak eurpejskości. W ludziach, budynkach, powietrzu. Fajnie.
2008-05-12 20:20Szybszy014Polityka z punktu widzenia biznesuwww.szybszy.salon24.pl

GrudeQ



najpopularniejsze posty »
Czy Lwów i Wilno mogą być Polskie?Komentarze (65)
Uwagi nad Powstaniem ListopadowymKomentarze (64)
Polscy Pasożyci PaństwowiKomentarze (63)
Lech Wałęsa i jego CanossaKomentarze (61)
O argumentach głupich i głupszychKomentarze (61)



19 grudnia 2008

MĄŻ STANU

18.12.2008 -
ČLÁNKY A ESEJE
Kam vede McCarthyho Cesta? -Gdzie prowadzi DROGA McCarthy'ego-

Rozsahem nevelkou knížku Cormaca McCarthyho s názvem Cesta jsem mezi nejzajímavější a nejpodnětnější knihy roku 2008 nezařadil náhodou. V posledních letech jsem nečetl mnoho knih s takovým zájmem jako tuto. Když se člověku nějaká kniha líbí, nebývá schopen ji odložit, ale v tomto případě to pro mne neplatilo. Úmyslně jsem ji odkládal, abych vždy učetl jen malý kousek, protože jsem ji nechtěl jen tak „prolítnout“. Chtěl jsem si vychutnat každou její řádku. A to pomalu. Kniha je mistrovsky napsaná. Je nesmírně hutná. Jazyk autora je úsporný a originální. Recenzenti často přirovnávají jižana McCarthyho k jinému velkému americkému jižanovi, k Williamu Faulknerovi, ale já to tak vůbec necítím. Nemá smysl knihu popisovat, ta se musí číst. Jedná se o svět po nějaké přírodní či lidmi způsobené katastrofě. Země je spálená, šedá, zaprášená, nic zeleného tam není. Slunce je beznadějně skryto za neprodyšným smogem. Lidí zůstalo málo. Živí se zbytky, které zůstaly z éry před katastrofou. Touto beznadějnou pustinou putují otec se synem a usilují o holé přežití. Mluví spolu. Nic více a nic méně. Ale je to úžasná zkratka a úžasné podobenství.Na první pohled je to kniha ponurá a leckdo ji tak opravdu vidí (a proto ji nemá rád), já ji však považuji za velmi optimistickou. Skoro všechno se sice zhroutilo, ale McCarthyho „hrdinové“ – otec a syn – se nevzdávají. Jdou dále, radují se z maličkostí, z každého dne navíc, z každé klidné chvilky, i když je stále jasnější, že cesta nevede nikam. Podstatné je to, že vede dopředu. To vybízí k mnoha interpretacím a je nesporné, že si je každý bude dělat po svém. Sám McCarthy je hluboce křesťanský člověk a svou knihou se snaží sdělit čtenářům, že západní civilizaci – když nebe zmizelo – chybí Bůh. Ale kniha má poselství univerzálnější, oslovující i lidi jiné víry (nebo i nevíry). Metafyzické odlišování „hodných a zlých“ (v terminologii dítěte) je velmi silné.McCarthy ukazuje těm nepokorným, kteří si s naším světem chtějí hrát, zranitelnost dnešního vyspělého světa. Ukazuje podstatu života. Naznačuje, jak rychle může přijít zkáza. Že je možné, aby se stalo něco, na co člověk nemá sebemenší bezprostřední vliv. Jak snadno se může zhroutit celá civilizace. Jak některé věci ztratí svůj význam a naopak, že význam některých, do té chvíle podceňovaných věcí, nečekaně narůstá. K zamyšlení vybízí i rychlost, s jakou nastává rozpad jakýchkoli společenských struktur, jak nezastavitelně dochází k atomizaci lidské společnosti, vedoucí až k tomu, že se lidé před sebou skrývají. Přesto na vztahu otce a syna McCarthy ukazuje, jak je blízkost druhého člověka pro život klíčová – přežívají jedině díky vzájemné podpoře, respektu a naslouchání jeden druhému. Je to sice kniha vysoce moderní a dnešní, ale současně – v dobrém slova smyslu – až příliš „stará“. Vrací nám několik zásadních témat, která se již zdála být – „postmoderně“ – znehodnocena. McCarthy ví, že tomu tak není a být nemůže. Nemám rád běžnou science fiction literaturu, ale vím, že ta je ve svých vrcholech – kde nejde o uchvacovávání se výdobytky techniky, ale o modelování hypotetického světa – naprosto úžasná, zejména ve svých antiutopiích. I tato kniha je toho příkladem.
Václav Klaus,
anketa LN Kniha roku 2008,
Lidové noviny, 18. prosince 2008

7 listopada 2008

Ich złote ojro *

Złoty czy euro?
http://www.prawica.net/node/14081
Autor: Wojciech-Maltan, sob, 01/11/2008 - 23:44
Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej. Artykuł 227. 1. Centralnym bankiem państwa jest Narodowy Bank Polski. Przysługuje mu wyłączne prawo emisji pieniądza oraz ustalania i realizowania polityki pieniężnej. Narodowy Bank Polski odpowiada za wartość polskiego pieniądza

To XIX-wieczne postrzeganie państw i narodów, gdzie immanentną cechą suwerenności są język, waluta, państwowość. Dziś mamy inne postrzeganie rzeczywistości. Dziś niepodległość i suwerenność to jest silna gospodarka i zamożni obywatele. My zmierzamy do tego modelu - jest reakcja Nowaka na słowa prezydenta, który uznał, że własna waluta pozwala suwerennie kierować polityką gospodarczą.

Zasadniczo nie zgadzam się z ustami Tuska, mam również wątpliwości, co on rozumie przez koncepcję suwerenności i autonomiczną politykę finansową, dlatego chciałbym się odnieść nie tyle do uwag Nowaka, co do związków własnego pieniądza i suwerenności państwa.

Ponadto wydaje mi się, że sprawa jest tak poważna, że nie można jej sobie lekce ważyć i w tak pogardliwy sposób zbywać osoby otwarte na poważny dyskurs.

Jak przed kilku laty zauważył prof. Jerzy Kranz, nie zgadzający się jednocześnie na używanie terminu suwerenność walutowa oraz dowodzący korzyści z przystąpienia do Wspólnoty:


Nie ulega wątpliwości, że problemy związane z unią walutą są poważne i nieporównywalne z niektórymi innymi ograniczeniami państw w wykonywaniu ich kompetencji (por. Spór o suwerenność).

Dyskusja o euro (czy w ogóle o suwerenności) ma kapitalne znaczenie dla obywateli i ich pojmowania państwa i integracji europejskiej. Taka dyskusja może dostarczy informacji, które będą im potrzebne w podejmowaniu ważkich decyzji.

Cezary Kosikowski w Finansach publicznych i prawie finansowym tak odnosi się do kwestii wprowadzenia wspólnej waluty:


Natomiast dla Polski skutki wprowadzenia EURO mogą ujawnić się w obszarze stosunków w handlu zagranicznym oraz mieć znaczenie dla przepływu kapitału, a także wpływać na stan i strukturę długu zagranicznego. Przewiduje się zarówno optymistyczny, jak pesymistyczny scenariusz tych skutków.

Poniższy wybór zagadnień nie pretenduje do głosu tej w dyskusji, a jest li tylko próbą jej rozpoczęcia, obierając formę publicystyczną jaką bardziej przystępną.

1. Istota suwerenności. Samowładność i całowładność. Suwerenność zewnętrzna, czyli możność kształtowania stosunków z innymi podmiotami podług trzech zasad: wolności, wzajemności i równości. Suwerenność wewnętrzna, nadrzędna, niezależna, samodzielna władza państwowa. Prawnik i historyk Jan Baszkiewicz, wymieniając trwałe wartości ukonstytuowane w okresie średniowiecza, wskazuje i akcentuje kształtowanie się form politycznych dla rozwoju narodowego – państw suwerennych.

Odrębnego omówienia wymagałaby kwestia niepodległości i suwerenności, wielu komentatorów traktuje te terminy jako synonimy, stosując je zamiennie. Nie zgadzam się z taką interpretacją, uważam, że co najwyżej pojęcie wolności może być utożsamianie w pewnych warunkach z pojęciem niepodległości (zob. nota J. Piłsudskiego z 16 XI 1919r. do rządów państw: (...)odbudowanie niepodległości i suwerenności Polski stało się odtąd faktem dokonanym)

Stosunek do suwerenności często jest determinowany przez dyscyplinę naukową, jaką zajmuje się jego interpretator. Na przykład poglądy konstytucjonalistów mogą skrajnie różnić się od stanowiska prawników zajmujących się porządkiem międzynarodowym.

Jak słusznie się podkreśla suwerenność absolutna jest trudna do utrzymania, ponieważ państwa wchodzą w relacje, zawierają umowy, organizują się w różne struktury. To, co należy do kompetencji własnej państwa, określone jest przez aktualny stan jego zobowiązań prawnomiędzynarodowych - podkreślają autorzy podręcznika do prawa międzynarodowego W. Góralczyk i S. Sawicki. Dodać można, że chodzi tutaj o dobrowolne zobowiązania.

2. Jeżeli byśmy zaczęli analizę od kwestii historycznych, to musielibyśmy ze zdziwieniem przyjąć twierdzenia przedstawiciela premiera. Ekonomiści są zgodni, co do tego, że polityka pieniężna (nie koncepcje suwerenności!) w swojej obecnej postaci pojawiła się w XX, wtedy to nastąpiło zerwanie z ograniczoną rolą państwa. Do sławetnego Kryzysu doprowadzili etatyści, a nie wolny rynek – to już moja uwaga, a nie powszechna opinia, zaznaczmy, niestety – wtedy to zdecydowano się wzmocnić politykę w obrębie gospodarczym, ze szczególnym uwzględnieniem sfery monetarnej.

Przyjmijmy więc za cezurę rok 1933, te wydarzenia stały się bodźcem do wyznaczania nowej polityki pieniężnej. Nie ma co się łudzić, że obecny kryzys będzie nauczką dla polityków, wprost przeciwnie, skupią się oni na przekonywaniu Nas, że tylko scentralizowana władza ( bez znaczenia, czy państwowa, czy supranarodowa, czy nowe ciało o szczególnych kompetencjach) jest w stanie odpowiednio zareagować.

Możemy cofnąć się do czasów monarchii, psucia monet, osłabiania siły nabywczej pieniądza – czy nie lepiej byłoby porównać Kaczyńskiego do zachłannego despoty? Odwołać się na przykład do koncepcji J. Bodin'a.

Poszedłbym nawet dalej, cuda premiera Tuska przypominają o pewnej mitycznej postaci. W tej konfrontacji trudno wskazać zwycięzcę: złotoręki czy złotousty?

3. Czy suwerenność monetarna jest przeżytkiem? Najprościej byłoby zapytać się, o to te państwa, które nie zrezygnowały z własnej waluty. I rzeczywiście, w tych krajach dostrzega się pewne cechy z XIX wieku: przedsiębiorczość, oszczędność, szacunek dla własności prywatnej et cetera. PO deklarowała poparcie dla tych wartości. I na deklaracjach się skończyło.

Włodzimierz Siwiński Ekonomia dla Prawników. Rozdział: Gospodarka światowa analizuje zjawisko integracji, dostrzegając korzyści z niej płynące, ale i wyrzeczenia ze strony państw:


Wzrost międzynarodowej integracji powoduje narastające uzależnienie krajów. (...) Bezprecedensowym wydarzeniem jest dobrowolne wyrzeczenie się własnej waluty uważanej za jedną z ważniejszych cech suwerenności państwowej. Oczywiste jest także, że kraje będące członkami unii walutowej nie mogą prowadzić własnej polityki pieniężnej wobec tego powierzają ją organom ponadnarodowym.

Autor uważa, że jeżeli zmiany są korzystne rezygnacja państwa z tej kompetencji nie powinna budzić niczyich obaw. W przedstawionym stanowisku brakuje jednak bilansu zysków i strat.

Skąd to przywiązanie do zbawczej roli euro, jakby państwa z tą walutą ominęła zapaść finansowa. Biedną Islandię przekonuje się, że ratunkiem dla niej jest przyjęcie wspólnego pieniądza. A wystarczy posłuchać naszego premiera, mówiącego, że My nie doświadczamy podobnych problemów. Czy złotówka przeszkadza ekipie Tuska uczynić polską gospodarkę silną a obywateli zamożnymi?

W tej sytuacji można odwołać się do przenikliwości polskiego obserwatora z XVI wieku, który przestrzegał, że rozwijają się te kraje, które mają dobrą monetę, upadają zaś i giną te, które używają złej. Z pomocą przychodzi też Rober Gwiazdowski, w Dzienniku zwięźle i trafnie opisał zjawisko zachłyśnięcia się europejskim pieniądzem:

Argumenty zwolenników euro są na poziomie argumentów za proszkiem do prania: "Ten wypierze lepiej!". A tak naprawdę co to jest za argument, że dzięki euro będzie szybszy wzrost gospodarczy? Jakim cudem? Jaki jest związek między kolorem farby na papierze waluty będącej oficjalnym środkiem płatniczym a tempem wzrostu gospodarczego? Makroekonomiści, którzy używają takich argumentów, nie mają zielonego pojęcia, co się dzieje w realnej gospodarce.

Drugi argument. Będzie bezpieczniej. Bardzo przepraszam, ale pierwszy z drugim jest sprzeczny! Jak się chce jechać szybciej, to się jedzie mniej bezpiecznie.

Dyskusja o wspólnej walucie sprowadza się nie do tego, czy wprowadzić, ale kiedy wprowadzić. Jednym tchem wymienianie są zalety, wady zaś pomijane. Najważniejszym dla mnie argumentem przemawiającym za zachowaniem własnej waluty jest autonomiczność kształtowania polityki monetarnej. Piszę to nie bez pewnego oporu – będąc przeciwnikiem administracyjnego sterowania gospodarką, czy to przez polskich, czy zagranicznych polityków (biurokratów), uważam jednak że bezpieczniej by polski aparat państwowy zachował ten ograniczony wpływ, niż nie miał wcale.

Czy polskie partie (przede wszystkim PiS) stać na uczciwą debatę o wejściu do strefo euro oraz o zyskach i stratach wynikających z takiej decyzji? Czy znowu zgoda na euro zostanie przehandlowana za jakieś ustępstwa na rzecz partii, która przyłączy się do chóru apologetów nowego pieniądza?


***

*Władysław Grabski: Awers monety 10 zł "Dzieje złotego". Z prawej strony u góry wizerunek orła ustalony dla godła Rzeczypospolitej Polskiej. Poniżej orła z prawej strony napis: 10 / ZŁ oraz oznaczenie roku emisji: 2004. U góry oraz z prawej strony półkolem napis: RZECZPOSPOLITA POLSKA. Z lewej strony portret Władysława Grabskiego oraz u dołu półkolem napis: WŁADYSŁAW GRABSKI. U dołu w środkowej części wizerunek awersu monety 1 złoty z 1924 roku. Pod lewą łapą orła znak mennicy: MW. Metal: 925/1000 Ag. Stempel: lustrzany. Średnica: 32,00 mm. Masa: 14,14 g. Wielkość emisji: 55.000 szt. Data emisji 21 kwietnia 2004 r - za stroną NBP

Wojciech Łapiński Gospodarka
Zaloguj się lub zarejestruj aby komentować
czytano: 244
Złotego nie należy się pozbywać w imię jednej waluty,
nie, 02/11/2008 - 11:58 Krzysztof Laskowski
którą łatwiej sterować i łatwiej zniszczyć niż kilkanaście walut jednocześnie. Rząd Donalda Tuska zdaje się tego nie zauważać.

O tym, w jaki sposób w Polsce dyskutuje się na ten temat, może służyć dyskusja, w której niedawno uczestniczyłem: powiedziałem (jestem przeciw eurowi), że nie ma dyskusji na argumenty za i przeciw eurowi, na co usłyszałem, że nawet jeśli znawcy będą rzetelnie wyłuszczać argumenty, nie wiadomo, ilu Polaków je zrozumie. Wytoczyłem armatę argumentów m.in. z tym, że gdyby w Europie utrzymywało się kilkanaście konkurujących ze sobą walut, byłaby presja na to, by ich nie dewaluować. W odpowiedzi powiedziano, że każdy, kto podaje argumenty przeciw, chce coś ugrać. Gdy pojawił się argument, że nie będzie trzeba przeliczać i to ułatwi eksport, odparłem, że Polska najwięcej towarów eksportuje do eurolandu.

Na zdanie, że w sprawie waluty należy przeprowadzić referendum, usłyszałem, że w ten sposób politycy zrzucają z siebie odpowiedzialność za podejmowane decyzje i że jest ono niepotrzebne. Odparłem, że w Danii i Szwecji referenda eurowe jednak przeprowadzono, a wyniki były negatywne. Pozostało to bez odpowiedzi.

W końcu wygrałem, co łatwo było zauważyć po gniewnej reakcji osoby optującej za eurem.

KKL

4 listopada 2008

ŁÓDŹ z nami i z CHRYSTUSEM



Czemu bojaźliwi jesteście, małej wiary?


Wpisał: Ks. Jan Jenkins
02.11.2008.
Czemu bojaźliwi jesteście, małej wiary?
Kazanie na 4 niedzielę po Objawieniu. Ks. John Jenkins, FSSPX
W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.
W dzisiejszej Ewangelii słyszymy o władzy Chrystusa nad rozszalałymi żywiołami natury, widzimy, że posiada moc przywracania w niej porządku, rozkazywania im. Posiada władzę przywracania w niej pokoju. Potrafi uśmierzyć burzę, uciszyć wiatr. Jest absolutnym Panem
stworzenia, ponieważ wszystkie rzeczy zostały uczynione przez Niego.
I karci nas dziś za brak wiary.
Drodzy Wierni, dzisiejsza Ewangelia jest wiernym obrazem tego, co obecnie przeżywamy. Zbawiciel wszedł ze swymi uczniami do łodzi, by dostać się na drugą stronę jeziora. Założył swój Kościół, zbudowany na Apostołach i ich następcach, by doprowadzić nas do nieba. Jednak pośrodku jeziora Pan Jezus zasypia. Jest tu z nami, ale wydaje się spać. Jest tu, pośród nas, nie możemy Go jednak zobaczyć. Wydaje się, jakby spał.
A potem przychodzi potężna burza, sztorm - i łódź wydaje się tonąć. Wiatr wieje z taką siłą, że uczniowie zaczynają obawiać się o swe życie. Łódź zaczyna nabierać wody i wydaje się, że wszystko już stracone.
Jest tak również i dzisiaj, Drodzy Wierni. Znajdujemy się pośród wielkiej burzy, która wstrząsa Kościołem. W uszach słyszymy ryk wiatru obcych doktryn. Fale herezji piętrzą się coraz wyżej nad naszymi głowami. Starożytne kościoły, w których wiara głoszona była półtora tysiąca lat lub nawet dłużej, wykorzystywane są dziś przez wszelkiego rodzaju sekty do głoszenia ich ohydnych nauk. Powołania wydają się zanikać. Pasterze zmienili się w wilki, pożerające własną trzodę. Nawet sam Piotr wydaje się radować z faktu, że jego łódź nabiera wody. Ekumenizm, apostazja i herezja przeniknęły już do samego organizmu Kościoła, opanowując umysły jego przywódców. Wszystko wydaje się być stracone. Kościół wydaje się tonąć pod uderzeniami tych fal. Kusi nas, by zawołać: „Panie, ratuj nas, bo giniemy".
Jednak Zbawiciel wie, co robi. Ma świadomość kryzysu, w jakim się obecnie znajdujemy. Jego moc jest nieskończona. Wie wszystko. Ale my mamy tak mało wiary w Niego...
Widzieliśmy dowody Jego władzy nad naturą. Potrafi zmienić wodę w wino. Potrafi uleczyć z najstraszliwszych chorób. Dlaczego mielibyśmy obecnie w Niego zwątpić? Jeśli potrafi uczynić wszystkie te rzeczy, z pewnością jest w stanie zachować swój Kościół, swoją najcenniejszą własność, od wszelkiej szkody. Podtrzymuje przecież wszystko w istnieniu. Świat nie mógłby istnieć bez Niego, nawet Jego prześladowcy nie mogliby istnieć, gdyby On sam tego nie chciał. Pozwolił, by Jego Kościół został ukrzyżowany, podobnie jak chciał, by przybito do Krzyża Jego samego.
Drodzy Wierni, Kościół katolicki nie jest instytucją jedynie ludzką, lecz również Boską. To sam Zbawiciel, my jesteśmy Jego członkami. Nie pokładamy wiary w istocie ludzkiej, ale w naszym Panu Jezusie Chrystusie, Drugiej Osobie Trójcy Świętej. W samym Bogu. Kościół obejmuje oczywiście również element ludzki, podobnie jak Zbawiciel posiadał ludzką naturę, która mogła cierpieć, a nawet umrzeć. Niemożliwe było jednak, by Chrystus Pan pozostał w grobie. Musiał powstać z martwych, ponieważ zwyciężył śmierć. Tak więc również Kościół może pozornie umierać, jednak po obecnym prześladowaniu również on powstanie z martwych, i to jeszcze wspanialszy niż przedtem, podobnie jak Chrystus. A my mamy sposobność pomóc w tym chwalebnym zmartwychwstaniu.
Trwajcie przy Chrystusie, Drodzy Wierni. Obecnie wydaje się On spać w łodzi Kościoła, ale jej nie opuścił. Jest wciąż w łodzi, nawet podczas sztormu. Rozumując po ludzku, wszystko wydaje się być stracone. Wróg jest już wewnątrz murów, sami nawet biskupi wydają się nie wierzyć w naszego Pana, w to, że jest On kimś więcej, niż jedynie człowiekiem.
Chrystus śpi, ponieważ chce, byśmy zawierzyli Jego mocy. A jest tak potężny, że śpiąc podtrzymuje w istnieniu świat. Jednak pojawia się wówczas pokusa, by Go lekceważyć, by myśleć, że być może umarł. Dlatego właśnie potrzebujemy więcej nawet wiary, niż dotąd. Musimy tym bardziej wierzyć w Jego potęgę i Jego Bóstwo, tak jak uczniowie podczas Jego ukrzyżowania. Większa też będzie wówczas nasza zasługa.
A Chrystus pragnie, byśmy wysłużyli sobie wielką nagrodę. Podczas burzy żeglarze nie mogą pozwolić, by łódź miotana była bezładnie przez fale. Muszą wiosłować. Muszą pracować. Również my musimy pracować. Musimy robić wszystko, co w naszej mocy, by zachować wiarę, by utrzymać się na powierzchni wody (czyli nie utonąć).
Tak więc, Drodzy Wierni, w istocie żyjemy w najlepszych dla katolików czasach. Do tej pory być katolikiem było stosunkowo prosto. Trzeba było jedynie czynić to, co inni. A często nie było to wcale nic specjalnie godnego podziwu. Istniała więc wielka pokusa, by być przeciętnym, poniekąd można było być przeciętnym i w jakiś sposób uratować swoją duszę - jednak jak mała wówczas zasługa, jakie marnotrawstwo łaski!
Dziś jednak to niemożliwe.
Obecnie heroizmu wymaga nawet samo zachowanie wiary. I jaką jest zasługą! Jaki to wielki dowód miłości - zostać ze Zbawicielem, nawet kiedy łódź wydaje się tonąć. Dzisiejszy świat staje się coraz gorszy i coraz trudniej jest być katolikiem. Musimy więc mieć więcej wiary w Chrystusa Pana, więcej miłości do Niego. Ale też czekać nas za to będzie większa nagroda!
Św. Teresa od Dzieciątka Jezus miała tylko jedno życzenie, które się nie spełniło. Pragnęła żyć w czasach ostatecznych, podczas najbardziej okrutnych prześladowań Kościoła, by mogła pokazać całą swą miłość do Zbawiciela. Takie były jej pragnienia, ale Panu Jezusowi spodobało się ich nie spełnić. Dał jednak tę sposobność nam. Nie zmarnujmy jej. Nie rozczarujmy św. Teresy naszą miernością. Sprawmy, by była z nas dumna. Kochajmy Pana Jezusa z wielkodusznością, jaką ona miała, byśmy mogli kiedyś dzielić z nią jej radość z oglądania Boga.
Amen

10 października 2008

...po Powstaniu.


Relacje pisane całe
Wstecz...
Relacja Wiktorii Adamus (Drabińskiej)
[...] Pewnego dnia usłyszałam łomot do bramy - Niemcy dobijali się - otworzył bramę dozorca. Niemcy zapewniali wszystkich, że schron nie jest podlany benzyną i chcieli nas wpakować z powrotem, ale nikt nie chciał tam wejść, więc wygnali nas na Krakowskie Przedmieście bliżej kościoła Wizytek. Tam stał już tłum - nie wiem, ilu ludzi, pamiętam, że zajmował chyba całe Krakowskie Przedmieście od Wizytek do kościoła Świętego Krzyża.(...) Pamiętam jeszcze czołgi od strony Wizytek i z odwrotnej. Ten od Wizytek został podpalony przez powstańców. Powstało wielkie zamieszanie. Niemcy byli zdezorientowani. Matka ujęła mnie i [dziewięcioletniego brata] Zenka za rękę i poczęła uciekać. Skręciliśmy w Królewską. Niemcy spod numeru pierwszego zaczęli strzelać do nas z trzeciego piętra, ale udało nam się wbiec w ruiny. [...]
Więcej ...
Relacja Włodzimierza Antosiewicza
[...] Na ul. Wolskiej zostałem wybrany przez Niemców z kolumny i zabrany na teren kościoła św. Wojciecha. Pod wieczór zostałem zabrany przez SS-mana do budynku typu 1-piętrowego baraku około ogrodzenia kościoła. [...]
Więcej ...
Relacja Marii Jolanty Auleytner (Lepszy)
[...] [...] Chciałam zaraz wracać do domu, ale matka Hani zatrzymała mnie i powiedziała, że to zbyt niebezpieczne. Okazało się, że w tym czasie Ratusz jest bastionem powstańców, a dookoła są Niemcy i już rozpętała się strzelanina. I tak zostałam prawie do końca walk na Starówce, razem z rodziną państwa Dawidowicz. Tuż przed upadkiem Starówki spotkałam znajomych moich rodziców pp. Sołłowij, z którymi opuściłam Starówkę. (Później będąc już w Krakowie spotkałam na ulicy p. Dawidowicza i dowiedziałam się, że wszyscy przeżyli i zatrzymali się w Milanówku). Niemcy pędzili nas (całą niekończącą się rzeką ludzi), aż do obozu w Pruszkowie, gdzie przebywałam ok. 2-ch tygodni. [...]
Więcej ...
Relacja Heleny Balcer
[...] Z Warszawy wyszliśmy w poniedziałek, to jest 7 sierpnia 1944. Od tej chwili zaczyna się nasza tragedia. Szliśmy przez morze płomieni i masy trupów, zabitych i spalonych. Po wyjściu z piwnic oddzielono nas od mężczyzn. Ostatni raz z Lionejkiem [mężem] widziałam się 7 sierpnia godzina 10 rano. Nie wiem, gdzie go zły los rzucił, i on nie wie o mnie i o dziecku. Zapędzono nas do kościoła Św. Stanisława, a stamtąd do Pruszkowa. [...]
Więcej ...

Relacja Mariana Grzegorza Bergandera
[...] W czasie okupacji hitlerowskiej zamieszkiwałem wraz z rodzicami i młodszą siostrą w Warszawie przy ulicy Chłodnej 68 m. 7. W tym czasie uczęszczałem do szkoły powszechnej nr 139 (w czasie okupacji została zmieniona na nr 11), której siedzibą był kompleks szkolny przy ulicy Młynarskiej 2, a później po kilku przeprowadzkach kilkupiętrowy budynek na rogu ulic Leszna i Żelaznej. W roku 1944 kończyłem 7 klasę. [...] W czasie przechodzenia przez wykute przejście podniosłem za wcześnie i zbyt szybko głowę i z całej siły wyrżnąłem nią w sklepienie tego przejścia. Dostałem po tym silnego krwotoku z nosa, którego rodzice długo nie mogli mi zatamować. Gdy już trochę doszedłem do siebie, miałem iść na ulicę Leszno. Nie zdążyłem. Na podwórze wpadli Niemcy. [...]
Więcej ...

Relacja Jerzego Czajkowskiego
[...] 2.10.1944 r. opuszczamy Warszawę Kruczą, Piusa, Śniadeckich przy Politechnice, Filtrową do pl. Narutowicza. Tu pierwszy odpoczynek. Bagaży mamy niewiele, bo prawie wszystko legło w gruzach. [...]
Więcej ...

Relacja Elżbiety Dankowskiej-Walas
[...] Pamiętam moment wypędzenia po upadku Starówki- coś się działo, było jakieś zamieszanie - Niemcy zaczęli nas z tego schronu wypędzać. Mężczyzn nie było, tylko same kobiety i dzieci. Pamiętam, że miałam sandałki i skarpetki - i jak zaczęli nas pędzić, to zgubiłam ten sandał i szłam w jednym sandale i w samej skarpetce. A moja mama wyszła stamtąd w futrze. Ja się nie mogłam nadziwić - to był przecież sierpień, było ciepło, lato - po co mama to futro założyła; widocznie chciała je uratować. Czarne łapki karakułowe, zresztą jeszcze długo po Powstaniu miała te łapki. I w pantofelkach wyszła, w szpileczkach z wężowej skórki - w takich pantofelkach i tych karakułach... [...]
Więcej ...
Relacja Wiktorii Dewitz
[...] 1 sierpnia wybuchło Powstanie. Wszelka łączność z Warszawą została przerwana. Miałyśmy odtąd działać i decydować na własną rękę. Wówczas to ujawniłam zebranym pracownikom zakonspirowany charakter zakładu, będącego w istocie rzeczy jedną z placówek - służby harcerek, pozostawiając wolną rękę opuszczenia pracy lub podporządkowania się wymogom sytuacji na prawach „służby". Nie zapomnę nigdy pełnego napięcia wzruszenia, kiedy spośród wszystkich 10 pracowników łącznie z fizycznymi - padały kolejno głosy: „zostaję na służbie". [...]
Więcej ...

Relacja Jacka Fedorowicza
[...] Duży plac, tłum wypędzonych warszawiaków i segregacja przesądzająca o dalszych ich losach. Niemcy wybierali ludzi na roboty do Niemiec. Od robót zwalniał podeszły wiek (dziadkowie) ciąża (Marysia spodziewała się dziecka) i już podchowane, ale małe dziecko (ja stanowiłem tu tarczę ochronną dla mamy). Pozostawała ciocia Hanka, którą niechybnie czekała wywózka. [...]
Więcej ...
Relacja Mieczysława Gorzelniaka
[...] Na parę dni przed Powstaniem przebywaliśmy z rodziną na ul. Ogrodowej 5. Po zdobyciu gmachu Sądy (tam był szpital niemiecki) do zgrupowania pułkownika „Leśnika" i tam major „Ryś" (z rudymi wąsami) zapisał moje dane do brulionu i przydzielił mnie do inż. „Leona", któremu pomagałem w uruchomieniu radiostacji między innymi zakładaliśmy odpowiednie anteny, przy inż. „Leonie" pracowała panna „Wic", która robiła notatki z nasłuchu radiowego. [...]
Więcej ...
Relacja Ireny Grabowskiej-Szabuni
[...] Nie potrafię odtworzyć trasy, byłam śmiertelnie zmęczona, chora (zapalenie pęcherza, męczący kaszel, zapalenie płuc), oraz w depresji (nie znałam losu swojej matki, oddzielonej ode mnie w czasie transportu, jak również losu siostry, która była w batalionie „Zośka"). [...]
Więcej ...

Relacja Wandy Jarczyk
[...] Po upadku Powstania Warszawskiego, będąc w Grodzisku Mazowieckim u znajomych rodziców, zaczęłam szukać pracy i koleżanek, z którymi w czerwcu 1944 r. zdałam maturę w Warszawie. Siostry Urszulanki podały mi adres Teresy Tłomackiej. Napisałam do niej i natychmiast otrzymałam odpowiedź, że pracuje w Schronisku dla Sierot Wojennych RGO w Skierniewicach, które aktualnie poszukuje maturzystek na stanowiska opiekunek dzieci. Natychmiast się zdecydowałam. Dobrnęłam do Skierniewic trochę na piechotę, trochę pociągiem. Pracę rozpoczęłam w tym ośrodku RGO już 2 listopada 1944 r., jako wychowawczyni. [...]
Więcej ...
Relacja Marii Kapuścińskiej
[...] Drugiego sierpnia zostaliśmy usunięci przez Niemców z mieszkania do oficyny, a następnie do piwnic domów przy ul. Marszałkowskiej 20 i 18, gdzie oprócz nas przebywało wielu ludzi, których Powstanie zastało na ulicy lub przystanku tramwajowym. Było też kilka osób z domów nieparzystej strony ul. Marszałkowskiej (róg Oleandrów), które, po wyparciu z nich powstańców, podpalono wraz z mieszkańcami. Jakimś cudem zdołali dotrzeć na naszą stronę jedynie nieliczni z nich, prawie obłąkani z przerażenia. [...]
Więcej ...
Relacja Dariusza Karolaka
[...] Dzień kapitulacji Żoliborza utkwił także mocno w mej pamięci. Rankiem 1 października 1944 r. przyszli Niemcy. Musieliśmy opuścić schron i udać się wraz z innymi mieszkańcami w kierunku zachodnim. Szliśmy kolumną całą szerokością jezdni ulicami: Krasińskiego, Powązkowską, Okopową, Wolską, Bema aż do Dworca Zachodniego. Pamiętam wymalowane na parowozach lalki, ośmieszające powstańców. Zostaliśmy wywiezieni do obozu w Pruszkowie. Całe gromady ludzi stłoczono w halach fabrycznych. Posłanie mieliśmy na betonie. W obozie ojciec został od nas oddzielony i skierowany do grupy mężczyzn, która miała być wywieziona do obozu. Jednak dzięki pomocy znajomej moich rodziców działającej w PCK udało się przeprowadzić ojca z jego grupy do nas w przebraniu sanitariusza PCK. [...]
Więcej ...

Relacja Jerzego Kasprzaka
[...] Byłem w drużynie Władka Ślesickiego - to jest znany reżyser filmowy, ten, który nakręcił pierwsze „W Pustyni i w Puszczy" w latach siedemdziesiątych, pierwszy pełnometrażowy film. Był z nim również jego młodszy brat - Zygmunt. Byłem w tej samej drużynie przez cały wrzesień, na ulicy Koszykowej. Większość chłopców z tej drużyny pochodziła z Grochowa. Wychodziliśmy jako cała drużyna, po cywilnemu razem z ludnością cywilną, ale tak szliśmy, że mieliśmy się wszyscy na oku. Co parę metrów, ja idę z „Krukiem", tam Władek z Zygmuntem, tam „Dorsz" z kimś... cały czas kontrolujemy się... Tak doszliśmy do dworca zachodniego - stamtąd pociągiem dojechaliśmy do Pruszkowa. W Pruszkowie zebraliśmy się całą drużyną, w warsztatach byliśmy razem. Spędziliśmy tak razem jeszcze noc. Następnego dnia była segregacja. Niemcy szczegółowo segregowali: do obozu koncentracyjnego, na roboty, gdzieś do bauerów, natomiast starców, matki z małymi dziećmi do osobnych grup. [...]
Więcej ...

Relacja Stanisława Korytowskiego
[...] Powstanie w Warszawie zbliża się do tragicznego końca. Od 1 X godz. 5.00 obowiązuje zawieszenie broni, a 2 X zaprzestanie walk. Wszyscy muszą opuścić miasto. Dnia 3 X w południe, na podwórzu kamienicy przy ulicy Chopina, pojawiają się żandarmi rozkazując opuszczenie domu w ciągu 2-ch godzin. Budynek ma być natychmiast wysadzony w powietrze. Tak mówi żandarm. W tym wypadku wierzymy Niemcom. Wychodzę z ludnością cywilną. Z matką i siostrą, wśród tłumu wypędzonych, idziemy przez gruzy i resztki barykad ulicami Koszykową i Śniadeckich. Na placu przed Politechniką RGO rozdaje chleb. Niemcy fotografują i chyba nas liczą. Ulicami Nowowiejską, Filtrową... i dalej aż do dworca Warszawa Zachodnia. [...]
Więcej ...

Relacja Leonarda Bura o Franciszku Kudławcu
[...] Po upadku Powstania Warszawskiego, wykorzystano jego habit, zaopatrzono w pismo RGO (pisane w języku polskim i niemieckim) i powierzono wyprowadzenie z Warszawy pokaźnej grupy ponad 100 dzieci, w tym szereg sierot lub dzieci zagubionych, w tym także dwójkę dzieci pochodzenia żydowskiego. Druh Kudławiec, wszystkie te dzieci wyprowadził etapami z Warszawy, dotarł do Częstochowy, tam uzyskał dla nich stałą pomoc i zakwaterowanie. (Byli to wyłącznie chłopcy). Jednocześnie podjął starania znalezienia bliższych lub dalszych rodzin tych dzieci. Do maja 1945 roku ponad 70 dzieci znalazło swoich dalszych lub bliższych krewnych. [...]
Więcej ...

Relacja Bogdana Lewandowskiego
[...] Kiedy po sześćdziesięciu trzech dniach nastąpiła kapitulacja, sądziliśmy, że najgorsze już minęło. Dom i nasze mieszkanie na razie uniknęły skutków wojny. Okazało się, że jeszcze gdzieś były ukryte zapasy żywności. Dostaliśmy nieco mąki, oleju i miodu. Nigdy nie zapomnę smaku tych świeżych placków z miodem. Tymczasem zarządzono ewakuację i wszystko musieliśmy pozostawić. Nie można było pojąć, że wypędzani jesteśmy z domu, a nawet z miasta. Spodziewaliśmy się rychłego powrotu, więc niewielkie cenne przedmioty i dokumenty zostały ukryte i zamurowane w piwnicy. Zwlekając, trzeciego dnia rozejmu ruszyliśmy z małymi tobołkami w nieznane. Ja niosłem skórzany tornister szkolny, w którym miałem własną bieliznę i ubrania. Podobnie były przygotowane na wypadek rozdzielenia, moja siostra Basia i Matka. [...]
Więcej ...
Relacja Wandy Felicji Lurie
[...] Następnego dnia egzekucje ustały. Niemcy wpadli tylko kilkakrotnie z psami, biegali po trupach, sprawdzali, czy kto nie żyje. Słyszałam pojedyncze strzały, prawdopodobnie dobijali żyjących. Leżałam tak trzy dni, to jest do poniedziałku (egzekucja odbyła się w sobotę). Trzeciego dnia poczułam, ze dziecko, którego oczekiwałam, żyje. To dodało mi energii i podsunęło myśl o ratunku. Zaczęłam myśleć i badać możliwości ocalenia. [...]
Więcej ...

Relacja Anny Teofilak-Maliszewskiej
[...] Około 8-go sierpnia w naszym domu pojawili się żołnierze niemieccy z nakazem opuszczenia budynku. Mieszkańcy musieli wyjść natychmiast, bo dom miał być spalony. Stojąc już na ulicy przeżyłam okropne chwile strachu, gdy moja matka pobiegła z powrotem do mieszkania, aby zabrać coś z ubrania. Bałam się, czy zdąży wrócić. Następnie odłączyłyśmy się od kuzynów, którzy postanowili próbować wyjść z Warszawy przez Dolny Mokotów, co szczęśliwie się udało. [...]
Więcej ...
Relacja Elżbiety Massalskiej
[...] W dniu 2 września 1944 r. zostałyśmy wyprowadzone z ulicy Kapucyńskiej, z domu pod nr 15/17, gdzie mieszkałyśmy, i w którego piwnicach przebyłyśmy Powstanie. Miałam wtedy 14 lat. Zabrałyśmy ze sobą podręczny bagaż i ukochanego psa, suczkę rasy szkocki terier. Wyjść kazali nam „własowcy". Ponieważ krążyły pogłoski o tym, że zabijają oni psy, naszą „Bombkę" niosłam na rękach. „Własowcy" nie zainteresowali się psem, jedynie moim pierścionkiem i zegarkiem, które oczywiście zabrali. Poprowadzono nas ulicą Daniłowiczowską (z Kapucyńskiej było przejście przez bramę jednego z domów, wprost na ulicę Daniłowiczowską), koło spalonych ruin pałacu Blanka na plac Teatralny. [...]
Więcej ...
Relacja Stanisława Milewskiego
[...] Ponownie zostałem zatrzymany przez patrol hitlerowski w Grodzisku i z Pruszkowa wywieziony 29 września 1944 r. do obozu w Scheidemuhl (Piła). Przechodziłem przez miasto jako ostatni w grupie. Na ulicę wybiegły matki - Niemki z dziećmi na rękach. Wykrzykiwały przekleństwa pod naszym adresem. Jedna z matek z dwojgiem dzieci na rękach wrzasnęła w moim kierunku: „taki młody, a już bandyta..." i splunęła mi prosto w twarz. Przeżyłem to bardzo, zastanawiając się nad siłą nienawiść - chyba gdzie indziej niespotykanej... [...]
Więcej ...
Relacja Jana Ryszarda Mleczka
[...] Niemcy wypędzali ludność z bloków na Kole. Nie wiem, co stało się z moimi kolegami, gdyż na skutek przeczesywania lasku [?], każdy z nas wiał, gdzie mógł. Ja na ulicy Bolecha zmieszałem się z ludnością cywilną gnaną w kierunku ul. Ks. Janusza. Tam przy pętli tramwajowej rozdzielono uciekinierów. Ja wyglądając drobno razem z kobietami, dziećmi i starcami popędzony zostałem w kierunku wsi Górce i Boernerowo. We wsi Górce w nocy z kilkoma mężczyznami udało nam się uciec w stronę wsi Klaudyn z zamiarem przedostania się do Kampinosu. Był wśród nas człowiek, do którego zwracano się „Maryś", sprawiał wrażenie partyzanta, był uzbrojony. [...]
Więcej ...

Relacja Danuty Napiórkowskiej-Jarzębowskiej
[...] Przed i po wybuchu II wojny światowej mieszkałam wraz z rodzicami i młodszym bratem na Grochowie. 1 września 1939 r. uroczyste rozpoczęcie roku szkolnego w szkole powszechnej przy zbiegu ulic Grochowskiej i Siennickiej, gdzie ja miałam uczęszczać w tym roku do II klasy, przerwał nagły bardzo silny i już tragiczny dla miasta w skutkach pierwszy niemiecki nalot bombowy. Ten wstęp ma istotne znaczenie dla dalszych moich przeżyć i wspomnień wojennych w czasie i po Powstaniu Warszawskim. Po wkroczeniu do Warszawy Niemcy zajęli na własne cele gmach szkolny. Szkoła „zorganizowała się" w niewielkim budynku po dawnej bursie przy ulicy Krypskiej na Grochowie. Tam, już w czasie okupacji niemieckiej ukończyłam właśnie 6 klas, gdy rodzice zdecydowali nagle o czasowej przeprowadzce do Warszawy lewobrzeżnej - do przyjaciół ojca na ul. Orlą 4. Bardzo przestronne luksusowe mieszkanie położone było na parterze, a jak się okazało nad nim, na I piętrze mieszkał drugi przyjaciel ojca. Niebawem zrozumiałam, że chodziło o to, ażeby wszystkie trzy rodziny były razem, bo mężczyźni też byli razem w konspiracji i razem walczyli w Powstaniu. 7 sierpnia 1944 roku to dzień, który pozostał tak wyraźny w mojej pamięci jakby to było wczoraj. W tym dniu po raz ostatni widziałam mojego ojca i w tym dniu przeżyłam prawdziwe piekło na ziemi. [...]
Więcej ...

Relacja Ludmiły Niedbalskiej
[...] [...] W nocy słychać było jakieś hałasy, głosy, w dzień detonacje, wybuchy. Mama nie pozwoliła mi wychodzić, więc dalej grzebałam w ciocinych skarbach, albo siedziałam na parapecie okna i wyglądałam na ulicę. Wśród gruzów kręcili się jacyś ludzie - upiory, ciągnęli jakieś rzeczy swoje, cudze, wszystko, co się mogło przydać. W perspektywie ulicy Wilczej - w lewo - widać było ulicę Marszałkowską, a tam nieco większy ruch, czasem samochody. Aż którejś nocy, przy jakimś większym hałasie, wylazłam z łóżka boso i wyjrzałam przez okno: na ulicy Marszałkowskiej palił się dom. Zupełnie na nowo. Dom, który wczoraj jeszcze stał cały. I chociaż wydawało mi się to absurdalne, w kierunku jego okien, z prawej strony, z dołu, z niewidocznego źródła, płynęły strumienie ognia. Rano usłyszeliśmy z bramy dawno nie słyszane, niemieckie szczekanie. Na podwórku wlazł szkop. Oświadczył, że mamy iść rozbierać barykady. Odpowiedziało mu milczenie i spokojne, wrogie spojrzenie stojących nieruchomo kobiet. Mężczyźni na wszelki wypadek nie wyszli. Niemiec patrzył na nas uważnie, zauważył rudego kota, podniósł karabin, strzelił. Kot uciekł. Niemiec opuścił karabin, odwrócił się i wyszedł na ulicę do kumpli. [...]
Więcej ...

Relacja Witolda Jerzego Niewiadomskiego
[...] Po kapitulacji zalecono nam, abyśmy wychodzili z ludnością cywilną. Nasi przełożeni sądzili, że w ten sposób łatwiej będzie się wydostać, uniknąć represji. Nie wiadomo przecież jak zareagują Niemcy. Pozostało wykonać ostatnie zadania: ukryć dokumenty, zakopać archiwum. Do końca pełniliśmy służbę pomocy ludności cywilnej. Kolega, z którym chodziłem na Żoliborz, został w grupie, która ewakuowała szpitale. Wychodził z Warszawy jakieś dwa, trzy tygodnie później z grupami Czerwonego Krzyża. Ja wychodziłem razem ze swoim drużynowym Tadeuszem Jaroszem „Topaczem", Józefem Przewłockim „Plackiem", jego matką i dwiema siostrami. Piątego czy szóstego października zebraliśmy przy Politechnice, potem ulicą Filtrową, przez plac Narutowicza na dworzec Zachodni. Przed dworcem przechodziliśmy przez ogródki działkowe. W czasie tamtego pięknego lata na działkach wyrosły dorodne pomidory, marchew i wszelka „zielenina". Zabawa zaczęła się dopiero w obozie przejściowym w Ursusie. Wpędzono nas tam do betonowej hali, bez wody, bez żadnych sanitariatów. Nie mogliśmy się ze śmiechu powstrzymać, kiedy te warzywka dały nam popęd. [...]
Więcej ...

Relacja Danuty Nizińskiej-Grzegrzółki
[...] W dniu 6 sierpnia, a była to niedziela (Przemienienie Pańskie) usłyszeliśmy walenie do bramy. Dozorca otworzył ją i Niemcy wpadli na podwórko z karabinami do strzału, powiedzieli, że dają nam 5 minut i musimy opuścić budynki. Wzięliśmy tylko poduszkę, kawałek słoniny i coś tam jeszcze i stanęliśmy w kolumnie na ulicy. Popędzili nas do placu Unii Lubelskiej. Obejrzałam się na nasz dom, ale już się wydobywały kłęby dymu. Szliśmy Aleją Szucha do Alei Ujazdowskich. Na rogu stał drewniany budynek, do którego wpakowali nas i trzymali całą noc. Rano po oddzieleniu mężczyzn popędzili nas ulicą Litewską do Marszałkowskiej i dalej do placu Zbawiciela. Na każdym rogu był ustawiony wielki karabin maszynowy, a przy nim Niemcy w czarnych mundurach. Przechodząc przez plac Zbawiciela oglądaliśmy ludzkie trupy leżące obok walizek, które były tak zapakowane, że aż wieka się odrywały. Ten widok pamiętam bardzo dobrze. [...]
Więcej ...
Relacja Haliny Paszkowskiej
[...] W trakcie pacyfikacji Woli w dniu 20 sierpnia formacje SS wypędziły nas do Pruszkowa, cudem uniknęliśmy rozstrzelania w drodze do peryferii miasta. Idąc widziałam na ulicy Bema pomordowanych ludzi, spalone niemowlęta. Widziałam płonącego konia (skrępowanego drutem i obłożonego drzewem). Na ul. Bema stali SS-mani przy nakrytych białym papierem stołach, na których stało na paterach ciasto, którym częstowali nas, pędzonych pod kolbami pistoletów. Okazało się, że próbowali kręcić film, niestety nie wyszedł po ich myśli, każdy z nas przechodząc koło tego stołu, odwracał głowę w inną stronę. Nieopodal natomiast rozstrzeliwali ludzi (tego oczywiście nie filmowali). [...]
Więcej ...

Relacja Jerzego Pawlaka
[...] Pod koniec września [1944 r.] harcmistrz z druhami, wyprowadzili nas gdzieś do jakiś okopów strzeleckich. Pamiętam, że było to na jakiejś skarpie. Wychylając się z rowu, widziałem szeroką panoramę w dole. To był z pewnością Dolny Czerniaków z rzadkimi luźno zabudowaniami. Niektóre z nich się paliły. Gdzieniegdzie wykwitały pióropusze ogniowe, a z oddali dochodziły odgłosy detonacyjne. [...]
Więcej ...
Relacja Wacławy Połomskiej
[...] Około południa na naszym podwórzu znów pojawili się Niemcy i rozkazali wszystkim mieszkańcom natychmiast opuścić budynek i zgromadzić się pod murem „Dywizjonu" po przeciwnej stronie ulicy Zagłoby. Mieszkańcy domu wyszli ubrani w to, co mieli na sobie. Mama oraz ja z siostrą byłyśmy tylko w sukienkach, a ojciec w spodniach i koszuli. Wkrótce żołnierze niemieccy zaczęli strzelać do budynku z fugasów i nasz dom zaczął się palić. [...]
Więcej ...
Relacja Romana Rechnio
[...] Nastały niedobre wieści, Powiśle upadło, hitlerowcy zdobyli elektrownię Powiśle, powstańcy wycofali się do Śródmieścia, a nas rano 4 września 1944 r. wypędzono z domów i nie dano nic zabrać. Popędzono nas mieszkańców Powiśla do dalekiego Pruszkowa do obozu przejściowego. [...]
Więcej ...
Relacja Barbary Rybeczko-Tarnowieckiej
[...] 1 sierpnia 1944 roku - piękny upalny dzień. POWSTANIE! Cóż to była za radość! Po pięciu latach ponurej okupacji zobaczyłam zatkniętą przy bramie polską flagę i młodych mężczyzn z opaskami biało-czerwonymi na rękawach. Była godzina 1715 - wszystkie dzieciaki z kamienicy przybiegły pod trzepak, obserwowaliśmy, co się dzieje. Kilka osób z ulicy wbiegło na nasze podwórze, dozorca zamknął bramę. Po chwili usłyszeliśmy pojedyncze strzały. Podniecenie było ogromne. [...]
Więcej ...
Relacja Mieczysława Rychtera
[...] Pozwalam sobie przesłać garść informacji o dzieciach warszawiaków wysiedlonych w okresie powstania. Informacja nie jest pełna, gdyż obejmuje dzieci, które uczęszczały do Szkoły Powszechnej nr 1 im. prezydenta Gabriela Narutowicza po 16 stycznia 1945 roku (wyzwolenie Grójca). Niewielka liczba dzieci razem z rodzicami powróciła na gruzy Stolicy (4-6), natomiast reszta pozostała do chwili, gdy powstały znośne warunki bytowania w odbudowującej się Stolicy. [...]
Więcej ...

Relacja Haliny Stępień
[...] 26 sierpnia 1944 roku podczas kolejnego nalotu bombowego został zburzony nasz dom. Spod zwałów gruzów wydobyto wielu rannych i zabitych. Między zmarłymi był mój ojczym, którego wraz z innymi pochowano w jednym z lejów bombowych na Rynku. Matkę moją, która została ciężko ranna w głowę, prowadziłam piwnicami do szpitala powstańczego przy Długiej (dziś gmach AGAD), gdzie została opatrzona, i ja także, ponieważ byłam ranna w nogę. [...]
Więcej ...

Relacja Małgorzaty Stępińskiej-Winckler
[...] W czasie jednego z bombardowań we wrześniu 1939 r. wielu z nich schroniło się na klatce schodowej, w którą trafiła bomba lotnicza. Zginęło wtedy około 20-tu osób. Pod koniec września, kiedy wyczerpały się domowe zapasy, zaczął dokuczać nam głód. [...]
Więcej ...

Relacja Eugeniusza Spiechowicza
[...] Urodziłem się 10 czerwca 1929 roku. W dniu rozpoczęcia Powstania Warszawskiego miałem ukończone 15 lat. Byłem harcerzem 48 Warszawskiej Wodnej Drużyny (Szare Szeregi). Pierwszy sierpnia 1944 zastał nas czekających na rozkaz przydziału miejsca i zadania, który nie dotarł. Wraz z moim kolegą z drużyny śp. Zygmuntem Perzykiem „Albatros" w dniu 2 sierpnia uciekliśmy naszym matkom z domu w celu przyłączenia się do walczących oddziałów. [...]
Więcej ...
Relacja Włodzimierza Szurmaka
[...] W roku 1944 mieszkałem na ulicy Płockiej 49. Posesja ta znajdowała się mniej więcej pośrodku między ulicą Górczewską a Gostyńską. Zamieszkiwana była przez sześć rodzin z branży taksówkarskiej i dorożkarskiej. Wiadomo było powszechnie, że jeden z mieszkańców posesji należy do AK, toteż wiadomości przynoszone przez niego, wskazywały na bliski wybuch powstania. W oparciu o te wiadomości na terenie posesji wykopano schron ziemny, w którym swobodnie pomieścili się wszyscy mieszkańcy, jak również poczyniono przygotowania aprowizacyjne. Zakopano, bądź pochowano w piwnicach wszelkie przedmioty stanowiące jakikolwiek majątek trwały mieszkańców. [...]
Więcej ...
Relacja Marii Tryczyńskiej
[...] Po upadku Powstania, które na Żoliborzu zakończyło się 30 IX [1944 r.] przeszłam „zaplątana" wśród ludności cywilnej (miała wtedy niespełna 15 lat i byłam drobną dziewczyną) przez obóz w Pruszkowie, następnie w Jędrzejowie, skąd wydostałam się na wieś i przejściowo zamieszkałam w Kozłowie w domu ówczesnego wójta p. Stawika, którego syn Adam i jego kuzyn Kazik Palka byli żołnierzami AK. Tu doczekałam końca wojny, co pozwoliło nam wraz z ojcem, matką i siostrą przedostać się do rodziny ojca do Chrzanowa pod Krakowem, gdzie mieszkaliśmy około roku. [...]
Więcej ...
Relacja Jerzego Uldanowicza
[...] Kapitulacja Powstania zastała mnie w domu przy ulicy Grzybowskiej 7, gdzie mieszkałem od czasów przedpowstaniowych, to jest na terenie wolnym od Niemców. Miałem wówczas 14 lat. W ciągu pierwszych 2-3 dni po kapitulacji ludność przebywająca w rejonie ulicy Grzybowskiej została poinformowana (nie pamiętam, w jaki sposób), że po obowiązkowym opuszczeniu Warszawy będzie skierowana na tereny wiejskie w Generalnym Gubernatorstwie. Informacja ta, której większość z nas dawała wiarę, nie tylko uśpiła naszą czujność i w zasadzie wyeliminowała próby ucieczek przed dotarciem do Pruszkowa, lecz także w istotnym stopniu wpłynęła na sposób naszego wyekwipowania się na wędrówkę, w szczególności spowodowała, że zamiast odzieży odpowiedniej do ciężkiej pracy fizycznej na otwartym terenie, co - jak się okazało później - było wyjątkowo potrzebne, wzięliśmy ze sobą różne przedmioty, które według naszej oceny mogłyby posłużyć na wsi do wymiany na żywność, zapłacenia za kwatery itp., pieniądz bowiem coraz bardziej tracił wartość. [...]
Więcej ...

Relacja Izabelli Wciślińskiej
[...] Pogoda w czasie Powstania była piękna. Kiedy więc było cicho i spokojnie, ludzie gromadzili się na podwórzu przy ulicy Marii Kazimiery. Dom nasz był od strony klatek schodowych obmurowany dość wysokim murem. Jedzenie było fatalne, jadło się kluski gwiazdki z marmoladą i trochę gotowanych warzyw, które znosili ludzie z okolicznych pól. Można było trochę w czasie spokoju gotować, gdyż była kuchenka węglowa i woda. Córeczkę swoją karmiłam wyłącznie piersią. [...]
Więcej ...
Relacja Janusza Waldemara Wilczyńskiego
[...] Około 10 września po zbombardowaniu naszego domu, całą rodziną uciekliśmy do ciotki do Śródmieścia na ulicy Górskiego 1. W Śródmieściu przeżyliśmy ogromne bombardowanie i zburzenie budynku Gimnazjum Górskiego, gdzie w piwnicy znajdował się szpital powstańczy. Ponieważ z gruzów wydobywały się stukania żywych, rzuciliśmy się do ratowania zasypanych. Niemcy widząc to z samolotów, zaczęli strzelać z broni maszynowej, ale nikt sobie z tego nic nie robił, dalej odgruzowaliśmy. Po chwili samoloty rzuciły bomby zapalające i wszystko się spaliło. Ogień był ogromny. 6 października po kapitulacji wyszliśmy z Warszawy, idąc w kolumnie pilnowanej przez Niemców do Pruszkowa. [...]
Więcej ...
Relacja Aleksandry Wróblewskiej
[...] Po kilku tygodniach pani Rabowska wyjechała do Zakopanego i tam przypadkowo spotkała znajomego pułkownika, któremu udało się wraz z żoną uciec z transportu już w Oświęcimiu i dopiero od niego dowiedziała się, że Hania jest w obozie. Po tej strasznej wiadomości pani Rabowska niezwłocznie wyjechała do Krakowa, by złożyć generał-gubernatorowi [Frankowi] podanie o zwolnienie dziecka. Podanie złożył osobiście prezes RGO, ale Frank wypierał się, że w obozie nie ma dzieci. Jeżeli jednak rzeczywiście dziecko tam przebywa, to wyda rozkaz, by je zwolniono. Nic jednak nie zrobił i nieszczęśliwe sześcioletnie dziecko przebywało w tym strasznym piekle od 12 sierpnia do 19 stycznia 1945. [...]
Więcej ...
Relacja Ryszarda Zabłotniaka
[...] W ostatnich dniach sierpnia 1944 zostałem zagarnięty wraz z dużą grupą ludności cywilnej ze Starego Miasta przez wojsko niemieckie i skierowany do kościoła na Woli. Miałem wtedy skończone 15 lat, przed wybuchem powstania byłem uczniem drugiej klasy gimnazjum ogólnokształcącego, oczywiście działającego w konspiracji. [...]
Więcej ...

Relacja Zbigniewa Zbigniewskiego
[...] Jestem mieszkańcem Warszawy od urodzenia. W 1944 roku miałem 15 lat i mieszkałem razem z rodziną - ojcem, macochą, siedmioletnią siostrą i roczną siostrą przyrodnią przy ulicy Grzybowskiej 32. (...) Powstanie Warszawskie zastało mnie przy pracy w piekarni znajdującej się przy ulicy Ciepłej róg Grzybowskiej. W ciągu pierwszych 10 dni Powstania przebywałem wraz z rodziną w rejonie zamieszkania. [...]
Więcej ...

Relacja Krystyny Zbyszewskiej
[...] Razem z moim oddziałem poszliśmy przez pół Warszawy, do placu Zbawiciela. Ja nie miałam broni, ale wszyscy moi koledzy z oddziału musieli swoją broń - rewolwery, karabiny - wrzucać do kosza. Myślałam, że serce mi się wykrwawi. Szliśmy Grójecką, do mojego mieszkania na trzecim piętrze. Wszystko było spalone. Mama gdzieś poszła, Niemcy ją gdzieś zabrali. Szłam z oddziałem do Ożarowa. Po drodze były pola pomidorów. Kiedy zobaczyliśmy te pomidory - po dziesięć czy piętnaście na jednym krzaczku, wszyscy się na nie rzuciliśmy. Poleciałam i jadłam, nie mogłam się powstrzymać. [...]
Więcej ...

Relacja Jerzego Zenona Zenowicza
[...] Siedziałem jako posądzony o ucieczkę z Niemiec, nie było tłumaczenia, że wymieniałem pieniądze w kantorze, że tu są moi rodzice, matka w obozie, ojciec w szpitalu dla gruźlików w Breslau Odertor. [...]
Więcej ...
Relacja Konrada Zienkiewicza
[...] Losy mojej rodziny, jak i wielu innych z Sadyby, były może trochę nietypowe, bo nie przechodziliśmy przez żaden obóz, a ponadto mieszkaliśmy na Sadybie jeszcze przez miesiąc po zakończeniu Powstania (...) [...]
Więcej ...
Relacja Tadeusza Ziomka
[...] Dzień 1 sierpnia 1944 roku był bardzo ciepły. W domu naszym od rana nie widać było mężczyzn, którzy, jak się mówiło między zaufanymi, poszli na akcje. Siedzieliśmy z grupą chłopców przed bramą domu, na schodkach sklepu spożywczego pani Zybert, kiedy usłyszeliśmy ryk syren zajeżdżających samochodów niemieckich. Szybko uciekliśmy w podwórko i zaryglowaliśmy bramę. Potem słychać było strzały, wybuchy bomb, ryk samolotów. Odtąd wakacje spędzałem już tylko w domu, a następnie w piwnicy. Był to początek Powstania Warszawskiego. (...) [...]
Więcej ...
Relacja Haliny Rozwadowskiej, matki ośmioletniego Marka
[...] Szłam przy furce, na której ktoś umieścił mi dziecko, sama nie pomyślałam o tym. Szliśmy długo. Moje bose nogi w drewniakach nie czuły zmęczenia. Pociąg, mający nas odwieźć do Pruszkowa, składał się z otwartych lor. Wepchnięta do jednej z nich nie szukałam oparcia o jej krawędź, jak to robili inni. Stałam tak, jak mnie wepchnięto. Zaczął kropić deszcz, którego tak wyglądaliśmy w spieczonej słońcem i pożarem Warszawie, potem padał już gęsto, zacinał z ukosa, aż zamienił się w ulewę. [...]
Więcej ...
Relacja Leokadii Ciekanowskiej
[...] Przy wszystkich mijanych domach wzdłuż ulicy Górczewskiej leżały zwłoki pozabijanych ludzi. Przy wyjściu z każdego domu - były to przeważnie domy parterowe - z jednej strony sieni leżeli zabici mężczyźni, z drugiej zaś zabite kobiety i dzieci. Przy jednym z domków widziałam leżącą zabitą niewiastę, trzymającą w ostatnim uścisku na ręku martwe niemowlę. [...]
Więcej ...

Relacja Andrzeja Gracjana Flaszczyńskiego
[...] Po kapitulacji miasta staraliśmy się wyjść jak najpóźniej. Wyszedłem z rodziną prawdopodobnie 5 października, kiedy weszli Niemcy. Pamiętam, że na barykadzie, w poprzek ulicy Poznańskiej ustawili karabin maszynowy i z okrzykiem: „Alle raus!" wyrzucali nas z domów. Przeszliśmy przez plac przy Politechnice. Ulice zostały obstawione przez Niemców i kierowano nas do Dworca Zachodniego. Tutaj podstawiono pociąg, załadowano nas do niego i zawieziono nie do Pruszkowa, ponieważ był pełny, tylko do Ursusa. [...]
Więcej ...
Relacja Wandy Kamienieckiej-Grycko
[...] Wychodziłam z Warszawy, z mojego Miasta, z rozpaczą po utracie dwumiesięcznej wolności, po spalonym mieście, z bólem w sercu za całą młodzież harcerską, która zginęła, z niepokojem o te, które odeszły i nie wróciły, z dręczącym pytaniem, czy była to właściwa pora na Powstanie, ale jednocześnie z głębokim przekonaniem, że zryw powstańczy był nieunikniony i że wszystkie ofiary nie pójdą na marne, że istniał w tym wszystkim jakiś głęboki sens. [...]
Więcej ...
Relacja Henryka Piotrowskiego
[...] Przechodziłem już podwórze przy ulicy Fabrycznej 14, skąd przez otwór w murze, przechodziło się na nasze podwórze przy ulicy Fabrycznej 16. I tu w samym otworze zamurowało mnie, słyszę okrzyk: „Hände hoch", i widzę duży grupę SS-manów z bronią gotową do strzału. Nim zrozumiałem, co się stało, i słowa, które były skierowane do mnie, dostałem pod żebra lufą automatu od najbliższego Niemca. Następnie na ich polecenie dołączono mnie do mężczyzn. Niemcy biegali jak opętani, wypędzali ludzi z piwnic, nie pozwalali prawie nic brać z sobą i wypędzali na podwórze. W niektórych mieszkaniach dało się słyszeć strzały, widocznie, jeśli kogoś znaleźli w jakimś ukryciu, to rozstrzeliwali. Wypędzali nas na ulicę i pędzili w kierunku ulicy Rozbrat. Dopiero tu dochodząc do rogu ulic Fabryczna - Rozbrat, ujrzałem ogrom zniszczeń i strat. [...]
Więcej ...

Relacja Henryka Bana
[...] 1 sierpnia 1944 r. na kilka minut przed Powstaniem Warszawskim poszedłem do sklepu, który mieścił się na rogu ulic Rakowieckiej i Sandomierskiej. Naprzeciw ulicy Sandomierskiej przy bramie koszar był bunkier niemiecki obsadzony cekaemami. Sklepowa Pani Kwiatkowska zatrzasnęła żaluzję sklepową, w momencie, gdy mnie obsługiwała wybuchła strzelanina z niemieckiego bunkra serie z karabinów maszynowych, które szły w ulicę Sandomierską i po ulicy Rakowieckiej. Sklepowa nie wypuściła mnie przez zaplecze. W tym rejonie wyjść na ulicę równało się wyrokowi śmierci. 4 sierpnia Niemcy włamali się do okolicznych domów, między innymi na ulicę Rakowiecką 9, gdzie ja przebywałem. [...]
Więcej ...
Relacja Anieli Libionki
[...] Po kapitulacji Powstania Warszawskiego zorganizowały władze RGO celem niesienia pomocy wysiedleńcom Warszawy - dotarłyśmy i my do nich i zaopatrzyły się w odpowiednie dokumenty (zakład dziecięcy RGO) i w 4-ty dzień po kapitulacji opuściły Warszawę razem z dziećmi - na furmankach, pod konwojem niemieckim - do obozu w Pruszkowie. Pamiętam ten dzień dokładnie - przez spalone i zburzone miasto dotarłyśmy na ulicę Koszykową - bo stamtąd zabierały między innymi punktami transporty - padał deszcz, my załadowane pokotem jedziemy na nieznane - po drodze dobiegały nas różne wersje o obozie i chcąc ratować starszą młodzież i część instruktorek na postojach wysadzałyśmy je w krzaki przydrożne, wyznaczając punkt spotkania w Komorowie u Hani Piotrowskiej. [...]
Więcej ...
Relacja Leszka Mieczysława Muszla
[...] 11 sierpnia 1944 r. w godzinach rannych Niemcy opanowali nasz budynek i natychmiast zostaliśmy wyprowadzeni i wypędzeni całą kolumną w kierunku Woli ulicą Długą, Rymarską, Placem Bankowym, Elektoralną do Chłodnej, a następnie zapędzeni do kościoła św. Karola Boromeusza. W kościele wypełnionym po brzegi ludźmi, w upale, przebywaliśmy bez wody. Niemcy trzymali nas kilkanaście godzin, po czym ponownie wypędzili nas w uformowanych kolumnach. Całą drogę szliśmy wśród ruin i zgliszczy pełnych trupów, widok był przerażający. Za ulicą Młynarską z bramy szpitala chorób zakaźnych św. Stanisława wyjechał Niemiec na motorze z koszem chyba dla zastraszenia prosto w pędzonych ludzi. [...]
Więcej ...
Relacja Mirosławy Grabowskiej (Gelber-Olszowej)
[...] Grupy ludzi wywoływanych po nazwisku pędzono na dworzec. Szliśmy przepiękną ulicą, na której po obu stronach rosły jarzębiny. Po drodze podeszła do nas kobieta i na migi pytała kim jesteśmy i dokąd idziemy. Nie wiedzieliśmy, co odpowiedzieć na drugie pytanie. Domyśliła się sama - z kierunku, w jakim szliśmy. Po czym zniknęła nam z oczu. Na dworzec wbiegła później zdyszana na dworzec, z koszykiem pomidorów i chlebem. Kim była...? [...]
Więcej ...

Relacja Zbigniewa Badowskiego
[...] Wkrótce dowiedzieliśmy się o kapitulacji. Strzały umilkły. Zapadła cisza, tak niezwykła w tym miejscu; tak, że zdawało się, że czegoś brakuje. Tylko swąd z palących się domów i nocne łuny pożarów przypominały nam te straszne chwile. Mieszkańcy naszego domu i przebywający w nim uciekinierzy, po ogłoszeniu komunikatów o przymusowej ewakuacji, zaczęli powoli opuszczać zniszczone miasto. [...]
Więcej ...
Relacja Wandy Łabuzińskiej
[...] O tej porze do kamienicy wkroczyli żołnierze Wehrmachtu i wypędzili całą ludność zamieszkałą w kamienicy, jak również z sąsiednich budynków pod Kasyno Gry przy al. Szucha. Tam nas trzymali pod karabinami maszynowymi na stojakach. Następnie wszystkich popędzili al. Szucha na dziedziniec gestapo i nastąpiła pierwsza selekcja wypędzonych mieszkańców z ul. Koszykowej na dwie grupy - mężczyzn i kobiety z dziećmi. Po selekcji, mężczyzn pozostawiono na gestapo przy al. Szucha, natomiast kobiety i dzieci popędzili do Straży Pożarnej na pl. Unii Lubelskiej. Na drugi dzień znowu przyszli Niemcy i dokonali następnej selekcji tym razem na trzy grupy: - kobiety z dziećmi - młode kobiety - stare kobiety. [...]
Więcej ...

Relacja Jadwigi Kowejszy
[...] Po jakimś czasie przewieziono nas pociągiem osobowym do obozu przejściowego w Pruszkowie. Pamiętam, że gdy znaleźliśmy się już w pociągu, przez uchylone jeszcze drzwi jacyś ludzie z peronu podawali nam w pośpiechu butelki z wodą i z mlekiem. Mój ojciec chwycił jedną z butelek. Dorośli ustalili, że mleko będzie dla dzieci, a woda dla pozostałych. Zapamiętałam ten fakt, ponieważ bardzo byłam spragniona; było gorąco, świeciło słońce, a w wagonie było duszno. Mój brat był wówczas chory na biegunkę i rodzice nim się głównie zajmowali. Podróż nie trwała długo. [...]
Więcej ...
Relacja Bohdana Kapicy
[...] W godzinach rannych dnia 8 sierpnia 1944 roku zespół naszych domów (ulicy Dworskiej 30 i 32) został otoczony przez żołnierzy SS i „własowców". Wymienieni, terroryzując ludność strzałami z pistoletów maszynowych i karabinów, polecili wyjście wszystkim mieszkańcom przed dom na ulicę. Zapowiedzieli, że po 5 minutach pozostających mieszkańców w domu rozstrzelają i dom spalą. Większość mieszkańców wyszła na ulicę Dworską, znikoma część uciekła na ulicę Kraszewskiego (uprzednio wybitym otworem ewakuacyjnym). Bardzo szybko sformowano kolumnę i popędzono nas ulicą Dworską w kierunku Gazowni. Ruszyliśmy w nieznane, chociaż dobrze znanymi ulicami. [...]
Więcej ...

Relacja Cecylii Krajewskiej
[...] Ze wszystkich piwnic wychodzili ludzie i stopniowo tworzył się długi wąż. Nad Wisłą stały już tłumy uciekinierów takich jak my. Pilnujący nas Ukraińcy w niemieckich mundurach buszowali między ludźmi, ściągając im z rąk zegarki i pierścionki. Wybierali sobie dziewczyny i ciągnęli je w gruzy. [...]
Więcej ...

Relacja Angeliki Józefowicz
[...] Nasz dom stoi nie zburzony, tylko w mieszkaniu (ostatnie trzecie piętro) w jednym z pokoi jest wyrwa w suficie. Mieszkanie wygląda jak dawniej, tyle tylko, że nie sprzątane, wszystko pokryte grubą warstwą kurzu, ale wydaje się, że wszystko jest na swoim miejscu. Mama szybko coś pakuje, a mnie proponuje wziąć ulubioną zabawkę. Oczywiście wybieram konia na biegunach. Widzę smutek w oczach matki i słyszę - weź coś innego! Rozglądam się bezradnie i biorę cukrową lalkę (taką z krochmalu). Zjem ją po kawałeczku w czasie wielodniowej tułaczki, oszukując nieznośny głód. [...]
Więcej ...

Relacja Teresy Różyckiej
[...] Do naszego domu żołnierze Kamińskiego (Ukraińcy czy Rosjanie w służbie Wehrmachtu, zwani Własowcami) wpadli 10 sierpnia. Drzwi otworzyła im moja mama, inni się bali. Wyprowadzili nas wszystkich na sąsiednie ulice. Jednemu z żołnierzy wpadła w oko moja prawie piętnastoletnia siostra i zaczął ją głaskać i czule przemawiać. Moja mama z płaczem podała jej różaniec: "Niech cię Matka Boża córeczko ratuje!". Ale ja zareagowałam gwałtownie: „Mamusiu, to dobry człowiek, on nic złego nie zrobi"! Moje oczy i jego spotkały się. Powtórzył: „Dobry czeławiek!" Ciągle patrząc na mnie puścił Marychę i odszedł. Tak Maryja posłużyła się mną, by uratować moją siostrę. Zaprowadzono nas na słynny Zieleniak przy ul. Grójeckiej. [...]
Więcej ...

Relacja Stefana Wojciecha Niesłuchowskiego
[...] W pewnym momencie pokazał się Niemiec i kazał wszystkim cofnąć się i wyjść, miał zawinięte rękawy. Trudno mi powiedzieć o wrażeniach mojego ojca. Zaczęliśmy się wycofywać i doszliśmy do naszej bramy od strony ulicy Marszałkowskiej, cały czas pilotowani przez Niemców. W bramie kazano mężczyznom oddzielić się od kobiet. Ojciec myślał, że to uratuje go i że będzie razem z nami cały czas. Miał najmłodszego mojego brata na rękach. Niemiec kazał mojego brata oddać. Wzięła go niania i położyła do wózka. Mężczyźni, którzy w ten sposób wyłuskani zostali z całej grupy, pozostali na miejscu, a nam kazano przejść na drugą stronę ulicy w rejon ubikacji podziemnych i tam musieliśmy się położyć. Były tam małe drzewka, za którymi Niemcy z podwiniętymi rękawami zaczęli się chować, ponieważ z jedynej barykady polskiej szedł ostrzał. Jeden z Niemców został ranny i był opatrywany przez pewnego sanitariusza. Jednocześnie nad naszymi głowami trwał ostrzał w kierunku barykady z rejonu alei Szucha, z terenu niezabudowanego. [...]
Więcej ...
Relacja Andrzeja Korgola
[...] Wraz z najbliższą rodziną, matką i dziadkiem, przygotowywaliśmy się do opuszczenia domu przy ul. Żurawiej 25 m. 9, gdzie mieszkaliśmy po spaleniu w 1939 roku mieszkania przy ul. Nowy Świat 64. Najcenniejsze rzeczy z domowego dobytku, dokumenty, fotografie i inne pamiątki pakowaliśmy do walizek, które wraz z rzeczami innych sąsiadów, zostały zamurowane w jednej z piwnic naszej kamienicy. Najpotrzebniejsze rzeczy wzięliśmy z sobą w nieznaną drogę. Po ulicach z częściowo rozebranymi barykadami, jeździły niemieckie samochody, ogłaszając przez zainstalowane głośniki, aktualne komunikaty odnośnie wymarszu mieszkańców poszczególnych ulic. W bramach domów rozlepione zostały komunikaty na ten temat. [...]
Więcej ...
Relacja Haliny Olk Wieczorek
[...] W Oranierburgu była selekcja, żeby nie było osób samotnych do Lerte. Tam była też kąpiel, golenie głów, jak ktoś miał wszy i po nocy spędzonej na podłodze, znów do pociągu. Gdy w pociągu ktoś miał fizjologiczną potrzebę, to trzeba było załatwiać się w biegu pociągu. Matka trzymała za ręce w drzwiach pociągu towarowego, wszystkie kobiety robiły tak samo. A w wagonie byli też chłopcy 16 – 17 letni. [...]
Więcej ...

Relacja Ewy Osieckiej
[...] Oczami przerażonego i zadziwionego zarazem dziecka patrzę na stojącego przy furtce Niemca, z karabinem, który ma na rękach aż po łokcie różne zegarki i wychodzącym z domu ludziom zdziera następne, także pierścionki.... Tuż obok domu na ulicy ogromne leje po pociskach; zaplątujemy się w pozrywane druty przewodów elektrycznych, zapadamy się w te leje. Nie poznajemy ulic- dymy, pożary, jęki. Wpędzają nas na wysepkę w Forcie Czerniakowskim. [...]
Więcej ...
Relacja Alicji Rzaczykiewicz
[...] Ktoś dał mi kawałek chleba, ktoś inny pozwolił przykucnąć na swoim barłogu, aby się przespać. Oblazły mnie wszy, nie było, gdzie się umyć. Strach był ogromny, leciały bomby, Warszawa się paliła. Co jakiś czas wpadali Niemcy z wycelowanymi do nas karabinami. Siedziałam w najciemniejszym kącie piwnicy. [...]
Więcej ...
Relacja Sylwestra Rzaczykiewicza
[...] Był piękny poranek dnia 7 września 1944 roku. Na osiedlu Jelonki zwanym Miasto Ogród znajdującym się między Fortem Wola a Odolanami w Warszawie od rana było spokojnie. Tu po wymordowaniu mieszkańców Woli przez Ukraińców z Armii RONA, którzy stacjonowali na tym osiedlu, trzeba się było mieć na baczności, a szczególnie kobiety, które były atakowane przez pijanych Ronowców. [...]
Więcej ...
Relacja Bohdana Lewartowskiego
[...] W parku SS-man zabija niesionego przez rodzinę na noszach volksdeutscha z sąsiedniego domu i jakąś staruszkę. Na Wawelskiej za Raszyńską pozostałości plądrowania domów przez własowców. Przed willami leżą wyrzucone sprzęty, a między nimi zwłoki mieszkańców. Na Grójeckiej własowiec każe mi wyjść z grupy i stanąć twarzą do ściany. Czekam na strzał, ale nic się nie dzieje. Po chwili odwracam się i nie widząc nikogo, doganiam naszych. Na Dworcu Zachodnim ładujemy się do elektrycznego pociągu, który dowozi nas do Pruszkowa. [...]
Więcej ...

Relacja Elżbiety Uszyńskiej
[...] W pośpiechu gromadzimy niezbędne rzeczy, które zabierzemy ze sobą. Część dobytku rodzice zamurowują w piwnicy. Może coś ocaleje? Ja opatulam w poduszki moje lalki. Ktoś nie powiedział, że naboje i odłamki wpadając w pierze, tracą swoją siłę. Osłaniam je w ten sposób, przed okaleczeniem. Opuszczam moje towarzyszki wojennego dzieciństwa, o imionach bohaterek, Emilkę od Emilii Plater i Joasię od Joanny D'Arc, pewna, że do nich wrócę. [...]
Więcej ...

Polski English Deutsch
Galeria fotografii
http://www.banwar1944.eu/?ns_id=44

6 października 2008

POLSKIE KRESY po 1939 r.

Ilniccy z Jezierzan
Jezierzany - była to duża wieś, licząca ponad 600 gospodarstw, niedaleko Stanisławowa. Obszar zabudowany obejmował około 9 km2. Mieszkało tam ponad 3.000 ludzi, ponad 50% Polaków, reszta Ukraińcy, których nazywano Rusinami. Żyły tam 3 rodziny żydowskie, w tym dwie z nich prowadziły sklepy spożywcze, a dalsze trzy sklepy prowadzone były przez Polaków, oraz jeden sklep prowadził Ukrainiec Sołodki - późniejszy, po klęsce wrześniowej - wójt Jezierzan. Policja i poczta znajdowały się w oddalonym o 5 km Chocimierzu.
We wsi była szkoła podstawowa, kościół rzymsko-katolicki, cerkiew grecko-katolicka z plebanią popa i cerkiew ewangelicka. Była też czynna świetlica, kółko rolnicze, mleczarnia i kancelaria, a nawet jednocelowy areszt, z którego od czasu do czasu przez zakratowane okno smutnie spoglądał "lokator". Poza tym wieś miała 3 stawy (Kierniczki, Żłób i Staw), a sama była podzielona na dzielnice, jak: Mogiłki, Łupejka, Doliny, Pod Łanem, Gruszka itp. Ulice nie miały swoich nazw. Znaczna większość Polaków zamieszkiwała w centralnej części wsi, gdzie stał kościół, stąd był dorozumiany podział dominacji "przed mostem", tj. północno-zachodnia część wsi od strony powiatowego miasta Tłumacza - dominacja Polaków (Ukraińcy prawie nie pokazywali się tutaj) i część "za mostem" (większy obszar wsi), gdzie już było więcej Ukraińców. Życie kulturalne i towarzyskie Polaków toczyło się wokół kościoła, świetlicy, kółka rolniczego i oczywiście w domach, a Ukraińców - w ich świetlicy zwanej czytelnią i w domach. Za mojej pamięci, tj. gdzieś tak od początku lat trzydziestych, prym w dziedzinie kultury, dobrych manier i widzenia świata dalej niż własne opłotki prowadzili Polacy. Na każdym kroku manifestowano swą polskość, co siłą rzeczy gdzieś tam w zaułkach, na pewno, rozjątrzało bardziej krewkich Rusinów. Ale oficjalnie wszystko było w porządku. Polska była Polską! Wspomnę tu chociażby przepiękne, długie, pogodne wieczory, kiedy po stronie ruskiej (a tu mieszkałem) młodzi Rusini całymi grupami przemierzając liczne ulice, śpiewali na kilka głosów swoje przecudne dumki, a najczęściej o słowiku, którą do dziś z radością nucę. A ta dumka zaczynała się tak: "Oj pridu ja na tu horu, de sołoweńko szczebetał..." (oj pójdę ja na tę górę, gdzie słowiczek szczebiotał...). A w tym czasie w "dzielnicy" polskiej nasza młodzież wywodziła trele w większości o zabarwieniu patriotycznym. Należy stwierdzić, że w Jezierzanach Polacy i Rusini żyli w zgodnej symbiozie i w większości wzajemnie traktowali się wprost po przyjacielsku, szanując oczywiście swoją odrębność narodową. Wprawdzie młodzież męska, ta bardziej buńczuczna, wychodząc z domu zawsze wkładała do kieszeni nóż czy kastet i to działało odstraszająco jak dziś broń jądrowa, dzięki czemu do poważniejszych potyczek nie dochodziło. Ale życie było spokojne. W szkole też wszyscy byliśmy równi.
Rodzice moi prowadzili kilkuhektarowe gospodarstwo rolne. Niewiele tego było, bo przy wyposażeniu w przyszłości naszej piątki przypadałoby na każdego z nas poniżej 2 ha ziemi, ale gospodarstwo to było prężne, dobrze prowadzone i zaliczaliśmy się do tzw. średniaków. Ojciec, nad wyraz pracowity, bardziej był stolarzem, cieślą, niż rolnikiem. Prócz krawiectwa, potrafił zrobić wszystko. Rzekłbym złota rączka do wszystkiego. Zmarnowany wielki talent, bo gdzież Mu tam było do "szkół". Stawiał ludziom różne budowle, najczęściej za marny grosz, bo był człowiekiem o gołębim sercu. Miał zadowolenie w tym, że wykonał dobrą robotę. Mama wprawdzie wymawiała ojcu, że za takie prace winien otrzymywać godziwą zapłatę, ale to jakoś nie znajdowało posłuchu. Na gospodarstwie też od świtu do nocy ciężko pracował, bo żadnych maszyn rolniczych tam nie było. O ewentualnym powiększeniu gospodarstwa (to było stałym marzeniem rodziców) było trudno, bo przychód z gospodarstwa był mały, a cena ziemi wysoka. I tak, hektar ziemi - a był tam czarnoziem, bardzo urodzajna gleba - kosztował ponad 1.200 zł. A dochody rolnika: 1 kwintal żyta - 8 zł, pszenicy - 12 zł, jajko - 3 grosze. Ale już za 1 kg cukru trzeba było zapłacić 1 zł, za średnie buty 12 zł, za pudełko zapałek - 5 gr. Stąd nie dziwiłem się, że biedota dzieliła 1 zapałkę na 2 części. Zarobek natomiast był różny. Roboczo-dniówka kosztowała 1 zł, parobek miesięcznie zarabiał 5 zł plus utrzymanie. Pensja nauczycielska wynosiła 180 - 200 zł, a sędziego sądu okręgowego 800 zł. A więc żywot rolnika nie był lekki!. Jeśli idzie o niektóre obyczaje tam panujące, to Polacy w znacznej większości rozmawiali po rusku. Z dziećmi zaś, do ukończenia przez nie szkoły, rozmawiano tylko po polsku. Przy spotkaniach Polak - Ukrainiec zawsze pozdrawiało się słowami Sława Isusu Chrestu, odpowiedź Na wiki wikow. Już jako 11 letni chłopiec samodzielnie wyjeżdżałem końmi na pole orać ziemię. Najcięższe prace na polu to było żęcie sierpem zboża (żyto i pszenica). Krzyż trzaskał z bólu, a trzeba było pracować. Resztę kosiło się kosą. Do bogaczy przyjeżdżali z gór Huculi (górale z Karpat). Żęli zboże za co dziesiąty snop. Jak oni to wytrzymywali? A życie toczyło się powoli, ciekawie, nawet radośnie, ale bez większych perspektyw!
Zagrody w całej wsi były w znacznej większości ogrodzone parkanami z dużymi bramami i furtką na przejście. Na naszej zagrodzie stał dom mieszkalny z oszklonym gankiem, obora, stodoła i głęboka ocembrowana studnia. Wszystko dzieło ojca. Zdarzyło się dwa razy, że w czasie zimy zamiotło nam śniegiem całe domostwo. Góra śniegi zrównana była z budynkami. Ojciec, chcąc dostać się do obory i studni, musiał wyrąbać przez całe podwórze tunel. Przy jego drążeniu całe bryły ubitego śniegu wnosił do kuchni, matka w garnkach ten śnieg topiła, a dla nas "uwięzionych" dzieciaczków, jak zwykle była wielka frajda i uciecha z tego, że jesteśmy uwięzieni. Gdy jestem przy temacie śnieżnym, wspomnę o wielkiej przykrości, jaka mnie spotkała i na długo pozostało mi to w pamięci. Byłem już w 2 lub 3 klasie miejscowej szkoły. Bardzo chciałem mieć narty z prawdziwego zdarzenia. Tato mi je zrobił. Były przepiękne. A ja, nadgorliwy, ponieważ jeszcze nie było "okucia", wziąłem zupełnie nowe buty z cholewami i jeden z nich pociąłem na paski, przybijając je do nart. No i stało się! Wracam ze szkoły, a ojciec już na mnie czekał. Trzymając moje ukochane narty w rękach, spojrzał na mnie groźnie, krzyknął "ty łupiju" - tak zwykł mówić na potępieńca - chwycił siekierę i na moich, przerażonych oczach porąbał je na kawałki. Jeden kawałek - ten z wygięciem- udało mi się schować i przez lata oglądałem to cacko jak relikwię. Później musiałem już sam sobie w tym zakresie radzić.
W lecie i jesienią już od najmłodszych lat trzeba było wstawać równo ze wschodem słońca, bo pędziło się bydło na pastwiska. Potem się szło do szkoły lub do wspólnej pracy na polu. Zaś od sierpnia do października wsiadało się na konie i jechało w pole paść zwierzęta w koniczynie. Koniom zakładaliśmy na przednie nogi pęta, one pasły się do świtu, a my zauroczeni pięknem przyrody i kresowych przestrzeni (można tu mówić o burzanach wonnych) baraszkowaliśmy, by po północy troszkę pod derką przespać się, bo przed wschodem słońca trzeba było być w domu. Mama zawsze w tych przypadkach bardzo bała się o mnie. Raz nawet, aby mnie odwieść od nocnych wojaży, było jeszcze ciemno, nad ranem, gdy wróciłem z końmi, przeszła od ganka do bramy w białej koszuli nakryta chustą zamykając stajnię, patrzyłem oniemiały z przerażenia. Podszedłem do furtki od ogrodu - zamknięta, ganek od mieszkania - zamknięty. No to myślę - postać poszła na drogę. Podchodzę do bramy - zamknięta i nikogo nie ma. Rano wszyscy powstawali jak gdyby nic się nie stało. Po jakimś czasie, na moje podchwytliwe pytania, czy to mama była tą postacią, mama odpowiadała wymijająco, że jeśli coś takiego widziałem, to chyba musiał być duch!. I ten "duch" do dziś nie rozszyfrowany spowodował ku uciesze mamy, że zaprzestałem wypasania koni w nocy. Zresztą nie dziwiłem się nadmiernej bojaźni mamy o mnie, bo kilkunastoletni brat mego taty - Władysław, mieszkający razem z nami, gdy byłem jeszcze malutki, harcując na koniach, spadł z konia, łamiąc sobie kręgosłup i młodo zmarł. Więc ten fortel mamy z "duchami" wart był Nobla.
W szkole językiem wykładowym był język polski. Dopiero od trzeciej klasy były lekcje języka ukraińskiego. Ale już w Stanisławowie - mieście wojewódzkim, była m.in. tzw. "Nasza Szkoła" powszechna i średnia, do których uczęszczali tylko Ukraińcy i wykładali tylko Ukraińcy. Tam już była kuźnia nacjonalizmu ukraińskiego. Chociaż i u nas począwszy od połowy lat trzydziestych coraz wyraźniej zauważano u Ukraińców postępujący "zaczepny" nacjonalizm. W każdym razie ta "symbioza" trwała do połowy 1943 roku, kiedy to jak grom z jasnego nieba przystąpiono do totalnego mordowania ludności polskiej - od niemowląt do starców - przez tamtejszych Ukraińców - banderowców. Ale o tym niżej!
Na własną prośbę i za zgodą kierownika miejscowej szkoły naukę w szkole rozpocząłem przed ukończeniem 6 roku życia (brakowało 6 dni). 1 września 1931r. uradowany, z torbą na ramieniu wszedłem do klasy i zająłem miejsce w pierwszej ławce. Nauczycielka - St. Gózówna siedziała już za katedrą. Po modlitwie - jeszcze nie ochłonąłem z wrażenia - drugoroczniak Michaś Seremczuk kłamliwie "wybulgotał" - proszę pani - Ilnicki powiedział na panią głupstwo! Pani zapytała tylko który to? Postawiła na środek klasy krzesło, kazała mi się pochylić nad nim tak, aby czoło dotykało blatu, ręce opuszczone do dołu i wysmagała mnie kijem po naprężonym tyłeczku, aż zapiszczałem z bólu. Zostawiając wszystko uciekłem z płaczem do domu. Ojciec - po powrocie z pola - wieczorem udał się do domu pani i tam ją odpowiednio "poedukował" Taki miałem niefortunny chrzest z wymarzoną szkołą. Było to dla mnie tym bardziej nieludzkie, ponieważ rodzice nigdy nas nie bili, a tu za darmo, wskutek nieodpowiedzialnego żartu taka heca! Niestety kij i pięść były tam nieodłącznym atrybutem samowolnej władzy nauczycielskiej. Bito dzieci w szkole z błahej przyczyny, a często bez powodu. Były takie okresy, że ni stąd ni zowąd człowiek wędrował na "krzesło", a to przecież bardzo bolało. W końcu wpadłem na zbawienny pomysł według zasady, że potrzeba jest matką wynalazku. Po prostu, gdy był okres wzmożonego bicia, umocowałem sobie pod spodnie grubszy bandaż i w czasie akcji po aktorsku współuczestniczyłem w "spektaklu". Byłem uratowany! O tym nawet domownicy nie wiedzieli.
Dopiero po 1932 roku, gdy probostwo objął wspaniały i mądry ksiądz T. Wróbel, wszystko się we wsi odmieniło. Był świetnym organizatorem życia religijnego i potrzeb wsi. Żył naszymi problemami. Od razu włączyłem się do zorganizowanego przez niego Kółka Ministrantów, nawet przez kilka lat byłem prezesem tego Kółka i czytelnikiem znajdującego się na probostwie bogatego księgozbioru.
Po wybuchu wojny nastąpiły ciężkie czasy. 17 września 1939 roku wojska radzieckie zajęły nasze ziemie. Zorganizowano kołchozy (mój ojciec odmówił). W lutym 1940r. nastąpiła pierwsza masowa wywózka, w czasie której i nas mogli wywieźć na Sybir, ale przeszkodził temu wybuch wojny niemiecko-sowieckiej. Po kilkunastu dniach wojny, władzę u nas objęli Niemcy, którą oddali sowietom na wiosnę 1944r. Za pierwszych sowietów trwał terror związany z przymusowym zakładaniem kołchozu i ściąganiem obowiązkowych dostaw. Za okupacji niemieckiej jeszcze bardziej ściągano kontyngenty oraz panowała masowa łapanka i wywóz na przymusowe roboty do Niemiec. Aby mnie wreszcie dali spokój z wywózką do Niemiec, bo chorowałem wówczas na płuca, moja siostra Stefa w 1942 roku wymieniła mnie w łapance i dobrowolnie wyjechała za mnie na przymusowe prace do Niemiec, skąd wróciła dopiero w 1946 roku. Dziękuję Ci Siostrzyczko!
Jakby tego nieszczęścia było mało, począwszy od 1943r. Ukraińcy na wielka skalę zaczęli w bestialski sposób mordować zamieszkałych tam Polaków i to od niemowląt do starców. Było generalną zasadą, że każdy żyjący tam Polak musi zginąć nie tak normalnie zabity, lecz musi skonać w największych męczarniach. Robiła tak Ukraińska Powstańcza Armia (UPA). Od wiosny 1944r. po objęciu Kresów przez władze radzieckie, masowe mordowanie ludności polskiej przez banderowców przybrały przerażające rozmiary. Byliśmy pozostawieni na pastwę losu! Nie było znikąd żadnego ratunku! Żadnej pomocy. Cały świat o nas zapomniał!!! Tam było prawdziwe piekło! Wojska zaangażowane były dalej na zachodzie w walkach frontowych. Mężczyzn zabrano do wojska. Pozostały tylko kobiety, dzieci i starcy. Była wojna! Przedstawiciele władzy radzieckiej też byli zdziesiątkowani przez UPA. W tym czasie UPA wymordowała tam w większości najbardziej bestialski sposób - około 500.000 Bogu ducha winnych Polaków za to tylko, że byli Polakami.
Celem zahamowania morderstw, podjęcia walki z UPA i ochrony ludności polskiej przed rzezią - z zamieszkałych tam Polaków zorganizowano Pościgowe bataliony tzw. "Istriebitielnyje Bataliony", w których walczyłem. W Jezierzanach nasz batalion liczył kilkadziesiąt dobrze uzbrojonych ludzi. To tylko dzięki naszej determinacji nie doszło do wymordowania Polaków w Jezierzanach, podczas gdy w sąsiednich wsiach wszystkich wymordowano, a domostwa spalono. Wspomnę tu, że siostry mojej mamy Julcia Łopuszańska i Janka Zdanowicz poszły w dniu 16.02.1945r. do sąsiedniej wsi "bić olej" z siemienia i ślad po nich zaginął.

Z oburzeniem i zdziwieniem obserwuję niezrozumiałe milczenie władz polskich zarówno tych z PRL jak też suwerennych w sprawie opisanych wyżej zbrodni dokonanych na niewinnych Polakach. Żydzi by nie milczeli! A czy Polacy muszą? Przecież tam w okrutny sposób zakatowano około pół miliona Polaków za to tylko, że byli Polakami. Ta niespotykana w dziejach ludzkości bandycka masakra niewinnej ludności polskiej nie była konieczna do powstania niepodległego państwa ukraińskiego. Pozostało pytanie i krzyk dlaczego na oczach świata dopuszczono do zbrodni ludobójstwa? Dlaczego świat o tym milczy? Dlaczego Polacy nabrali wody w usta? Jak dotychczas tylko "Kresowianie" z kraju i zza granicy żądają wyjaśnienia tych zbrodni, ale to niezmiennie pozostaje bez echa. Zaklęte to, czy co? Kiedy historia o to się upomni?
W maju 1945r. repatriowano nas do Polski. Rodzice, w zamian za pozostawione gospodarstwo rolne otrzymali poniemieckie gospodarstwo rolne w Dziegciarni, powiat Wyrzysk i trzeba było wszystko zaczynać od początku.
Ja już w jesieni 1944r. - kiedy przeszła przez nasze ziemie straszliwa ofensywa wojsk radzieckich i niemieckich, pozostawiając po sobie same zgliszcza - wyczułem, że trzeba swój los zmienić, że trzeba poprzez gruntowną naukę zbudować swój lepszy świat. Miałem szczęście spotkać wspaniałego przyjaciela Staszka Smulskiego, z którym w Tłumaczu, po wyrażeniu zgody rodziców, rozpocząłem naukę w średniej szkole z polskim językiem nauczania. Książek nie było. Notatki z lekcji robiliśmy na drukach poniemieckich. Całym tchem wchłanialiśmy przekazywaną nam wiedzę. Byliśmy nawet źli, kiedy dzwonek na przerwę przerywał ciekawą lekcję. A po lekcjach do późnej nocy wkuwanie, wkuwanie i wzajemne dyktanda, bo braki były duże.

Po przyjeździe w bydgoskie, obaj z Drzewianowa (miejsce osiedlenia się Smulskich) udaliśmy się pieszo do Bydgoszczy (ok. 30 km) by znaleźć i zapisać się do szkoły z internatem. Po dwóch dniach (nocleg w opuszczonym baraku, wikt - zupa w punkcie UNRY) znaleźliśmy szkołę średnią - późniejsze Liceum Pedagogiczne. Maturę zdaliśmy w 1949 roku. W liceum przez wszystkie lata nauki byłem seniorem klasy i prezesem Kółka Literackiego, a nawet wyróżniono mnie w czasie matury, zwalniając mnie z ustnego egzaminu z matematyki. Piszę o tym tylko dlatego, by wykazać, iż nieustanny upór w pracy nad sobą musiał dać pozytywne wyniki. Pracując jako nauczyciel razem ze Staszkiem ukończyłem Wydział Prawa Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu i obaj przeszliśmy już w stan spoczynku jako sędziowie sądu okręgowego.
Dziękuję Ci Staszku z całego serca za to, że byłeś zawsze przy mnie, że inspirowaliśmy się wzajemnie, bo w pojedynkę chyba byłoby trudniej. Stale nazywano nas braćmi syjamskimi. Brawo!
Odczuwam - jak dotychczas - że od najmłodszych lat Opatrzność Boska stale nade mną czuwa i że sprzyja mi łut szczęścia, tzn., że gwiazdy dobrze mi się układają, bowiem wszystkie moje główne zamierzenia, mimo trudności i przeszkód, spełniły się. Uwieńczeniem ustawicznej pracy nad sobą było zdobycie wykształcenia prawniczego i wykonywania, aż do przejścia w stan spoczynku, najbardziej zaszczytnego zawodu w Państwie - sędziego sądu okręgowego.
A oto dwa niezwykłe wydarzenia, które mocno przeżyłem:
1. W czerwcu 1944 roku ciężko zachorowałem na tyfus. Cesia, z Toporowiec, dokąd zbiegliśmy całymi rodzinami przed frontem, drabiniastym wozem zawiozła mnie do szpitala w Śniatynie. Po kilku dniach byłem już w stanie agonalnym i pielęgniarki zawlokły mnie przez szpitalny dziedziniec do izolatki, gdzie się umierało. Inni odeszli - ja wyżyłem.
2. W lutym 1945 roku, będąc ze Staszkiem na stancji u Sabotowiczów w Tłumaczu (był to czas masowych mordów) - w nocy wtargnęło do mieszkania kilku, po zęby uzbrojonych, ubranych w kożuchy i szynele osobników. Zdążyliśmy z gospodarzem ukryć się w piwniczce pod piecem. Nie było ucieczki i byliśmy przekonani, że za chwilę zginiemy w męczarniach z rąk banderowców. Jeden z nich zaczął zagadywać gospodynię: "Skaży, de je chłopci, my swoi" (powiedz, gdzie są chłopcy, my swoi). Kobieta wskazała nasza kryjówkę, Wyszliśmy zdrętwiali z przerażenia. Czekałem tylko z której strony i jak zaczną rżnąć. Sabotowicz ze strachu nagle posiwiał. Po chwili okazało się, że było to tylko jakieś dziwne nocne sprawdzanie dokumentów przez wojskowe władze miasta i ukraińskich dziesiętników. Potworne to! Większego strachu w życiu już chyba nie można mieć!

Józef Ilnicki, Bydgoszcz, 1998

Helenka Szczepańska - Sybiraczka
Helenka Szczepańska - Sybiraczka ze Lwowa rodem z Biecza
W XX wieku w Bieczu przy ulicy Sienkiewicza (później Potockiego), nieopodal domu akuszerki p. Cisakowej mieszkała w murowanym domu rodzina Szczepańskich, sąsiadując z Eustachiewiczami. Z nimi oraz Ołpińskimi była to rodzina - powinowaci, bo z krwi ojca Ignacego Wilczyńskiego pochodziło pokrewieństwo. Matka Salomei Szczepańskiej była z domu Wilczyńska, tak, jak i babka Rożniówien, które wyszły za Eustachiewicza - jedna a druga za Ołpińskiego. Marianna Szczepańska pochodziła z rodziny burgrabiego bieckiego z czasów przedrozbiorowych. Urodzona w 1790 roku została żoną Ignacego Wilczyńskiego (żyła do 1868 r.) i między innymi dziećmi mieli córkę Monikę Wilczyńską, która została matką naszej babci Anny Rożeń, czyli Marianna Szczepańska jest naszą pra-pra-babcią. Dwaj inni bracia z tej rodziny Antoni i Franciszek Szczepańscy byli powstańcami 1863 roku i tylko Franciszek wrócił żywy. Jeden z braci Szczepańskich wziął za żonę Salomeę Solecką, a ta urodziła mu czworo dzieci i najstarszą córkę Helenę.

I to o niej jest opowieść.

Helenka była córką Adama Szczepańskiego i Salomei z domu Solecka. Urodziła się jako najstarsze dziecko swych rodziców Adama (1877 - 1939)i wspomnianej Salomei. Helena jeszcze przed wojną wyjechała do ciotek Marii i Zofii Brożynówien do Lwowa i tam ją wychowywały. Ukończyła średnią szkołę, zrobiła maturę we Lwowie, a potem dostała się na posadę. Niestety zastała ją tam wojna i zajęcie Lwowa przez bolszewików. Helena była młoda i ładna i jakiś bolszewicki oficer zakochał się w niej i wyszła za niego za mąż. I kiedy ten nieznany z imienia mąż ruszył na front, kazał jej udać się z nowonarodzoną córeczką do swojej matki nad Morze Czarne bodajże do Odessy, gdzie ją sam odwiózł. W ten sposób straciła kontakt z ciotkami, które powróciły do Biecza. Natomiast o Helenie słuch zaginął, okazało się potem, że rosyjska teściowa, kiedy syn poszedł z frontem, odesłała ją jako nienawistną Polaczkę na Sybir z własną wnuczką Martą. Helenkę z małym dzieckiem na ręku zabrało NKWD i wieść o jej losach nigdy do Polski nie dotarła. Na nic się zdało długotrwałe oczekiwanie matki Salomei w kraju i do samej śmierci nie dostała żadnego znaku życia od ukochanej córki, za którą oczy wypłakiwała i żyła nadzieją, że wróci i ucieszy stęsknione serce matki. Pomimo poszukiwań przez PCK, i innych organizacji nie napłynęła żadna informacja, nadzieję matce dawały wróżby z kart na ustawicznie zadawane pytanie: czy żyje i jaki jest jej los. Salomea chciała koniecznie przed śmiercią doczekać powrotu córki i nakazała pozostałym, młodszym dzieciom nadal poszukiwać siostry, kiedy jej już nie będzie na tym świecie. Była schorowana, cierpiała na nowotwór żołądka i niestety powrotu córki nie doczekała. Zmarła po wypisaniu kolejnego listu do Stalina, Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca. Jeszcze tylko przed swoją śmiercią przykazała rodzinie, aby nie zaprzestawali poszukiwań, a w razie gdyby się córka zaginiona odnalazła, pomóc jej we wszystkim, obdarować częścią należnego majątku i ułatwić start w Polsce, a przede wszystkim przyjąć do domu rodzinnego. A jeśliby przyszła wiadomość, że zmarła, to rodzeństwo ma pojechać na jej grób.

A tymczasem... Helena wbrew wszystkiemu, całemu złemu swemu losowi zachowała życie. Ale co to było za życie! Żyła daleko na Syberii w nędznym posiółku, skąd via Moskwa przyjechała do ojczyzny w latach sześćdziesiątych w poszukiwaniu matki - w nagrodę uzyskaną od Chruszczowa za swoje wyniki pracy jako traktorzystki. Niestety nie zobaczyła już matki żywej, był to rok 1962, a ona kaleczyła język polski i nic nie rozumiała, co jest w kraju. Szła sobie od stacji w Bieczu do rynku i po drodze pytała ludzi, gdzie mieszka Salomea Szczepańska. Ktoś jej powiedział, że na cmentarzu, więc szła dalej do rynku, przy którym ktoś ją przyprowadził do siostry Marii Wędrychowiczowej, właśnie mieszkającej w Rynku. Tam opowiedziała swoje losy. Rozglądała się dookoła i stwierdziła, że wszyscy są "burżujami" i nie pracują i chciała natychmiast odjeżdżać. Przyszli jej bracia Adam i Olek i inni ludzie zaczęli jej tłumaczyć i przedstawiać swoje racje o Polsce. Uczyli ją mówić po polsku i opowiedziała swoją historię. Z Odessy wywieziono ją pierwszym transportem do tajgi na Syberię. Jechała z malutkim dzieckiem dwa miesiące i po wyjściu z pociągu w środku lasu szła razem z innymi ludźmi bardzo długo i nigdzie nie było widać zapowiedzianego domu czy schronienia. I kiedy okazało się, że nie ma żadnego nigdzie domu, ludzie się zatrzymali i pobudowali chaty z gałęzi i zamieszkali w nich, aby przetrwać zimę. Był straszny głód, karczowali las, zaczęli hodować jakieś zwierzęta, a później powstał kołchoz. W tym zbiorowisku ludzi ona była najmądrzejsza, umiała pisać i czytać, zatrudniono więc ją do liczenia i pisania kołchozowej dokumentacji. Było jej samej ciężko i aby wykarczować działkę przyzagrodową oraz wybudować chatę, wzięła sobie staruszka za męża, który jej pomagał w domu i wychowywał dziecko podczas jej nieobecności. Kołchoz rósł w oczach i miał najlepsze wyniki w hodowli zwierząt domowych oraz plonach. Dorastającą córkę wysłała do szkoły, bo w międzyczasie została kierownikiem kołchozu i otrzymywała nagrody za wyniki produkcyjne, oraz odznaczenia. Ta uprzywilejowana sytuacja pozwoliła jej wysłać córkę do Irkucka, a następnie do Moskwy i tam Marta zdobyła wyższe wykształcenie. A jakie to? - pytali ciekawie krewniacy. A traktorzystki - umie na traktorze jeździć i na wszystkich markach traktorów i zna się na glebie i drzewach. I kiedy krewniacy usiłowali poprawić jej mniemanie, co tego "wyższego wykształcenia", protestowała i obstawała przy swoim oglądzie dostępnego dla niej świata. Helenka była w 1962 roku starą, pomarszczoną, zniszczoną, zgarbioną babulinką, a naprawdę liczyła około czterdzieści lat życia wtedy. Zapytana jak uzyskała wreszcie zezwolenie na wyjazd z ZSRR odpowiedziała łamaną polszczyzną, bardziej po rosyjsku: "jak ja zdobyłam tam tak wielkie uznanie i odznaczenia za pracę w kołchozie i sowchozie, to zostałam zaproszona w nagrodę do Moskwy do naczelnych władz, a tam sam Chruszczow zapytał mnie czego bym chciała, czego bym pragnęła? Jak jeszcze może mnie wynagrodzić za osiągnięcia gospodarcze w kołchozie. I Helenka odpowiedziała Nikicie Chruszczowowi: "chciałabym choć jeden raz zobaczyć swoją matuszkę". Chruszczow pyta przy wszystkich: a gdzie ta Twoja matuszka mieszka? Odpowiedziałam zaskoczonemu przywódcy że... w Polszy! A on skonsternowany.... Gdzie? W Polszy! Gdzie? W krakowskiej guberni w Bieczu! Chruszczow mówi... To ty chcesz tak daleko jechać? I wrócisz!? Tak! Mam córkę, więc wrócę, tylko matkę i rodzeństwo zobaczę i wrócę! Zobaczę kto i co zostało po wojnie i wrócę! Nic nie wiem o swojej rodzinie. Chruszczow na to powiedział: Skoro nie chcesz pieniędzy, ani urlopu tutaj w kurorcie w naszej matuszce Rosji, to pojedziesz i wrócisz tu! I tak się stało!

Przygotowania do wyjazdu Helenki trwały cały rok. Mój stary mąż, wszyscy ludzie z kołchozu i cała wieś mi pomagali, abym mogła wyjechać do matki... a ona umarła! Była już starucha i umarła! (Nawet łza jej nie pociekła, tak ją te syberyjskie śmierci innych zahartowały... tamta codzienność!). To mój mąż na wyjazd specjalnie pojechał do Irkucka żeby mi kupić najdroższy i najlepszy materiał na kostium i dał do krawca, żeby mi uszył! Ładny - prawda? (Był to zafarbowany worek jutowy). I kiedy siostra Marysia i inne kobiety z rodziny dały Helence nowe, polskie ubrania, to ona nie chciała ich włożyć, żeby nie wyglądać na burżujkę. Ale na siłę ją w coś ubrali i dali chustkę a głowę, a na nogi zwyczajne buty, bo miała tylko walonki. Nie usiadła na chwilę, tylko cały czas coś robiła, a to plewiła ogród, a to coś innego i dziwiła się, że wokół wszyscy próżnują po przyjściu z pracy w zakładach. Skróciła swój pobyt w Polsce, bo źle jej tu było... bo tylko jedzą i piją, siedzą i nic nie robią. Jak tak można żyć? - pytała. A przecież wszyscy pracowali, cała, polska rodzina Helenki. Siostra Marysia prowadziła sklep GS, brat Olek pracował w tartaku i mieszkał w domu jej matki, brat Adam też miał pracę jako strażak, mieszkał u swojej żony na Przedmieściu. Helenka się nudziła i tęskniła za swoją rodziną, kołchozem, a przede wszystkim pracą do której przywykła. Postanowiła wracać.

Rodzeństwo spłaciło ją z należnego spadku po rodzicach i kupili materiałów na sukienki, ubrania, różnych potrzebnych rzeczy i spakowali to wszystko do trzech walizek. Odwieźli ją do Przemyśla samochodem, ale po przekroczeniu granicy cały jej dobytek skonfiskowali jej współobywatele, za którymi tak tęskniła i z którymi się utożsamiała, biedna. Nie pomogły żadne starania, zaświadczenia łapówki, znajomości. Została z jedną walizką, z 1 materiałem, 1 kompletem bielizny, 1 kompletem pościeli i drobiazgami kosmetycznymi. Po dwóch miesiącach podróży przez ZSRR wróciła do swego kołchozu i napisała list po rosyjsku, że jest już w swojej wsi i teraz najbogatsza ze wszystkich. Jej córka i mąż bardzo się ucieszyli z prezentów. Wśród nich był polski elementarz i różaniec i święty obrazek NMP, żeby nauczyła córkę polskiego i modlić się. Ale ta odmówiła - nie czuła już takiej potrzeby, widocznie została gruntownie zrusyfikowana, widocznie i geny ojca odegrały swoją rolę. Wkrótce umarł jej mąż, córka pojechała gdzieś daleko, a samotna Helena oczekiwała teraz wizyty swoich braci Adama i Olka w głębi swojej tajgi. I kiedy oni dotarli do Irkucka - jechali dwa tygodnie pociągiem - zostali zaaresztowani pod pretekstem szpiegostwa na rzecz amerykańskiego wywiadu i siedzieli tydzień, zanim sprawa się wyjaśniła i władze sprawdziły ich cel podróży oraz podany adres kołchozu, do którego jechali. Musieli w celu dotarcia do kołchozu przepłynąć Jenisej, ale nie wiedzieli czym i jak, bo nie widać było żadnej łodzi czy innego środka komunikacji wodnej. Jedynie przypływały bale drewna spławiane rzeką po spięciu ich hakami. Jenisej w tym miejscu jest tak szeroki, że nie widać drugiego brzegu, a bracia czekali z walizkami nad tą wielką wodą. Miejscowi ludzie powiedzieli, że tylko 2 razy w tygodniu odpływa łódka, ale tym razem nie przypłynęła i tylko ogromne bale drewna szły z wartkim nurtem. Szczepańscy zastanawiali się jak między tymi ogromnymi balami może przepłynąć mała łódka, żeby nie zostać zmiażdżona? I podczas tego czekania zostali właśnie zaaresztowani jako podejrzani o szpiegostwo przez funkcjonariuszy milicji. Zabrano im paszporty i milicjanci udając, że czytają (trzymali do góry nogami) zabrali podejrzanych do aresztu. Następnie wykonali szereg telefonów do Moskwy celem sprawdzenia niebywałych intruzów. Trwało to tydzień i pozostało tylko ostatnie siedem dni jeszcze na samą wizytę u siostry. Zwolnieni z więzienia poszli nad brzeg Jenisjeju, przypłynęła łódka - skorupka i jak tu wsiadać, skoro dookoła płynie mnóstwo bali? Bracia przeżegnali się ukradkiem i z duszą na ramieniu obserwowali przewoźnika jak z cyrkową umiejętnością manewrował wiosłami to przyciągając, to odpychając bale i burty. Szczęśliwie osiągnęli przeciwny brzeg, wysiedli, a tu szczere pole bez końca, pustkowie, wieczór zapada, nic nie widać, ani słychać, łódka odpłynęła z powrotem. I kiedy stracili nadzieję na dalszą drogę, nadjechał z ciemności traktor, a traktorzysta zapytał: czy to Adam i Olek Szczepańscy? Bracia Heleny? I po chwili wahania, czy znowu nie trafią do aresztu, dali się namówić po rosyjsku do skorzystania z tego pojazdu. Nie było żadnej drogi, drogowskazów, dookoła tylko równina i lasy. Zupełnie nie wiedzieli jak trafi do celu ich nowy przewoźnik. On zagadnięty odpowiedział, że po gwiazdach. Co jakiś czas się zatrzymywał i obserwował położenie gwiazd na niebie. I tak dojechali do kołchozu, po całonocnej wędrówce przez step i zatrzymywaniu się co kilka kilometrów, w celu obserwacji nieba i położenia gwiazd. Rankiem dotarli do celu, cała wieś na nich czekała, zaczęły się wiwaty, tańce, granie i popijanie wódki. Na zagryzkę była słonina i chleb, oraz rarytas: kiszone ogórki. Z domu siostry musieli iść na poczęstunek do każdego domu po kolei i wszędzie byli serdecznie witani w identyczny sposób, więc chcieli się zrewanżować i kupić papierosy. Zapytali siostry gdzie jest sklep, a ona odrzekła, że przyjedzie za trzy dni i trzeba mieć słoninę jako zapłatę. Ten objazdowy sklep nie żądał rubli, tylko i wyłącznie słoninę, a okazał się ciężarowym samochodem i Helena zapłaciła za nasze zakupy czyli papierosy i słodycze i wódkę, słoniną i prosiakiem. Cała wieś ich żegnała nad Jenisjejem i powrotną drogę odbyli do Moskwy jadąc dwa tygodnie, a stąd tylko cztery dni do Polski. I tak przysłowiowa szczera dusza rosyjskiego mużyka stanęła do rywalizacji z mieszczańską gościnnością polskiej rodziny. Helena nigdy by się nie zaaklimatyzowała w Polsce, uważała rodzeństwo za burżujów jak i wszyscy jej nowi ziomkowie. Starszy brat Olek był w partyzantce, widział Rusków w lasach na Podkarpaciu, ale takiej nędzy nie wyobrażał sobie nigdy. Mówił oni tam żyją, jak w epoce kamienia łupanego. Niestety nie widzieli nigdy siostrzenicy, podobno wyszła za mąż, powiedzieli, że zawsze przyjmą ją do rodziny i może wrócić do Polski, żeby napisała choć po rosyjsku. Ale po Helence znowu słuch zaginął... milczenie tym razem chyba ostateczne.

Spisała Anna Tryszczyło - Mróz

Jak nas "ruszczono" na Kresach Wschodnich
Warto jeszcze wspomnieć, jak doszło do zanikania polskiego stanu posiadania na naszych Kresach Wschodnich. Z moich obserwacji wynika, że zawinili tu również sami Polacy, a szczególnie arystokracja nasza. Arystokraci troszczyli się zbytnio o swój arystokratyczny stan i tę sprawę stawiali często na czele swoich starań. Nieraz urządzali dla siebie kaplice w swoich pałacach i utrzymywali tam kapelana, zaś dla pospólstwa budowali po wsiach cerkwie. Wytwarzał się więc taki stan, że kościół był jeden, gdzieś przy siedzibie pana, cerkwi zaś było wiele, rozsianych po wsiach. Po drugie Rusini, później zwani Ukraińcami, wcześnie rozpoczęli działania dla powiększania swego stanu posiadania. Mieli prawnych doradców, którzy dawali wskazówki ruskim proboszczom, jak wyzyskiwać ówczesne prawa zwyczajowe, które w zaborze austriackim z czasem stawały się prawami państwowymi. Prawo to polegało na tym, że kto był ochrzczony w kościele, był uznawany przez państwo za Polaka, kto ochrzcił się w cerkwi i tam był zapisany w księgach metrykalnych, był uznawany za Rusina. Bywało, że dziecko polskie było chore i należało je prędko ochrzcić, albo też niepogoda utrudniała dojazd do kościoła lub jakiś inny był powód, że polskie dzieci chrzczono w cerkwi, które znajdowały się blisko domostw, a nie w oddalonych kościołach katolickich. Proboszcz ruski miał obowiązek odesłać kartkę o chrzcie polskiemu proboszczowi, ale zwykle nie posyłał, wpisywał chrzest do swoich ksiąg i w rocznym sprawozdaniu do starostwa dziecko to figurowało już jako grekokatolik, czyli ruskie. Tak działo się przez wiele lat, więc dlatego niektóre wioski zostały zupełnie zruszczone. Powyższe wypowiedzi opieram nie na domysłach, ale na stwierdzonych faktach. Po dwóch latach kapłaństwa zostałem mianowany administratorem parafii we wsi Sidorów, pow. Kopyczyńce. Parafia była rozległa, obejmowała wsie: Sidorów, Szydłowce, Suchodół, Krzyweńkie, Wasylków, Zieloną, Bernadówkę i Trojanówkę. Na tym terenie był jeden kościół, a cztery cerkwie, pracował jeden kapłan rzymskokatolicki, a pięciu greckokatolickich, czyli ruskich. A co ja zastałem w Sidorowie po objęciu tej parafii? Był wtedy rok 1936. Opowiadali mi starzy parafianie, jak to było dawniej przez wiele lat. Proboszczem był przez długie lata ks. kanonik Basarabowicz. Był to staruszek, już bardzo zniedołężniały, po prostu niezdolny do wypełniania wszystkich prac duszpasterskich. Pod kościołem rosła wielka lipa. Pod tym drzewem ustawiony był stół i krzesła. Tam stale przesiadywał staruszek, ks. kan. Basarabowicz, bo płuca jego potrzebowały świeżego powietrza. Bardzo często i chętnie odwiedzali go sąsiedzi, księża ruscy, by staruszek nie czuł się osamotniony a głównie, by prowadzić swój proceder. Dla zabawienia staruszka grywano z nim preferansa. A bywało tak: podczas gry przyszła kobieta zgłosić chrzest. Młodzi towarzysze starego kanonika zatrzymali kobietę mówiąc, że nie wypada męczyć staruszka, niech kobieta przyjdzie do któregoś z nich, to ochrzczą dziecko i prześlą kanonikowi kartkę. "Ks. kanonik pozwoli?" Ks. Kanonik pozwalał, ale ruski ksiądz po chrzcie kartki nie przysyłał, lecz chrzest wpisał do swoich ksiąg metrykalnych. W rocznym więc wykazie chrztów do starostwa to dziecko figurowało już jako grekokatolik, czyli ruskie. Tak trwało przez lata, przez okres proboszczowania niedołężnego ks. Basarabowicza. Nic więc dziwnego, że w ten sposób ruszczono. Podaję stan jednej wioski tej parafii Szydłowce, w czasie, gdy objąłem tę parafię. Wioska Szydłowce była zaściankiem szlacheckim. Zamieszkiwały tam dwa rody: Dębióskich i Zaborowskich. Ja zastałem taki stan: prawie połowa Dębióskich nazywała się Dubióskij', prawie połowa Zaborowskich już podpisywała się - Zaborowśkij' - a więc byli już zruszczeni. Gdy w roku 1936 objąłem parafię w Sidorowie, zastałem jeszcze jednego księdza greckokatolickiego, który grywał z ks. Basarabowiczem w preferansa. Nazywał się Bukowski i był proboszczem w Szydłowcach. Ponieważ byłem bardzo młodym kapłanem, bo tylko dwa lata po święceniach, ks. Bukowski myślał, że łatwo mu będzie prowadzić ze mną ten proceder walki o dusze, jak kiedyś ze zniedołężniałym staruszkiem, ks. Basarabowiczem. Ponieważ ja nie grałem w preferansa, ks. Bukowski zaczął działać na innym polu. Starał się nie dopuszczać mnie w szkole do odbycia z dziećmi lekcji religii. Gdy przyjechałem do szkoły, on zaraz zaczynał opowiadać różne historyjki, by mnie przytrzymać i by minęła godzina lekcyjna. Prędko poznałem się na jego metodzie. Powiedziałem mu, że chętnie będę słuchał, ale po odbyciu lekcji. Gdy po kilku próbach nie udało mu się mnie przytrzymać, zaczął ze mnie pokpiwać. Więc mówił o mnie, że jestem młody i bardzo gorliwy i pełen zapału, ale prędko ten zapał przygaśnie i gorliwość zmaleje. Gdy w szkole nic mu się ze mną nie udawało, zaczął inaczej. Ja do Szydłowic dojeżdżałem kilka kilometrów przez pole. Przy tej drodze ks. Bukowski miał swoje morgi. Wychodził na to pole, stawał przy drodze i czekał na mnie. Gdy nadjechałem, zatrzymywał mnie i zaczął pouczać o uprawie roli, o gospodarce rolnej itp. Zrozumiałem prędko do czego zdąża. Chodziło mu o to, bym lekcji nie odbywał, bo on później brał wszystkie dzieci, w tym polskie, uczył katechizmu po rusku i w ten sposób ruszczył. Poprosiłem więc, aby tu poczekał, bo chętnie posłucham jego wykładu, jak będę wracał po lekcji. Zatem i w ten sposób nie udało mu się mnie opanować. Wobec tego ks. Bukowski był wściekły na mnie, że ze mną nie udawała mu się walka o dusze. Walkę tę prowadził dalej, ale skończyła się ona dla niego tragicznie. Czas mojej pracy w Sidorowie to okres bardzo intensywnego działania Akcji Katolickiej. W każdej parafii obowiązkowo organizowano cztery koła - mężczyzn, kobiet, młodzieży męskiej i żeńskiej. W Sidorowie ta akcja była bardzo ożywiona. Było tam wojsko graniczne, które chętnie brało udział w tej akcji, szczególnie w urządzaniu przedstawień, festynów, zabaw. Przychodzili żołnierze z orkiestrą, co ściągało bardzo młodzież. W tym czasie jedna parafianka ks. Bukowskiego miała dużo koleżanek w mojej parafii i często je odwiedzała, przychodziła, gdy były zabawy, a także czasem przychodziła na zebranie Akcji Katolickiej. Raz zażartowałem mówiąc, że jeżeli podoba się jej u nas, to niech zmieni obrządek. Odpowiedziała roztropnie, że będzie to zależało od tego, jakiego dostanie męża. Jeżeli będzie Polak, to chętnie obrządek zmieni, jeżeli będzie Ukrainiec, to nie ma sensu zmieniać. Przyznałem jej rację i więcej tą sprawą się nie interesowałem. Zdarzyło się jednak, i to dość prędko, że trafił się jej narzeczony Polak i to bogaty. Postanowiła więc przejść na obrządek rzymskokatolicki. Przybiegła do mnie i pytała, jak tę sprawę załatwić. Powiedziałem, że trzeba pismo skierować do starostwa i dołączyć metrykę chrztu. Poszła więc do swego proboszcza po tę metrykę, ale proboszcz metryki nie dał, zbeształ ją i za drzwi wyrzucił. Przyszła znów do mnie z płaczem - co dalej robić? Radziłem, by załatwić tę sprawę urzędowo przez starostwo. Na żądanie starostwa ks. Bukowski już musiał wydać metrykę chrztu tej dziewczyny, ale w najbliższą niedzielę strasznie beształ ją z ambony i tak się strasznie zdenerwował, że dostał wylewu krwi do mózgu. Zniesiono go z ambony nieprzytomnego. Wywieziono następnie do Lwowa na leczenie. W szpitalu przebywał około pół roku - gdy wrócił, był już zupełnie niezdolny do jakiejkolwiek pracy, bo umysł jego już nie działał. Tak tragicznie skończyła się dla niego ustawiczna walka o dusze.
Ks. mgr Kazimierz Orkusz

Głęboczek, powiat Borszczow
GŁĘBOCZEK (Chlyboczek) - z opowieści miejscowych ludzi dowiadujemy się, że...
"przed wojną polowa wioski to były Polacy. Kościol był dośc bogatym. Już w czasie frontu 1944-go kościol był zamkniety. Po wysiedleniu z Hlyboczka w 1945-46 wiekszości miejscowych Polaków, komuniści zaczeli go niszczyc. Niszczono kościol w dośc okrutny sposób: sekirą rebali mąstracje. Chóre, lawki, plity z podlogi rozebrali. Rozebrali również organ. Dzieci przesiedlonych w Ukraine Lemków jeszcze długo bawili się (grali) tymy trebami z organu. Później z kościoła zrobili magazyn zboża. Wiec strasznie rozplodili się tam myszy i szczure. Jeszcze później, już za Brieżniewa, w kościele założyli muzeum… ateizmu. Było tam aż 10 pomników Leninu (różnych - Lenin stoi, Lenin siedzi), a na miejscu ołtarza stal olbrzymy Yuri Gagarin w butach z cholewami. Dziś w Hlybochku mieszka 28 polskich rodzin.W czasach radzieckich rzymo-katolicy z Hlybochka modlili się w kościele w Borszczowie, którego sowieci nie zamknęły. Kościol w Hlyboczku stoi w cześci wioski, która nazywa się Batrynówka. Przed wojną na Batrynówce mieszkalo 5 rodzin z nazwiskiem Ksiądzyna. Dziś kilka Ksiądzyn mieszkają w tej czesci wioski, która nazywa się Syniawka. Na wiejskim cmietarzu jest mogila jakiegos Jana Ksiądzyny."
(Opis oryginalny pisany przez potomka Polaków, słabo znającego język polski)

Wiesz?
Przyślij wspomnienia swoich przodków KONTAKTY