n e v e r l a n d d

- ANTISOZIALISTISCHE ELEMENTE - *** TA MI OTO PRZYPADŁA KRAINA I CHCE BÓG, BYM W MILCZENIU TU ŻYŁ * ZA TEN GRZECH, ŻE WIDZIAŁEM KAINA ALE ZABIĆ NIE MIAŁEM GO SIŁ *** " DESPOTYZM przemawia dyskretnie, w ludzkim społeczeństwie każda rzecz ma dwoje imion. " ******************** Maria Dąbrowska 17-VI-1947r.: "UB, sądownictwo są całkowicie w ręku żydów. W ciągu tych przeszło dwu lat ani jeden żyd nie miał procesu politycznego. Żydzi osądzają i na kaźń wydają Polaków"

Archiwum

VISITORS

POGODA

LOKALIZATOR

A K T U E L L






bezprawie.pl
"Polska" to kraj bezprawia

31 sierpnia 2013

Jutro - Wojna

W S P O M N I E N I A z C Z A S Ó W W O J N Y

Maria Śniadowska Komornicka  SEE

Ciąg dalszy – II

To co się działo w domu, po naszym wyjeździe, wiem tylko z opowiadania Ireny i to nie bardzo dokładnie, bo mi wszystkich szczegółów nie mówiła. Niestety nigdy nie spisała swoich wspomnień i nie wiem, czy kiedykolwiek to zrobi. Kiedy niedawno (luty 1996) prosiłam ją przez telefon, by mi coś z tych przeżyć opowiedziała, zobaczyłam, że trochę zmieniła tą historię, choć to tylko drobne szczegóły. Postaram się opisać obie wersje. Oto co zdołałam zapamiętać z jej opowiadania z przed 57 laty.
Gdy Irena nie znalazła we wsi żony porucznika, którą zabraliśmy po drodze do auta, wróciła do domu i szybko przebrała się w spódnicę i piękną haftowaną ruską koszulę Rózi. Za chwilę dał się słyszeć huk motorów zajeżdżających aut i do domu wtargnęli uzbrojeni bolszewicy. Pierwsze pytanie było naturalnie “gdzie haziaj?” Zastali tylko samą służbę i Irenę, na którą nie zwracali uwagi traktując ją na równi z nimi. Przyprowadzili ze sobą grupę Polaków, którzy nie doczekali się rozkazu odejścia i tkwili wciąż w rowach strzeleckich. Rosjanie zasiedli przy stole w jadalni i zaczęło się badanie więźniów. Interesowali ich głównie oficerowie, szeregowych zwalniali. Polacy nie mieli na polowych mundurach dystynkcji, ale posiadali książeczki oficerskie, które im przy rewidowaniu odbierano. I tu przyszła z pomocąIrena. Chodząc swobodnie po mieszkaniu, cichcem odbierała od oficerów te książeczki i~w chwili, gdy nikt nie; patrzył, szybko podrzucała je pod kredens lub kanapę. Równocześnie powoli zbierała swoje rzeczy i pakowała do walizki, mówiąc bolszewikom, że to są rzeczy jej panienki. Nikt jej w tym nie przeszkadzał. O ile pamiętam, mówiła, że pomagała oficerom przejść powoli do dalszych pokoi i uciec przez otwarte okno.
I tak minęła jej ta pełna napięcia i niepokoju noc. Na szczęście, nikt ze służby jej nie wydał, ale gdy nastał poranek, była już u kresu sił. Wyszła na werandę by odetchnąć świeżym powietrzem i zobaczyła Ojca, idącego z bańką mleka w ręku, na którego żołnierze rosyjscy zupełnie nie zwracali uwagi. Irena tak wżyła się w swoją rolę, że na widok Ojca krzyknęła po polsku i bardzo po lwowsku, “a ło, a to nasz pan przyszedł.” Na szczęście nikt tego nie usłyszał, a Ojciec ostrym głosem zawołał, “Irena, chodź tu zaraz, idziemy do miasta”. Poszła, ale przed tym wróciła do domu i zabrała swoją walizkę wyładowaną rzeczami.
W innej wersji, opowiedzianej mi teraz przez telefon, Irena pobiegła do boksów, by uwolnić konie i tam spotkała komandira rosyjskiego, który jej zabronił to robić. Później poszła do wsi i tam spotkała wójta Kozielnik, który, jak ona mówiła uratował jej życie. Nie dobrze zrozumiałam o co to chodziło. W domu przebrała się i zaraz przyszli polscy oficerowie, poprosili ją o jedzenie i zmęczeni położyli się spać. Na to zjawili się bolszewicy i cała historia wyglądała mniej więcej tak samo, z wyjątkiem tego, że Polacy nie mogli uciec przez okno, bo naokoło domu stały straże. Rano, gdy zobaczyła Ojca, podobno zawołała “Jej Bohu, nasz pan przyszedł”. Tak wyglądają dwie wersje jej przeżyć.
W mieście pozostaliśmy tydzień. Ojciec ukrywał się u znajomych i tylko co dzień przychodził pod otwarte okno i szeptem pytał, czy wszystko w porządku, czy nikt go nie szuka. Miał słuszność, ale my nie podzielałyśmy tej ostrożności, nie znając bolszewików uważałyśmy, że po tylu latach wszystko w Rosji się zmieniło i nic nikomu nie grozi. Jak bardzo myliłyśmy się.
Co dzień przyjeżdżał ze wsi któryś z parobków, przynosił nam mleko i ostatnie wiadomości. Dowiedzieliśmy się wtedy, że gdy po naszej ucieczce do miasta przyszli bolszewicy, omal nie rozstrzelali naszego furmana Janka i pomocnika ogrodnika, Siergieja. Może to wydawać się śmieszne, ale obaj zawsze porządnie ubrani, zwłaszcza Janek, wysoki i elegancki chłopak, w pięknych butach z cholewami, wydawali się bojcom rosyjskim pamieszczykami. Gdy kazali im uklęknąć z zamiarem rozstrzelania ich, Siergiej, młody chłopak ukraiński, którego bardzo lubiliśmy, zaczął po prostu płakać, zaklinając się, że jest tu tylko na służbie. W końcu ich jakoś przekonał i darowali im życie.
Po tygodniu, gdy dowiedzieliśmy się, że wojsko odeszło, wróciliśmy na wieś. Dom zastaliśmy splądrowany, zawartość wszystkich szaf i szuflad wyrzucona na podłogę, co cenniejsze rzeczy zrabowane. Stara karabela wisząca w jadalni znikła. Uporządkowaliśmy mieszkanie i postanowiliśmy jakoś żyć. Była jesień, zaczęło się kopanie ziemniaków, kopcowanie marchwi, robienie przetworów z owoców. Część służby wróciła do swych domów. Nastrój był pełen napięcia, nie wiedzieliśmy co nam jutro przyniesie, ale nadal zajmowaliśmy się gospodarstwem, pomimo wojny i naszej niepewnej sytuacji. Jeździliśmy do miasta, gdzie od znajomych dowiadywaliśmy się co się tam dzieje. Dyrektora elektrowni, który wyszedł na spotkanie przed dom, komandir zastrzelił na miejscu. Podobno pan Kozłowski sięgnął do kieszeni by im pokazać dowód osobisty, który to gest oni uważali za sięgnięcie po broń. Nikogo nie aresztowano. Rosjanie wykupywali wszystko ze sklepów, tak, że wiele z nich stało pustką, ale na ogół było spokojnie.
Tymczasem raz, gdy byłam w ogrodzie zobaczyłam zajeżdżające przed dom auto ciężarowe, a na nim kilku żołnierzy rosyjskich z karabinami w ręku. Spytali, “gdzie haziaj?” Byłam pewna, że przyjechali rekwirować ziemniaki dla wojska i z tym przekonaniem zawołałam Ojca. Podszedł do jednego z żołnierzy, zamienił z nim kilka słów po rusku, czego nie rozumiałam i zwrócił się do mnie ze zmienioną twarzą szepcząc, “Czerezwyczajka” i podał mi mapę, którą miał w kieszeni, jeszcze od czasu, gdy miał jechać za granicę. Jeden z żołnierzy powiedział do mnie “on jutro powróci” i pomógł Ojcu wspiąć się na ciężarówkę. Inni z bagnetami na karabinach stanęli po bokach i odjechali. Nie zdawałyśmy sobie sprawy, że to aresztowanie. Przecież do tej pory nic takiego nie zdarzyło się. Zachodziłyśmy w głowę co to ma znaczyć. Tymczasem po chwili zajechało przed dom małe auto osobowe, z którego wysiadło kilku oficerów w czapkach z niebieskimi otokami, co jak później dowiedziałyśmy się oznaczało służbę w NKWD i zaczęła się rewizja. Szukali broni, której u nas już nie było, bo Ojciec zaraz na początku wojny gdzieś ją pochował, ale zabrali ostatnie zdjęcie Ojca, w mundurze, z wszystkimi orderami, między innymi za obronę Lwowa i wojnę z bolszewikami. Podobno za te odznaczenia Ojciec był bardzo bity w więzieniu. Chodzili wszędzie, zaglądali do pieców, do szuflad i szaf, ale nic nie znaleźli. Byli raczej spokojni i wobec nas grzeczni. Powiedzieli, że Ojciec został aresztowany, oskarżony o przechowywanie broni, którą miał zatopić w stawie. Jeden z nich mówił po polsku i na nasze zapytanie powiedział, że jego matka była Polką. Oglądając bibliotekę oświadczył, że zabiera sobie dzieła Mickiewicza. Moja Matka, jak zawsze bardzo grzeczna dla “gości”, uprzejmie się zapytała kiedy będzie można kupić cukier, bo teraz, gdy się robi przetwory na zimę zabrakło go w sklepach. Coś tam odpowiedzieli, że wojna, że wkrótce będzie. Ot, takie sowieckie obiecanki. W końcu, kazali mi z nimi wsiąść do auta i pojechaliśmy, zostawiając moją Matkę w rozpaczy.W czasie jazdy rozmaite myśli przechodziły mi przez głowę, próbowałam odgadnąć gdzie mnie wiozą, czego ode mnie chcą, czy też będę aresztowana? Znów powrócili do tych karabinów, rzekomo zatopionych w stawie. Powiedziałam im, że o niczym nie wiem i rozglądałam się, starając się odgadnąć gdzie mnie wiozą.
Zajechaliśmy na ulicę Długosza, do naszego miejskiego mieszkania, gdzie otworzyła nam nasza stara służąca Hania, patrząc z przerażeniem na bolszewików. Zaczęli się dopytywać, gdzie są nasze rzeczy, a gdy się dowiedzieli, że tylko przedpokój jest nasz, bo resztę odnajęliśmy, wyszli. Mieli bardzo głupie miny, jak pies, który zgubił ślad, a przecież musiał im ktoś o tym mieszkaniu powiedzieć i nawet wiedzieli, że tam mieszka stara Hania. Ale kto doniósł? Później podejrzenie nasze padło na jednego z parobków, którego ktoś ze znajomych widział, gdy wchodził do budynku komendy policji, zajmowanego przez bolszewików. Dowodu nie mamy. Uradowana, że mnie aresztowanie ominęło, zażądałam odwiezienia mnie na wieś, ale roześmiali się tylko i powiedzieli, żebym sobie sama poszła.
I tak zaczęło się nasze życie, pełne troski o Ojca i wypełnione zajęciami gospodarskimi, w czym natrafiałyśmy coraz bardziej na trudności. Nikt nie chciał pracować. Kobiety pomagające przy kopaniu ziemniaków zawiadomiły nas że kopią dla siebie i zabiorątyle, ile chcą. Na protesty mojej Matki, odpowiedziały pocieszająco, że bolszewicy i tak nam wszystko zabiorą i nie warto się upierać. Właściwie miały rację, ale wtedy to było nasze jedyne źródło dochodu. Co dzień jeździłam małym wózkiem, z jednym koniem, zawożąc ziemniaki i inne jarzyny zamówione przez znajomych telefonicznie. Nasze konie poszły do wojska w czasie mobilizacji, a starą, dychawiczną szkapę, błąkającą się po ulicy, przyprowadził raz Ojciec. Dużą pociechą i pomocą był dla nas Julek, młody lotnik z Warszawy, który w mundurku gimnazjalnym ukrywał się u nas przed bolszewikami. Sprowadziła się też do nas dawna kucharka naszej Babci, Kasia, która ostatnio służyła w Radomsku u państwa Siemieńskich. Uciekali oni całą rodziną na wschód i w czasie bombardowania pogubili się. Kasia została z kilkunastoletnim synem Siemieńskich i tak opiekując się nim w czasie drogi zajechała do nas. To była kochana, niezwykle dobra i uczciwa kobieta, która nam wiele pomogła, zwłaszcza później, gdy nas wyrzucono z domu. Dziwne były losy Kasi. Po kilku miesiącach skontaktowała się z Siemieńskimi, którzy przysłali przewodnika, ale tylko po syna. Kasia została sama i~w czerwcu została wywieziona do Rosji. Pisała do nas pogodne listy, choć miała tam ciężkie warunki życia. Była bardzo religijna, w jej listach przebijało zdanie się na Wolę Bożą. Pisała, “gdzie mnie Pan Bóg postawi, tam mu będę służyć”. Nie wiemy co się z nią później stało.
Po dwóch tygodniach takiego życia, bez żadnej wiadomości o Ojcu, wybrałam się do mojej ciotki, mieszkającej niedaleko nas, w małym domku, ze służącą i psem. Po niedawnych deszczach droga była tak mokra, że szłam z trudnością, grzęznąc w błocie. Nagle zobaczyłam przed sobą idącego w moim kierunku starego żyda, który mnie zapytał,
— “Gdzie tu mieszka pułkownik Śniadowski?”
Przestraszona, nie wiedząc czego mogę się od niego spodziewać, odpowiedziałam dość niegrzecznym tonem.
— “Jego nie ma w domu.”
A on na to,
— “Ja wiem, że go nie ma w domu, bo ja właśnie od niego idę”
Uradowana, że w końcu jest jakaś wiadomość o Ojcu, zaprowadziłam gościa do domu. Przy herbacie, którą poczęstowałyśmy zmarzniętego przybysza zasypałyśmy go pytaniami. Okazuje się, że Ojciec siedział w więzieniu na Zamarstynowie. Poprzednio zawieźli go na łąckiego, gdzie przesiedział w korytarzu na ławce całą dobę bez jedzenia. Obecnie siedząc w więzieniu bardzo się o nas martwił i niepokoił się też co się dzieje z autem. Jest bardzo głodny i można mu tam zanieść jedzenie i zmianę bielizny. Poczciwy ten człowiek, siedział z Ojcem w tej samej celi i gdy go zwolnili, obiecał wszystkim towarzyszom niedoli zawiadomić ich rodziny. Podjął się też zaprowadzenia mnie pod samo więzienie, bo nie miałam pojęcia gdzie to jest. Byłyśmy wzruszone jego dobrocią. Przyszedł taki kawał z miasta, grzęznąc w błocie, żeby tylko dać znać, jak im obiecał.
Zaprowadzona pod samo więzienie, z czystą bielizną i rondelkiem pełnym kotletów, natknęłam się w sieni na żołnierza z karabinem na ramieniu. Po wyjaśnieniu o co chodzi, żołnierz kazał mi zrobić spis rzeczy, które przyniosłam. Jakże nie miałam wtedy żadnego doświadczenia w postępowaniu z nimi. Mogłam go oszukać, bo pisałam po polsku, mogłam w formie spisu podać Ojcu kilka słów pocieszenia, żeby się nami nie martwił, a ja głupia pytam go czy mogę dodać parę słów od siebie. Naturalnie nie pozwolił. Poszedł z rzeczami i tym moim spisem i po chwili przyniósł brudną bieliznę i kartkę z podpisem Ojca. Teraz już Ojciec wiedział, że stary żyd nas zawiadomił, a my starałyśmy się zanosić paczki tak często jak tylko było można.
Jednego dnia znów zajechało auto i wysiadło z niego kilku ludzi, o bardzo semickich rysach, ubranych po cywilnemu, w skórzanych kurtkach i kaszkietach. Pytali o “koluszki”. Nie znałyśmy rosyjskiego i nie rozumiałyśmy o co pytają, a oni coraz bardziej zirytowani grozili nam, “że będzie płocho”. Zachodziłyśmy w głowę o co im chodzi. W końcu, gdy już mieli odjeżdżać, Rózia mi powiedziała, że szukają kół od samochodu. Okazało się, że Ojciec zawiózł w czasie wojny nasze auto gdzieś do znajomych i tam je ukrył, a koła przywiózł do domu i schował na strychu. Auto znaleźli u znajomych a kół im brakło. Z ulgą dałyśmy im te niepotrzebne nam koła. Przy tej sposobności zabrali ze strychu moje siodło, czym się wtedy bardzo zmartwiłam.
Tak minęło znów parę dni, pełnych trosk, jeżdżenia do więzienia, prac domowych, aby jakoś utrzymać rozłażące się spod rąk gospodarstwo. Sytuacja nie była wesoła. Hasła komunistyczne dochodziły wszędzie, coraz mniej czułyśmy się u siebie.
Zupełnie nie pamiętam momentu, kiedy nas służba opuściła, wiem tylko, że w pewnej chwili podszedł do mnie Janek mówiąc, że zabiera konia z bryczką i jedną krowę i jedzie do domu, a ja oszołomiona zgodziłam się na wszystko. Dopiero Mamusia, jak zawsze opanowana, spokojnie mu wytłumaczyła, że i koń i bryczka są nam jeszcze potrzebne i by na razie nie poruszał tej sprawy. O ile pamiętam gdy nas wyrzucili z domu, została tam tylko Kasia z Julkiem Siemieńskim i Julek lotnik.
Raz, gdy po załatwianiu rożnych spraw w mieście, zmęczona przyjechałam na ostatni przystanek tramwajem, zobaczyłam naszego lotnika, który czekał na mnie z bryczką i tym dychawicznym koniem. Poczciwy, zawiózł mnie do domu, kazał zjeść talerz doskonałej zupy, pomidorowej (jak to dobrze pamiętam po tylu latach), przygotowanej przez Kasię i powiedział mi, że byli bolszewicy i kazali nam się zaraz wynosić z domu. Dopiero wtedy zauważyłam niezwykły ruch w domu; Mamusia z Kasiąpakowały do skrzyń słoje z przetworami, pomagała im jakaś nieznajoma pani z mężem. Okazało się, że ci państwo w ostatniej chwili uszli z życiem ze swego domu na wsi i przyjechali do Lwowa dużym wozem drabiniastym, mając za furmana swego siostrzeńca. Pomogli nam oni niezwykle, pakowali pościel w toboły i inne potrzebne nam rzeczy i ładowali na swój wóz.
Zupełnie straciłam głowę. Wyrzucenie z ukochanego domu, z ogrodu, w który tyle serca włożyłam uświadomiło mi dopiero teraz całą tragedię. Dopiero teraz zrozumiałam, że cały ten mój świat zapada się nagle i już go nigdy nie będzie. Byłam oszołomiona, nie wiedziałam od czego zacząć. Stanęłam w moim pokoju przed otwartą szafą, zastanawiając się co zabrać. I tak zastała mnie ta dobra, obca pani, która szybkim ruchem zrzuciła na podłogę prześcieradło z tapczanu, zgarnęła wszystkie rzeczy z szafy, i ten duży tobół rzuciła na swój wóz. Dzięki niej wiele rzeczy uratowałyśmy.
Tymczasem przyjechali bolszewicy i zaczęli wynosić z domu wszystkie nasze meble, które rzucali na gazon i w krzaki bzu rosnące koło domu. Patrzyłam na to dziwnie apatyczna, jakby to wynosili nie nasze meble, przyjaciół mojej młodości. Byłam jak ogłuszona. Poruszyło mnie jednak do głębi wynoszenie naszego starego szafkowego zegara, zwanego przez nas dziadkiem, bo był w naszej rodzinie od trzystu lat. W jego szafce chowałyśmy się jako dzieci i nastawiałyśmy pozytywkę, bo kuranty dawno już były zepsute. Teraz, gdy go wynosili, pozytywka, poruszona zaczęła pogodnie grać walca z “Pięknej Heleny” Meyerbera. I tak gdy go powoli nieśli, jak trumnę, on żegnał nas muzyką, a ja dopiero wtedy uczułam, że żegnam z nim nie tylko dom, ale i świat mojej młodości. W końcu cisnęli zegar w krzaki, a on odegrawszy swoją melodię, zamilkł na zawsze. I tak nas pożegnał.
W pewnej chwili Irena zobaczyła walający się w błocie mój śliczny album, oprawiony w samodział wileński, w którym miałam fotografie z wycieczek po Czarnohorze i zaczęła mnie namawiać, bym go zabrała. Taka we mnie była zaciekłość na tych barbarzyńców, rujnujących nasz dom, że powiedziałam “Nie chce go, po nim chodziły ich buty, niech tu zostanie. I został, wciśnięty w błoto, czego teraz bardzo żałuję, bo fotografie były śliczne.
Bolszewicy chodzili po całym naszym domu, zaglądali wszędzie, w końcu jeden mnie zawołał do ogrodu i zapytał, wskazując na kopiec z marchwią co to jest. Pewno myślał, że to broń, ale uspokoił się jak mu powiedziałam, że to tylko marchew.
W końcu załadowałam mały wózek węglem z piwnicy i zacinając starą szkapę, która nam jeszcze jakoś służyła, ruszyłam do miasta, a za mną jechali nasi nieznani dobroczyńcy swym wozem drabiniastym. Irena też już zdaje się wyszła i tylko Mamusia tam jeszcze została, pakując rożne drobiazgi. W pewnej chwili wszedł komandir sowiecki do pokoju, przyłożył Mamusi nagan do głowy i zapowiedział, że jeśli się zaraz nie wyniesie, to ją po prostu zastrzeli. I tak biedna poszła piechotą sama, po błocie, zostawiając za sobą swój okaleczony dom, pełen żołnierzy sowieckich. Została tam tylko poczciwa Kasia, która ze swym podopiecznym Julkiem Siemieńskim zamieszkała na folwarku, w domku dla służby i Julek lotnik, który nam tyle pomógł.
Nasze mieszkanie przy ul Długosza było małe, jeden pokój zajmowały dwie panie Tomaszewskie, drugi Stefan, a w kuchni rezydowała nasza stara Hania. Stefan zaraz poszukał sobie innego mieszkania, zostawiając nam ten pokój. Kuchnię załadowałyśmy prowiantem, tak, że cały środek był wypełniony skrzyniami, worami mąki i kaszy. Węgiel i ziemniaki poszły do piwnicy i tak zaczęłyśmy nowy etap naszego życia, tylko w zmienionych warunkach.
W małym pokoiku ciśniemy się więc we trzy, ale jesteśmy razem, a to najważniejsze. Hania gotuje jak zawsze doskonałe obiady, a zaopatrzone jesteśmy na całą zimę zapasami przywiezionymi ze wsi. Z wszystkich kochanych naszych zwierzaków, od których pełny był zawsze nasz dom, zabrałam tylko mojego ukochanego boksera, którego nazwałam Zbój, choć był łagodny jak dziecko. Był cały popielaty w pręgi, z białą krawatką i białymi stopami, miał śmieszny, płaski pysk i poczciwe, wierne oczy. Teraz jest moją pociechą i przypomina minione dobre czasy.
Lwów tak zmienił swoje oblicze, że trudno go poznać. Lwowianie też zmienili swój wygląd. Panie w chustkach na głowie i zniszczonych okryciach, panowie w cyklistówkach i byle jakim odzieniu, wszystko szare, bezbarwne, byle się nie wyróżniać od tłumu, nie zwracać na siebie uwagi. Dużo sowieckich żołnierzy spacerowało ulicami, prowadząc swoje grube żony w białych beretach, które uważały za szczyt elegancji. Smutny był widok Lwowa pod okupacją sowiecką. Sklepy wysprzedane, na wystawach tylko ogromnych rozmiarów portret Stalina, a wewnątrz pustki. Po wszystko trzeba stać godzinami w kolejce. Najwięcej brakuje chleba, mięsa, cukru i herbaty, więc stoimy czekając co będą mieli, a to nigdy nie wiadomo. Nasz Zbój widocznie to rozumie, bo jednego dnia przyniósł nam cały bochenek chleba, pewno komuś wydarty z ręki.
Stale chodzimy do więzienia, zanosząc Ojcu czystą bieliznę i tytoń. Papierosów nie wolno już dawać. Trzeba wyjechać z domu jeszcze po ciemku, by być tam na czas, żeby paczkę przyjęli. Jeśli mam to szczęście, czekam na brudną bieliznę i pokwitowanie odbioru. Ten podpis Ojca, to jedyny znak, że żyje. Bielizna cuchnie stęchlizną i dymem z papierosów, pełna wszy, pozszywana w miarę przedłużania się pobytu w więzieniu. Z czasem gdy więzienia są przepełnione, mały pokój gdzie czekamy jest pełny, znamy się z niektórymi, wymieniamy szeptem ostatnie wiadomości, udzielamy sobie rady. Wolno nam przynosić paczki tylko raz na miesiąc i to w wyznaczonym dniu. Nasz dzień jest na “bukwu S” i nie daj Boże, by coś przeszkodziło, bo wtedy biedny więzień musi czekać na paczkę przez cały następny miesiąc. Siedzimy tak w małej izbie, wpatrując się w małe okienko, czy nie ukaże się w nim głowa żołnierza i usłyszymy swoje nazwisko. Trwało to godzinami. Czasem usłyszę złowrogie “niet”, czyli, że paczki nie przyjmą. Nie wiadomo czy go już tam nie ma, czy też to jakaś kara. Nie można się dowiedzieć prawdy, żołnierz nie odpowiada na pytania.
Zaczyna się wtedy gonitwa o świcie do “Brygidek”, drugiego więzienia, by w końcu usłyszeć znowu “niet”. A więc może to kara, a może coś gorszego. Powoli wlekę się po całym dniu spędzonym we więzieniu, przybita, że nie mogłam podać tej upragnionej paczki. W tych ciężkich chwilach jakże pomocni mi byli ludzie. Gdy nocowałam u Marysi Rogoyskiej, jej matka poszła ze mną po ciemku, o świcie do więzienia żebym tylko nie była sama. I tak spędzamy zimę, wyjątkowo mroźną i śnieżną. Wieczorami musimy chodzić na “kursy dokształcające”, które urządzają nam władze. Nic nie rozumiemy z tego, bo mówią po rosyjsku, ale na szczęście mamy te wykłady w tym samym domu na górze i nie musimy wychodzić na dwór.
Później urządzają nam przymusowe wybory. Idziemy za kurtynę i z pasją przekreślamy wszystkich proponowanych “deputatów”. Po wyjściu z lokalu poczułam nagły lęk, że pewno ktoś nas podpatrzył i zaraz nas zaaresztują, ale Mamusia, jak zawsze opanowana mówi spokojnie, “będzie co Bóg da, nie martw się”. I rzeczywiście nic się nie stało. Dowiedzieliśmy się tylko później, że na nasze usilne prośby, zostaliśmy przyłączeni do Związku Sowieckiego jako Republika Ukraińska i mamy otrzymać paszporty. Chodzimy więc teraz na rozmowy do urzędu, gdzie kłamiemy ile się da, wierząc święcie, że to nas uratuje. Paszporty dostajemy.
Ponieważ w Związku Sowieckim każdy musi pracować, Mamusia zapisuje się do “artielu muzyków” a ja do ogrodników. Mam zajęcie w cieplarniach miejskich, gdzie panuje miła, życzliwa atmosfera. Sami Polacy. Przesadzam godzinami malutkie begonie, bo czy jest okupacja czy nie, ogrodnik miejski dba o parki i skwery. Dowód pracy ma nas obronić przed represjami. U muzyków jest dużo przyjezdnych, którzy uciekli przed Niemcami i teraz, wobec zamkniętej granicy, pozostali we Lwowie, bez ciepłej odzieży, bez środków do życia. Raz dziennie dostają miskę zupy z komitetu pomocy. Pracuję tam też, obieram jarzyny, skrobię marchewkę, a potem podaję do stołu. Ci biedacy, dla których ta zupa jest jedynym posiłkiem dnia, są tak głodni, że mdleją czekając w kolejce.
Przewodniczącym muzyków jest śpiewak Paweł Prokopieni, który swym białoruskim akcentem mówi, by ludzie nie uciekali ze Lwowa, że jako artyści mają zapewnioną pracę i mieszkanie. W kilka tygodni później przyszła kartka od niego z Rumunii.
A nasza Mamusia, uważając, że jako pianistka i członek artielu muzyków powinna mieć fortepian, poszła do komendy miasta z prośbą o jego zwrot. Dostała odpowiednią bumażkę. Teraz na mnie przyszła kolej by zająć się sprowadzeniem fortepianu. Pojechałam z “bumagą” do naszego domu na wsi. Długo stałam przy furtce nim mnie wpuścili, i wytłumaczyłam po co przyszłam. Sowiecki komandir, jak to u nich jest w zwyczaju, o czym wtedy nie wiedziałam, zaczął od krzyku, że potopiłam jakieś karabiny w stawie, że mnie zaaresztuje, a w końcu zamknął mnie w izbie gdzie mieszkała Kasia. Po kilku godzinach puścił mnie bez fortepianu, bo jak mówił brak było na dokumencie pieczątki. Wróciłam do domu jak zmyta, ale Mamusia nie dała za wygraną. Poszła drugi raz do komendy i dostała tę pieczątkę. Tym razem pozwolili mi wejść do naszego domu i zobaczyć fortepian. Stał na środku całkiem pustego pokoju, w którym parkiet był pokryty słomą do spania dla żołnierzy. Mieli oni uciechę z fortepianu, na którym wygrywali rękami i nogami. Pieczątka była i mogłam zabrać fortepian. Mamusia dostała wóz przewozowy z firmy, której właścicielka dała zdaje się całkiem bezpłatnie, wiedząc, że to ostatnie dni jej przedsiębiorstwa. Pojechałam tam we wnętrzu ogromnego wozu meblowego. Obsługa fachowo wniosła Mamusi Bösendorfera do niego i pojechaliśmy, siedząc na pudle fortepianu z Julkiem lotnikiem, który mi bardzo pomagał. Fortepian umieściliśmy u Cioci Sahankowej, którą w lecie 1940r wywieźli do Rosji w raz z całą rodziną. Nie wiem co się z nim stało.
Prev I II III IV V VI VII VIII Next
Napisz swoje wrażenia/refleksje tu

25 sierpnia 2013

Wieki Fetor



Sceny z Życia Najważniejszych Słoików w Państwie


http://viilo.blogspot.com/

Igor Słoik wyznal niedawno, ze fascynuje go i sama piłka nożna, ale też to, co dzieje się na trybunach. Teatr, który tworzą kibice. Brutalna poezja trybun. Jednym slowem TPBK. Teatr Poezji Brutalnych Kibicow. Musimy zdac sobie sprawe, ze juz same takie stwierdzenia stanowią o niepospolitej odwadze Igora Słoika. Wszak jego cherlaczkowata postura zupelnie nie sprzyja prowadzeniu merytorycznej dyskusji z kibicami druzyny przeciwnej.
Z kibicami druzyny przeciwnej PO, rzecz jasna.
Zapytany, jako kto sie wypowiada, Igor Słoik wyznal czytelniczkom "Vivy": "Teraz jako kibic - obywatel. Nie jestem juz dziennikarzem." Widac jasno, ze nadal nikt nie naklul tego Balona, o przepraszam Słoika i nieswieze powietrze trzyma go w nadęciu (to wlasnie odroznia Naważniejsze Słoiki w Państwie od innych zupelnie przecietnych Słoików).
Igor Słoik dziennikarzem nigdy nie byl, co najwyzej wszawym i niewydarzonym sowieckim politrukiem. Cieszy jednak, ze wraca do pilki noznej i kibicowania - wszak to absolutny kres zdolnosci poznawczych Igora Słoika.

W tak zwanym miedzyczasie zona Igora, Bogumila Słoikowa (mow mi Bogna - nie chodze do kosciola) nie wytrzymala i musiala sie publicznie pochwalic psiapsiolkom jak wydali pieniadze, ktore Igor Słoik wygral niedawno w Toto-Lotka. Otoz panstwo Słoikowie wybralo sie na wycieczke zagraniczno do Sri Lanki. Niestety w zwiazku z ostatnimi niespodziewanymi glebokimi cięciami w budzecie delegatury Toto-Lotka, Słoikom nie starczylo na klimatyzowanom lemuzyne z kierowcom i musieli gniesc sie w autobusach i telepac w pociagach. Do domu wrocili tak wkurwieni, ze Igor Słoik musial natychmiast sflekowac Pana Jerzego Bukowskiego, jak latwo sie domyslec kibica druzyny przeciwnej PO. Igor Słoik kopal bez opamietania, az blog Sowinca przybral taką oto postac:



I to jest wlasnie to, co nadal pozwala odroznic jebane chamstwo od Jaśnie Panstwa.

23 sierpnia 2013

Wojsko Polskie 1939





Koszmarne Dni 

( fragment pamiętnika strzelca Jana Leleja - obrońcy Westerplatte )
15 grudnia 1984

SEE

Będąc jeszcze nastolatkiem spędzałem czas wśród swoich rówieśników w godzinach wolnych od zajęć szkolnych czy prac domowych , przydzielonych przez domowników . Wesołe wiodłem życie , chociaż układało się ono różnie . W lecie hasało się po łąkach za kwiatami , łowiło się ryby w rzece , czy też w okresie zimowym jeżdżąc na sankach wyszukiwało się najwyższej zaspy śniegu . Nie bojąc się przeszkód nie do pokonania marzyłem jedynie o osiągnięciu wieku dojrzałości , jak każdy jeden młodocianin.

Rok 1938 przyniósł znaczne zmiany w moim życiu , ponieważ otrzymałem zawiadomienie o stawieniu się na komisję poborową . Zacząłem uważać siebie za dorosłego , bo już minął 18 rok życia . Przyłączałem się do grona dorosłej młodzieży i planowałem swoją przyszłość bardziej po nowemu , tak samo jak dzisiejsza młodzież .
W rok później otrzymałem Kartę Powołania do odbycia służby wojskowej wobec państwa . Tak właśnie zacząłem stawać się dorosłym , chociażby dlatego , że zostałem powołany do tak wielkiego zadania jak zostać żołnierzem własnego kraju i bronić jego granic . Było to coś nadzwyczajnego w moim życiu . Przeprowadzałem wiele rozmów na tematy wojskowe ze starszymi rocznikami , którzy już odbyli służbę wojskową . Nigdy nie było to dla mnie problemem , ponieważ obowiązek wobec ojczyzny uważałem za wielki zaszczyt . Ostatnie dni przed wyjazdem do wojska poświęcałem na rozmowy ze swoimi przyjaciółmi , wieczorki pożegnalne , oraz ostatnie pożegnanie w większym gronie rodzinnym . Nie spodziewałem się , że to było ostatnie pożegnanie z najukochańszą rodziną .

21 marca 1939 roku nastąpił ten wymarzony dzień . Zostałem żołnierzem 86 Pułku Piechoty w Mołodecznie . Inne otoczenie , inne zajęcia , początkowo było to trochę kłopotliwe . Jednak po przysiędze w maju , gdy zostałem przeniesiony do kompanii szkolnej szkoły podoficerskiej bardzo się ucieszyłem , że zostanę zawodowo w Wojsku Polskim . Pomimo nawału zajęć przyszłego podoficera dawałem sobie radę i nie miałem powodów do narzekań . I tak życie upływało aż do 20 lipca 1939 roku . Tego dnia na zajęciach sportowych rozgrywaliśmy mecz piłki nożnej między kompaniami . Muszę nadmienić , że nie bardzo doceniałem sport .

Około godziny 18 zostałem powiadomiony przez podoficera służbowego o stawieniu się do raportu do dowódcy kompanii , kapitana Wasilkowskiego . Szybko udałem się do koszar , żeby przebrać się w mundur , ale jak się okazało kapitan przyjmie mnie w stroju sportowym . Zbliżając się do kancelarii kapitana z zapartym tchem zapukałem w drzwi . Po usłyszeniu komendy " wejść " , stanąłem przed kapitanem meldując swoje przybycie . Ale kapitan dość łagodnym głosem pozwolił na przyjęcie pozycji swobodnej i powiedział , że porozmawia ze mną jak ojciec z synem . Bez żadnych słów wstępnych powiedział , że rozkazem pułkownika Peszka zostałem odkomenderowany do II Baonu Strzelców Morskich w Gdyni . Odpowiedziałem tylko " Rozkaz Panie Kapitanie " . Po chwili kapitan dodał , że skoro nie mam nic więcej do powiedzenia to jestem zwolniony ze wszystkich zajęć służbowych łącznie z rozkazem wieczornym . Moim jedynym obowiązkiem było :
1. rozliczenie się w magazynie broni i w magazynie mundurowym
2. pobranie ubrania cywilnego i czegoś na podróż do Gdyni .

Około godziny 23 zostałem powiadomiony przez podoficera służbowego aby stawić się na placu zbiórek . Na placu był już oficer pułku i 20 żołnierzy , najwyżej po jednym z każdej kompanii . Po sformowaniu całej dwudziestki i przy dźwiękach orkiestry odprowadzono nas na stację kolejową . Z Mołodeczna odjechaliśmy do Wilna , gdzie połączono 20 żołnierzy 86 p.p Mołodeczno , 20 żołnierzy 85 p.p Nowa Wilejka i 20 żołnierzy 57 p.p Lida . Razem było nas 60 żołnierzy 19 Dywizji Piechoty . Do Gdyni przyjechaliśmy 21 lipca około godziny 11 i zameldowano nas w II Baonie Strzelców Morskich . Następnego dnia zebrano nowoprzybyłych na placu apelowym i ustawiono w dwuszeregu . Wtedy zbliżył się do nas człowiek w cywilnym ubraniu szarego koloru , którego oficer służbowy tytułował p.majorze . Po przyjęciu raportu cywil zbliżył się do naszej grupy i rozmawiał życzliwie z każdym z nas o przebiegu dotychczasowej służby . Po tej ceremonii powitalnej dowiedzieliśmy się , że ten cywil jest dowódcą Wojskowej Składnicy Tranzytowej " Westerplatte " major Henryk Sucharski . Kolejne dni upływały dosyć spokojnie . Podzielono nas na trzy grupy po 20 żołnierzy i jedynym naszym zajęciem było spożywanie posiłków w wyznaczonych porach i zażywanie kąpieli w morzu , tak do najbliższej niedzieli .

+ dodane 10.10.06 +

Na niedzielnej zbiórce z naszej 60 wywołano 20 żołnierzy i rozkazano w przemundurowanie w przywiezione mundury w różnych stopniach podoficerskich i oficerskich . Nieważny był stopień żołnierza , ale czy mundur pasował rozmiarem . Tak na Westerplatte odjechała pierwsza 20 . W następną niedzielę sytuacja się powtórzyła . Moja kolej przyszła w trzecią niedzielę , kiedy to na Westerplatte odjechała ostatnia 20 . Przypadł mi mundur w stopniu porucznika , z czego bardzo się ucieszyłem , że będę oficerem chociaż parę godzin . Odprowadzono nas do portu , załadowano na nieduży statek i odpłynęliśmy w kierunku Gdańska . O zmroku przybyliśmy na Westerplatte . Byłem pod wrażeniem otoczenia . Duże drzewostany , wszędzie zieleń i kwiaty . Byłem zachwycony urokiem tego miejsca . Po wylądowaniu przywitała nas załoga Westerplatte , a z daleka dał się słyszeć głos szefa kompanii , chorążego Pełka , że jesteśmy na wolnej polskiej ziemi na półwyspie Westerplatte .

Powracając do moich wspomnień chciałbym wyjaśnić dlaczego przewożono nas po 20 żołnierzy . Na Westerplatte pełniło służbę 60 żołnierzy przed ostatnią załogą . Byli to żołnierze 4 pułku Kielce i część 6 pułku legionistów z Wilna . To właśnie ci żołnierze przyjeżdżali po nas do Gdyni , oddawali nam swoje mundury , a sami w cywilnych ubraniach wracali w poniedziałki na Westerplatte jako robotnicy . W taki sposób uzupełniano załogę w tajemnicy przed hitlerowcami.

Po przybyciu do jednostki przemundurowano nas i rozpoczęła się służba , trochę inna niż w macierzystych jednostkach . Główne nasze zajęcie to była służba wartownicza , fortyfikacje terenu , łączenie dołów strzeleckich , montowanie zasieków z drutu kolczastego oraz obowiązkowa nauka pływania w dni sztormowe . Robiliśmy wszystko , żeby nie być widzianym , ale wszystko widzieć i słyszeć . Panowała wesoła atmosfera wśród całej załogi . Najbardziej cieszył się stary rocznik , gdyż uzyskali miano rezerwistów i w niedługim czasie po odbyciu służby na tej polskiej ziemi mieli wrócić do domów i spotykać się z rodzinami . Młody rocznik dumny był z tego , że dostąpili zaszczytu obrony tego pięknego skrawka Rzeczyposplitej Polskiej . Nie narzekałem nigdy na uprawianie sportu . Każdy mógł uprawiać dyscyplinę jaką chciał , ale wszyscy musieli pamiętać żeby nie gromadzić się w dużych zespołach na otwartym terenie .

Na Westerplatte były piętrowe koszary do zakwaterowania i pięć wartowni . Służba wartownicza odbywała się co trzy dni . Ostatni rozkaz służby wartowniczej ogłoszony był 31 sierpnia 1939 roku . Zostałem przydzielony do wartowni nr 5 , ze zmianami co dwie godziny . Trzecią zmianę objąłem 1 września od 4 do 6 rano .

Po jakimś czasie , pełniąc służbę przed wartownią , usłyszałem wystrzał z pistoletu na terenie Gdańska . Nie miałem wtedy zegarka , ale dochodziła 5 rano . Nie zdążyłem zawiadomić dowódcy warty , bo posypały sie trzy wystrzały armatnie na teren naszej wolnej ziemi , wojska niemieckie przekroczyły naszą granicę . Szturm wojsk nieprzyjaciela , ogień z pancernika , pierwsi ranni i zabici , samozapalające się pociski . Piekło . Rozkazem dowódcy jednostki nasza załoga na wartowni nr 5 została podzielona na dwie grupy . Jedna grupa wraz z dowódcą pozostali na wartowni , a druga grupa ( w tym ja ) poszła ubezpieczać plażę . Dowódcą mojej grupy był mat Rygielski . Trzeba było ubezpieczać teren od strony plaży przy pomocy działa . Było tam dwóch żołnierzy , pozostali obrali siedzibę w schronie podziemnym niedaleko plaży i wartowni nr 5 . Wieczorem otrzymałem rozkaz aby wyczołgać się w stronę bramy kolejowej na czujkę , a na wypadek nagłego ataku nieprzyjaciela powiadomić swoje gniazdo oporu . Zapadła ciemna noc , która na zawsze pozostała w mojej pamięci . Po zajęciu wyznaczonego stanowiska nie musiałem długo czekać na powiadomienie swojego gniazda obronnego o natarciu , gdyż Niemcy przy pomocy reflektorów zaczęli ze wszystkich stron napierać na nasze pozycje obronne . Nie mogłem powiadomić swoich za pomocą pistoletu , bo zdradziłbym swoją pozycję . Użyłem do tego granatu wyrzucając go dość daleko . Wtedy posypały się pociski w obrębie wybuchu granatu . Walka zmogła się z obu stron , leżałem przykuty do ziemi , czekając na swoją zmianę . Kiedy ogień zaczął ucichać , Niemcy zaczęli się wycofywać , postanowiłem czołgać się w stronę powrotną wyrzuciwszy resztę granatów w stronę cofających się Niemców .

Po powrocie , było już 2 września o świcie , po wymianie krótkich przyjacielskich rozmów otrzymałem kolejny rozkaz udania się do koszar z meldunkiem i przyniesienie posiłku kolegom . Wyprawa do koszar nie obyła się bez przeszkód . Niedaleko koszar stała drewniana szopa , w której garażował samochód dowódcy jednostki . Kiedy tamtędy przechodziłem w szopę trafił pocisk armatni i tak padłem ranny w prawe kolano . Czołgałem się dalej jak mogłem , i chyba bardziej byłem oszołomiony wybuchem niż rannym kolanem. W koszarach okazało się , że rana wcale nie jest groźna i wieczorem po opatrzeniu rany lekarz wyraził zgodę na powrót na pozycję . Przed wieczorem byłem z powrotem wśród swoich kolegów z prowiantem .

Godzina 17.30 atak lotniczy 47 nurkowców hitlerowskich na Westerplatte . Łuny ognia , smugi dymu , ogromne drzewa wyskakujące z ziemi jak buraki cukrowe spod kombajnu . Wartownia nr 5 przestaje istnieć . Część załogi pozostała tam na wieczny spoczynek , tylko jednego udało się wyciągnąć spod zwału gruzów . Po nalocie kolejne natarcie wroga , ale i tym razem zostało odparte .

3 września spada kolejna lawina ognia , i znów po ciężkim wysiłku załogi atak został odparty .

4 września nad ranem znów pod ostrzałem artylerii i baterii lądowych , do ognia dołączono miotacze min o dużym kalibrze . A pomoc wciąż nie nadchodziła .

5 września od rana niemal nieprzerwany nawał ognia artyleryjskiego . Załoga jest coraz bardziej wyczerpana .

6 września od rana huraganowy ogień pancernika i baterii lądowych , wieczorem próba spalenia Westerplatte żywcem. Ogień nieprzyjaciela powoduje coraz większe zniszczenia .

7 września nad ranem przestaje istnieć wartownia nr 2 , jako punkt oporu . O godzinie 10.15 z uwagi na ogólną sytuację na frontach w całym kraju jak i na wyczerpanie załogi i brak jakiejkolwiek pomocy następuje kapitulacja .

Tak zakończyła się obrona Westerplatte ,
z mojego stanowiska obrony wartowni nr 5 .
Serdeczne podziękowania dla Katarzyny Wiktorzak
za udostępnienie opisu wspomnień dziadka i za zdjęcie! 

_APPENDIX.

Karta poległego

Nazwisko: POTARZYCKI
Imię #1: Stefan
Imię #2:
Imię #3:
Pseudonim:
Imię ojca:
Imię matki:
Nazwisko rodowe matki:
Data urodzenia: 1916 [1]
Miejsce urodzenia:
Rodzeństwo: Wanda Michalska
Stan cywilny: kawaler
Małżonek: -
Dzieci: -
Ostatni adres: Nowy Świat k. Dobrzycy
Narodowość:
Wykształcenie:
Zawód: leśnik
Wyznanie:
Tytuł naukowy:
Stanowisko:

Stosunek do służby wojskowej: żołnierz
Numer ewidencyjny:
Powiatowa Komenda Uzupełnień (PKU):
Rejonowa Komenda Uzupełnień (RKU):
Związek operacyjny: Armia Poznań
Rodzaj broni lub służby: Piechota
Stopień: strz.
Przydział na 1 września 1939: 17 DP
Jednostka: 70 pp
Funkcja na 1 września 1939:
Przydział po 1 września 1939: 70 pp / 17 DP
Funkcja po 1 września 1939:
Przebieg służby wojskowej:
Odznaczenia:
Wrzesień 1939 - szlak bojowy: Ostatnie dni sierpnia i pierwsze września 1939 roku pracował przy budowie umocnień nad Prosną. Następnie maszerował razem z 70 pp w kierunku Łęczycy, gdzie 10 września uczestniczył w polskiej, kontrofensywie zmuszając Niemców do wycofania się.
Data śmierci: 10 wrzesień 1939
Miejsce śmierci: Śladków Górny
Przyczyna śmierci: poległy
Okoliczności śmierci: Podczas walk pod Śladkowem Górnym został śmiertelnie ranny od odłamków bomby lotniczej lub pocisku artyleryjskiego. Informacja ta pochodzi od kolegi poległego, którym był prawdopodobnie żołnierz Sobczyński pochodzący z Lutyni (Kaczmarek 2008, s. 22).
Pierwotne miejsce spoczynku #1:
Data ekshumacji:
Pierwotne miejsce spoczynku #2:
Data ekshumacji:
Pierwotne miejsce spoczynku #3:
Data ekshumacji:
Obecne miejsce spoczynku: Modlna, kwatera wojenna
Lokalizacja grobu: mogiła nr 183
Upamiętniony: Tak
Forma upamiętnienia: Imienna płyta epitafijna na jednej z mogił kwatery wojennej na cm. parafialnym w Modlnej.
Przedmioty znalezione przy pochowanym:
Miejsce przechowywania ww. przedmiotów:
Życiorys: Urodził się w 1916 roku, mieszkał w Nowym Świecie pod Dobrzycą. Do szkoły uczęszczał w Dobrzycy, a następnie dostał się do szkoły leśnej w Ślesinie pod Koninem. Po ukończeniu edukacji wrócił do domu rodzinnego. Przed wybuchem wojny miał narzeczoną, z pochodzenia Niemkę, z którą spotykał się do września 1939 roku. Związkowi temu przeciwny był jego ojciec, twierdząc, że syn powinien spotykać się z Polką. Mimo to, związek ten trwał dalej, a po kampanii wrześniowej do rodziców Stefana jeszcze nadal przychodziły listy od jego wybranki. W kwietniu 1939 roku S. Potarzycki został powołany do pleszewskiego pułku. W koszarach pomagał mu znajomy rodziców, kpt. Antoni Kostrzewa z 70 pp, pochodzący również z Nowego Światu. Gdy wybuchła wojna, 1 września 1939 roku rodzina Potarzyckich postanowiła ewakuować się w kierunku Konina. Ojciec Stefana dowiedział się, że syn wraz z 70 pp prawdopodobnie pracuje przy budowie umocnień nad Prosną w okolicach Chocza. Ewakuując się z rodziną, poszukiwał syna, pytając o niego napotkanych wojskowych. Niestety, nie uzyskał o nim żadnych informacji. Z kolei pod Choczem strz. Potarzycki, spotkał znajomą rodziny, panią Andrzejczak z Dobrzycy. Poprosił ją o przekazanie informacji rodzinie, że u niego wszystko w porządku. Tę informację pani Andrzejczak przekazała rodzinie dopiero pod koniec września 1939 roku.
Wspomnienia / relacje: Pani Wanda Michalska, siostra S. Potarzyckiego, pamięta, jak dzięki uprzejmości kpt. Kostrzewy, mogli obejrzeć miejsce zakwaterowania brata. Doskonale przypomina sobie również jego uroczystą przysięgę, jak i późniejszą wizytę w pleszewskim domu kpt. Kostrzewy przy ul. Wojska Polskiego. Do dziś wspomina, że brat był bardzo zadowolony ze służby w pleszewskim pułku (Kaczmarek 2008, s. 21).
Historia pochówku:
Poszukiwania mogiły: O śmierci strz. Stefana Potarzyckiego rodzina dowiedziała się, otrzymując zawiadomienie z Modlnej, gdzie chowano poległych polskich żołnierzy. Bliscy poległego po raz pierwszy odwiedzili jego grób już po zakończeniu wojny (Kaczmarek 2008, s. 22).
Źródła: Księga pochowanych żołnierzy polskich poległych w II wojnie światowej, t. I, Żołnierze września N-Z, kom. red. B. Affek-Bujalska i in., wstęp i red. nauk. E. Pawłowski, Pruszków 1993, s. 90 (dalej: KPŻP).

Kwatera żołnierzy Wojska Polskiego poległych w Bitwie nad Bzurą w 1939 r.: cmentarz parafialny w Modlnej, gm. Ozorków, pow. Zgierz, opr. H. Wójcik, A. Rokita, S. Rokita, [w:] Bohaterowie Bitwy nad Bzurą w naszej pamięci, red. T. Poklewski-Koziełł, Łęczyca 2009, s. 178 - poz. 97 (dalej: Lista 2009).

Kaczmarek M., Nieznane losy poległych żołnierzy pleszewskiego 70 pułku piechoty, Pleszew 2008, s. 21-22, 31 (dalej: Kaczmarek 2008).

Archiwum rodzinne.
Uwagi:
Przypisy: [1] a) 1916 (źródło: Kaczmarek 2008); b) brak danych (źródło: KPŻP; Lista 2009);
 
Zdjęcia, dokumenty, pamiątki
Stefan Potarzycki w mundurze leśnika (fot. ze zb. rodzinnych).Stefan Potarzycki upamiętniony na imiennej płycie epitafijnej na jednej z mogił kwatery wojennej na cm. parafialnym w Modlnej. Stan z dn. 03. 06. 2007 r. (fot. Michał Kaczmarek).

21 sierpnia 2013

Tamten Sierpień 68

Část rozstřílené fasády Národního muzea bude i po rekonstrukci připomínat invazi z roku 1968Část rozstřílené fasády Národního muzea bude i po rekonstrukci připomínat invazi z roku 1968 - Foto: Michaela Vetešková

Okupační vojska rozstřílela fasádu Národního muzea hned první den okupace.

13 sierpnia 2013

Gavarit Mockba * 17.IX.1939

Świadectwa o 17 września 1939

dodany: 2010-09-17, godz. 21:50
Świadectwa o 17 września 1939
Świadectwa o 17 września 1939
Polski attaché wojskowy w Moskwie pułkownik dyplomowany Stefan Brzeszczyński:
O ile rząd sowiecki od pierwszej chwili zajął stanowisko w stosunku do Polski wyraźnie nieprzychylne, dowodem czego były jego radiowe komunikaty z pola walki: tendencyjne, a często po prostu wrogie, o tyle ludność sowiecka (na ulicach, w metrze, w sklepie) darzyła nas sympatią, okazywała współczucie.
Od czasu do czasu odbywały się w parku im. Gorkiego masowe mityngi, na których oficjalny mówca naświetlał aktualną międzynarodową sytuację polityczną, oczywiście, z punktu widzenia sowieckiego. Na tydzień przed takim mityngiem pojawiało się ogłoszenie w miejscowej prasie, a przy bramach do parku były wystawiane tablice podające dzień, godzinę i temat.
Taki mityng miał się odbyć 8 września 1939 r. o godz. 2 po południu. Umówiłem się więc z trzema zaprzyjaźnionymi attaché wojskowymi: angielskim, amerykańskim i fińskim, że pojedziemy na ten mityng razem, bo miała być omawiana wojna niemiecko-polska. Wszyscy mówiliśmy biegle po rosyjsku.
Przemówienie było nieprzychylne dla Polaków i zebrani przyjęli je raczej chłodno. Dopiero gdy pod koniec przemówienia mówca podniesionym głosem krzyczał: „A cóż my, sowiecki naród i rząd, mamy patrzeć z założonymi rękami na cierpienia naszych braci Białorusinów i Ukraińców z winy pańskiej Polski?”. Mówca nie dał wprawdzie odpowiedzi na to pytanie, ale zebrani zrozumieli je po swojemu, tj. że wojska sowieckie pójdą na pomoc Polsce! Prawie wszyscy krzyczeli: „W pachod, w pachod protiw wrednym Germancam”.


O godz. 12 w nocy z 16 na 17 września 1939 r. wezwano telefonicznie polskiego ambasadora Wacława Grzybowskiego do Narkomindiełu w bardzo pilnej sprawie. Ambasador, wyjeżdżając, uprzedził mnie i radcę, śp. Tadeusza Jankowskiego, byśmy na niego czekali.
Wrócił pięć minut przed drugą w nocy. Poprosił nas do swego gabinetu. Był blady i mocno przybity. Powiedział nam: – Sprawdziły się nasze przewidywania: dziś o godz. 4 rano wojska sowieckie przekroczą granicę polsko-sowiecką na całej jej długości.
Przyjął mnie Władimir Potiomkin, zastępca Mołotowa, i chciał mi doręczyć oficjalną notę na ten temat, której ja nie przyjąłem. Więc powiedział mi brutalnie, że rząd polski i naczelny wódz uciekli do Rumunii i że Polska jest zajęta przez wojska niemieckie. Dla ratowania swych pobratymców Białorusinów i Ukraińców wojska sowieckie wkraczają dziś, 17 września 1939 r., o godz. 4 rano do Polski. Odpowiedziałem mu na to, że jest to jednostronny i samowolny akt rządu sowieckiego w stosunku do Polski, z którą ma pakt o nieagresji, wciąż obowiązujący tak rząd sowiecki, jak i rząd polski.
Potiomkin na to odpowiedział, że rząd polski nie istnieje, nie istnieje więc i pakt i polscy dyplomaci. Od tej chwili nie przysługują Polakom tytuły dyplomatów. Jest po prostu grupa Polaków zamieszkałych w sowieckiej Rosji, którzy za czyny niezgodne z prawodawstwem sowieckim będą sądzeni przez sądy sowieckie.

(...)Ambasador Grzybowski po naradzie z paru starszymi członkami ambasady i konsulem moskiewskim zmienił kierunek naszego wyjazdu na Helsinki i Sztokholm. Ambasador włoski, jako zastępca dziekana, powiadomił o tym Narkomindieł i przy tej okazji poprosił o przyspieszenie wydania wiz polskim dyplomatom.
Konsulaty polskie w Kijowie i Mińsku otrzymały polecenie niezwłocznego przyjazdu do Moskwy, gdzie mają oczekiwać na wizy wyjazdowe do Helsinek.
Tymczasem na parę dni przed wyjazdem z Kijowa do Moskwy naszego konsulatu konsul Matusiński został wezwany o godz. 23 do jakiegoś urzędu sowieckiego. Z uwagi na niezwykłą porę wziął z sobą dwóch szoferów i... nigdy do konsulatu nie powrócili. Ktoś z konsulatu zatelefonował do naszej ambasady. Powiadomiony o tym zastępca dziekana został przyjęty po paru dniach przez samego Mołotowa, który udał zdziwionego i po chwili namysłu odpowiedział zastępcy dziekana, że najwidoczniej uciekli do któregoś z sąsiednich krajów i on, Mołotow, zarządzi dochodzenie w stosunku do kijowskich władz bezpieczeństwa. Po paru dniach przyjechał do Moskwy konsulat kijowski bez p. Matusińskiego i dwóch szoferów; przyjechała natomiast pani Matusińska z małą córeczką.
Konsulatowi w Leningradzie nie pozwolono oddać gmachu i dobytku państwowego pod opiekę innemu konsulowi i niemal siłą wyrzucono personel z gmachu konsulatu, a konsulatowi mińskiemu urządzono ponadto demonstrację „oburzonego ludu” tak, że milicja z „trudem” ich obroniła przed pobiciem, wskutek czego personel konsulatu stracił swój bagaż osobisty.

Porwanie konsula

Notatka w sprawie zaginięcia konsula RP w Kijowie Jerzego Matusińskiego:
Po ponownym nawiązaniu stosunków dyplomatycznych pomiędzy Polską i Rosją w lecie 1941 r. ambasada polska w Moskwie kilkakrotnie zwracała się do władz sowieckich w sprawie losu p. Jerzego Matusińskiego oraz obydwu szoferów i w sprawie poszukiwania ich, lecz nie dało to żadnych rezultatów. Władze sowieckie traktowały sprawę zgodnie z twierdzeniem p. Mołotowa: „Pan Matusiński nie jest w naszych rękach”.
Tymczasem nie było to zgodne z rzeczywistością. W szeregach Wojska Polskiego tworzonego w ZSRR znalazł się p. Andrzej Orszyński, jeden z szoferów, którzy zniknęli wraz z p. Jerzym Matusińskim w nocy 30 września 1939 r. Szofer Orszyński prawdopodobnie przez pomyłkę wypuszczony został przez władze sowieckie z więzienia po wydaniu dekretu sowieckiego o zwolnieniu więźniów polskich.
Andrzej Orszyński zeznał protokolarnie, że owej nocy 30 września 1939 r. w Kijowie zostali wszyscy trzej: radca Jerzy Matusiński, szofer J. Łyczek i on, Andrzej Orszyński, aresztowani przez NKWD bezpośrednio po zajechaniu auta konsulatu przed gmach Narkomindiełu w Kijowie i przewiezieni do więzienia w Kijowie, gdzie umieszczono ich w osobnych celach. Osiem dni później przewieziono ich pociągiem w osobnych przedziałach – Orszyński widział wsiadającego do pociągu p. Matusińskiego – do Moskwy, dokąd przybyli 10 października 1939 r. i umieszczeni zostali w słynnym więzieniu na Łubiance. Orszyński przebywał w tym więzieniu do końca lipca 1941 r., po czym ewakuowano go do Saratowa, skąd wreszcie został zwolniony.

Komdiw w Grodnie

Dowódca 6. Korpusu Kawalerii Grupy Konno-Zmechanizowanej Frontu Białoruskiego komdiw (gen. mjr) Andriej Iwanowicz Jeremienko:
W walkach na podejściach do Grodna wszystkie trzy samochody pancerne, z których kolejno dowodziłem walką, zostały uszkodzone. (...)
Przeciwnik podpalał nasze czołgi, oblewał je z domów gorącą cieczą. Spłonęło już kilka wozów bojowych. Młodzi, jeszcze nieostrzelani w bojach czołgiści pogubili się. Wtedy zdecydowałem się sam poprowadzić ich do walki. Wsiadłem do czołgu BT-5 i rozkazałem jednemu pułkowi czołgów iść za mną w kierunku na duży most.
Za moim czołgiem szło w pierwszym rzucie jeszcze dziesięć. Przed mostem mój wóz został trafiony. Zatrzymały się idące jego śladem czołgi. Przeciwnik „polewał” nas ołowiem. Wyjść z wozu, by dać jakikolwiek znak, nie było można, a łączności radiowej w czołgach nie było. (...)
Zaledwie przesiadłem się do drugiego czołgu, znowu niepowodzenie. Niedaleko mostu czołg się zapalił.
Trzeci raz na czołgu BT-7 poprowadziłem kolumnę nie na główną ulicę, ale po ulicy nadbrzeżnej. (...)
Na moście nawiązaliśmy walkę z punktami ogniowymi przeciwnika. Z brzegu wspierało nas jeszcze pięć czołgów. Ten nierówny bój trwał przeszło godzinę. Wystrzelaliśmy całą jednostkę ognia, niszcząc około 20 punktów ogniowych przeciwnika. Mój czołg także miał uszkodzenia: trzy przestrzeliny, przeszło 20 dużych wgięć. Rozbity został karabin maszynowy, oba celowniki, chłodnica, uszkodzony zbiornik na paliwo. Wszyscy byliśmy ranni: kierowca, ładowniczy i ja. Na resztkach benzyny na tylnym biegu z trudem uszliśmy do ukrycia. (...)
Małego wzrostu, w szmacianych butach...

Halina Balcerak o wydarzeniach w Dziśnie na Białorusi:

17 września nad ranem około godz. 3 usłyszeliśmy strzały. Bolszewicy wkraczali do miasta przez most nad Dzisienką (do 1991 r. jeszcze nie zdążyli naprawić mostu uszkodzonego w czasie wojny) i przez bród na Dźwinie. Ale chyba nie zaskoczył naszej małej grupki żołnierzy KOP, do której dołączyli chłopcy z naszego gimnazjum. Kierował nimi nauczyciel geografii, kolega mojego ojca, por. rez. mgr Zygmunt Giergowicz – zamordowany potem w Katyniu. Jego żona, śliczna pani Anna Giergowiczowa, mieszkała po wojnie gdzieś na Śląsku.
Nasi żołnierze ostrzeliwali się ostro, słychać było nieustanną kanonadę. Niestety bolszewicy byli silniejsi, było ich dużo i nasi około godz. 7 rano wycofali się w stronę Łotwy, kraju zawsze nam przyjaznego.
Zobaczyliśmy tych – oczekiwanych z utęsknieniem przez część naszej społeczności – żołnierzy sowieckich; byli dziwni: małego wzrostu, na krzywych nogach, brzydcy i mieli na głowach te dziwne czapki, a także w szmacianych butach. Byli strasznie głodni. Paru wpadło do domu i prosili o jedzenie. Wzięli chleb, jakąś wędlinę, od ojca papierosy itp. Sami żołnierze byli w miarę grzeczni i zaraz ruszyli dalej w Polskę, a do Dziśny wkroczyło NKWD. Wreszcie nasi komuniści mogli się wykazać i nacieszyć. Nie da się ukryć, że byli to głównie Żydzi i paru Białorusinów (...). Nosili oni spisy – zrobione już wcześniej – „trefnych” Polaków.

Jednym z nich był mój ojciec, bo walczył w dwudziestym roku z bolszewikami. Wieczorem był spektakl. Mieszkaliśmy w alei Józefa Poniatowskiego, naprzeciw szpitala; w środku ulicy między drzewami stało za metalowym płotkiem popiersie Józefa Piłsudskiego. Nasi Żydzi przyszli tu z pochodniami i śpiewając Międzynarodówkę, rozbijali to popiersie. Przynieśli też ze sobą łomy i siekiery; wrzeszcząc, tłukli na drobne kawałki Marszałka. Patrzyłam z okna przerażona, zszokowana. Na razie zostawili nas w spokoju. Natomiast zamknęli wszystkie sklepy i towary trzymali dla swoich towarzyszy zza wschodniej granicy. (...)
Po paru tygodniach nowe władze zapędziły nas do szkoły i nauczyciele byli na razie potrzebni. Od razu musieliśmy „umieć” mówić po rosyjsku i pisać cudaczną dla nas cyrylicą!
Nauczycielka, piękna Żydówka, koleżanka mojej mamy, absolwentka Uniwersytetu im. St. Batorego, powiedziała do mnie: „Pierestań goworit etim sobaczim jazykom, waszej Polszy uże nikogda nie budiet!”.

Spasajs, biełyje!


Plutonowy Wincenty Surynt ze szwadronu KOP „Krasne”:
Gdy czołgi sowieckie nadjechały do wsi i pierwszy czołgista zobaczył ciało Sawickiego, specjalnie wjechał na zwłoki i zmiażdżył go zupełnie. Po ich przejechaniu nie zostało prawie śladu i później matka zabitego przez długie tygodnie przychodziła na to miejsce, brała ziemię do woreczków i nosiła na zrobioną w swojej wsi mogiłę. O losie zwłok drugiego ułana nigdy się nie dowiedziałem.
Wracając do naszych losów, to cały pluton po powrocie porucznika wycofał się na Krasne, gdzie szwadron był już gotów do wymarszu. Ludzie przelękli stoją na ulicy, a do nas podbiega Żyd Alperowicz z walizką w ręku i woła na mnie: „Panie Surynt, w tej walizce są pieniądze państwowe, zabieraj je pan”. Ja do niego: „Teraz już za późno, trzymaj je pan”. Były to pieniądze zebrane przez niego od miejscowych Żydów na FON, a raczej tylko ich część, bo przekazał poprzednio już 25 000 zł do skarbu, olbrzymią sumę jak na takie małe miasteczko. (...)

Parę kilometrów za Oszmianą czołgi weszły nam na ogon. Galopem waliliśmy traktem pod górę, z obu stron wysokie nasypy, zaczęły się mieszać nasze wozy taborowe, taczanka na końcu pruła ogniem, ale czołg jednak po prostu zmiażdżył ją razem z kapralem i trzema końmi. Zaczyna się ogromne zamieszanie. Szwadron skręca w lewo, zastępca dowódcy szwadronu oraz kpr. Skrunc jadą prosto na Wilno, ja zaś w grupie 18 jeźdźców skręcamy w prawo. Jest z nami plut. Ciechan, kpr. Miłosz, ja i 15 ułanów.(...)
Gdy tak walimy przez pole, nagle widzimy duży oddział kawalerii sowieckiej idący stępem w poprzek naszej drogi. Bez rozkazu, bez zwalniania tempa, wszystkie szable jak jedna wylatują z pochew. Pędzimy cwałem w kierunku zagajnika. A ci zbaranieli, ta chwila była moją najprzyjemniejszą przygodą w życiu. Zamieszanie, jakie zrobiło się w tej bolszewickiej kolumnie, trudno opisać. Nierąbani, niebici, spadali ci „kawalerzyści” ze swych koników, inni wiali w tym samym co i my kierunku, do zbawczego zagajnika. Krzyki „udieraj, spasajs, biełyje” rozległy się z boku. A my pod wodzą kpr. Miłosza, konie prują jak na ćwiczeniach, szable błyszczą, wspaniała szarża, choć krew się nie polała. (...)
Wychodzimy z lasu, a tu pełno czołgów. Stajemy. Zbliża się jakiś komandir sowiecki. Ja zaczynam coś mówić, plącze mi się jednak język. Rotmistrz Anton macha ręką i sam doskonałym rosyjskim poddaje oddział. Rozdzielają konie od ludzi, każą rzucać broń na stos, rewidują; nas dwóch trzymają na boku. W ten sposób szwadron kawalerii KOP „Krasne” przestał istnieć. (...)

Gimnazjalistów rozstrzeliwa
li


Marian Trachimowicz o walkach w Grodnie:
W 1939 r. miałem czternaście lat. W końcu sierpnia 1939 r. ojciec mój, Teodor Trachimowicz, został zmobilizowany (miał 44 lata) i przydzielony do ochrony mostów w miejscowości Mosty. Po przekroczeniu przez wojska sowieckie granicy polskiej 17 września jednostka, w której służył mój ojciec, otrzymała rozkaz powrotu do Grodna. Niedaleko od Mostów w lesie pociąg został ostrzelany i zatrzymany (barykada ustawiona na torach) przez partyzantów-komunistów. Ojcu mojemu wraz z kilkoma kolegami udało się uciec i 18 września dostać się do Grodna. Wraz z kolegami patrolował ulice miasta oraz zwalczał strzelających do polskich żołnierzy komunistycznych dywersantów. W czasie patrolowania ulicy Brygidzkiej z kamienicy znajdującej się na rogu placu Batorego (naprzeciwko kościoła farnego) padły zdradzieckie strzały – dwóch kolegów z patrolu zginęło, a ojciec cudownie ocalał. Widziałem zabitych – w pozycji siedzącej opartych o ścianę sklepu Lewandowskiego. Jeden z nich nazywał się Kozłowski.
Z Henrykiem Bochenkiem i Mietkiem Górewiczem pełniliśmy służbę harcerską w czasie obrony Grodna. Zginęli m.in. moi koledzy: Lebioda i Budzyński.
Nad Niemnem bolszewicy wyciągnęli z piwnicy i rozstrzelali braci Waniukiewiczów. Wiadomość tę przekazała nam ich siostra Ola.
Ojcu memu i jego koledze, Brażukowi, udało się uratować (brali udział w walce z sowieckimi czołgami), natomiast koledzy ojca – Czuszel i Sarosiek – zostali wywiezieni. Czuszel (z zawodu fryzjer, miał fryzjernię na ulicy Brygidzkiej) z Rosji już nie wrócił.
Cywilnymi organizatorami walki z bolszewikami byli m.in. wiceprezydent Sawicki i komendant straży pożarnej Mikulski (jego córka mieszka obecnie w Warszawie). Matka moja zdołała spalić umundurowanie ojca i moje gimnazjalne ubranie (gimnazjalistów Rosjanie rozstrzeliwali za udział w walkach).

Żołnierze, ochotnicy i uczniowie

Mieczysław Wołodźko o obronie Grodna:
Było to 20 września rano. Zaczęli tworzyć te drużyny szturmowe, więc się do nich zgłosiłem. (...)
Biegliśmy jedną ulicą, dobiegliśmy do rogu ulicy i tu stał czołg. I strzelał na wprost z karabinu i z armaty.
I znowu to samo: żołnierze zaczęli uciekać, a ja tylko przebiegłem przez ulicę i nawet chciałem dostać się do domu, ale drzwi były zamknięte, a on jak walił, to walił w szyby. W pewnym momencie przestał strzelać, coś mu się popsuło. Więc my zza rogu do niego strzelaliśmy i rzucaliśmy granaty i w pewnym momencie otworzyła się klapa, wyskoczył jeden z żołnierzy, ale w dalszym ciągu nie wiedzieliśmy, kto to jest. Jak strzelaliśmy do czołgu ze wszystkich stron, ten żołnierz dostał pocisk w twarz. Wydostał się z czołgu i upadł. Podbiegliśmy do niego, a on mówi: „Towariszczy, nie zabijajcie mnie”. Dopiero wtedy dowiedzieliśmy się, że są to bolszewicy.
Przyłączyli się do nas uczniowie, robotnicy, nieśli amunicję, pomagali nam... To była cała grupa, tak że wojsko jako wojsko już przestało być, tyle tylko, że w tej grupie byli i żołnierze, i uczniowie. Dobiegliśmy do tego bolszewika i ktoś z robotników zaczął mu przeszukiwać kieszenie i znalazł jakąś legitymację. Przeczytał i krzyczy: „Słuchajcie! To taki nie taki, to Żyd. W tym i w tym roku uciekł do Rosji”. Był on w stopniu lejtnanta. Jakiś żołnierz-lotnik skoczył do niego z karabinem, chyba chciał go dobić – trudno mi w tej chwili powiedzieć – w każdym razie zasłoniłem mu drogę, bo byłem w harcerstwie: jak dobijać rannego? To było nie do pomyślenia. Ja i jakiś jeszcze żołnierz wzięliśmy go na karabiny i chcieliśmy wnieść do bramy na tej ulicy. Zobaczyliśmy tam trzy osoby przez niego zabite. Jak strzelał z armatki i z cekaemu, to w bramie stali ludzie. Pocisk uderzył w tę bramę żelazną i zabił kobietę i dwóch mężczyzn czy odwrotnie – nie pamiętam. Rzuciliśmy go tam.
(...) biegliśmy w stronę koszar. Patrzymy – stoi beczka z benzyną i nalewają benzynę do butelek. Dzieciaki przynoszą butelki z różnych stron, a harcerki, czy ktoś, nalewają benzynę, i tam spotkałem znów tego kolegę z Landwarowa, Stankiewicza. Nabraliśmy tej benzyny do wiadra, w butelkach, ale wiadrem, i biegniemy dalej. Nad samym Niemnem, zaraz przy koszarach, znów stał czołg. Też strzelał do nas i też nie mógł ruszyć, bo jedna z jego gąsienic buksowała. Odkręcił się frontem do nas i też strzelał i z armatki, i z cekaemu. Przeważnie jednak z cekaemu. A tu, przed czołgiem, chyba ze dwadzieścia kilka metrów były wykopane okopy, w których my byliśmy z tą benzyną.
W tym czasie zaczął krążyć samolot, kukuruźnik. Nie rzucał bomb, tylko krążył. Ponieważ było to tuż nad Niemnem – po drugiej stronie rzeki szła jakaś tyraliera, w zielonych ubraniach. I nie wiadomo, czy to byli nasi...
Oni byli może jakieś dwieście metrów od rzeki, także odległość między nami była może do trzystu – czterystu metrów. W mojej drużynie był podchorąży bez stopnia, Hlebowicz, i on krzyknął: „Nie strzelać, przerwać ogień”. Dostał się do Niemna, dorwał jakąś łódkę i płynął na drugą stronę. Kiedy dopłynął do połowy rzeki, odwrócił się i krzyknął: „Strzelać, bolszewicy!”. Padł na dno, a prąd rzeki poniósł go z łódką, a wtedy z naszej strony zaczęli z cekaemu siać i rzeczywiście wielu żołnierzy padło.

Bali się zrobić trumnę...


List Bronisława Wysiekierskiego do Barbary Ścisłowskiej opisujący pogrzeb jej męża, rotmistrza Apoloniusza Ścisłowskiego, poległego w Kodziowcach 22 września 1939 roku:
Kochana Basiu!
Dziękuję Ci za nadesłane wiadomości. Na list Twój, który wczoraj otrzymałem, spieszę Ci donieść o tych smutnych i niezapomnianych dla mnie chwilach, jakie spędziłem z Twoim biednym Luśkiem. Ja chciałem zabrać Zochę i Dankę do Pełeł, więc wyjechałem do Warszawy, lecz nie dostawszy się, wróciłem do domu.
Otóż w drodze powrotnej dojechałem do Grodna, a z Grodna piechotą, gdyż nasi odstępowali przed bolszewikami. W tej drodze spotkałem się ze śp. Luśkiem i tak rozstaliśmy się we wsi Kodziowce, gm. Balla Wielka, i tam 22 września w piątek o godz. 6 Lusiek dostał postrzał w bok i kula przeszła przez brzuch i po krótkiej chwili zmarł. Przenieśli go koledzy do stodoły i wszyscy się gdzieś ulotnili, więc ja zostałem, aby zająć się pogrzebem. Ponieważ ludzie i ja obawialiśmy się bolszewików, to nikt nie chciał zrobić mi trumny.
Wtedy udałem się do sąsiedniej kościelnej wioski Sylwanowicze (popr.: Sylwanowce) z prośbą do miejscowego księdza Średnickiego, aby mi w tem pomoc okazał, lecz i on, biedak, wystraszony ledwo że udał się na cmentarz, bo tam jest pochowany śp. Lusiek. Pokropił ciało, odśpiewaliśmy z ludźmi, co kopali groby, modlitwy i na tem koniec. Chciałem zakupić mszę, ale powiedział mi, że już ma dzień zajęty, więc prosiłem go o deski na trumnę, to powiedział, że nie można tak wynosić go ponad innych itd., słowem, dostałem jedną dłuższą i dwie krótsze deski, położyłem więc ciało na takiej desce, a krótszą jedną pod głowę, drugą pod nogi: a ponieważ jest we wspólnym grobie, to ciało jego jest na samem wierzchu, okryte płaszczem, i tak robiłem, gdyż myślałem o tem, że będzie po wojnie pochowany inaczej, a więc żeby to było możliwe do wykonania.
Do tego stopnia bali się ludzie coś robić, że nawet deski piłować i zanieść na cmentarz musiałem sam. Co zaś do pamiątek, to musieli koledzy zabrać, gdyż przy nim nic nie było, a myśląc o jakichś dla was pamiątkach, wyciąłem trochę włosów znad czoła, następnie, kładąc do grobu, zauważyłem spinki w mankietach, więc włosy, myślę, będą dla żony i matki, a spinki zdjąłem z myślą o pamiątce dla syna. Więcej nic po nim nie mam i jeżeli nie koledzy zabrali, to pewno bolszewicy. Ja siedzę tu i gospodaruję sam z młodym szesnastoletnim chłopcem, więc to bardzo ciężko, a przy tym bez koni.
Miałem wiadomość, że jakoby księdza Kryńskiego zamordowali bolszewicy. Wracając, wstąpiłem do Zelwy i tam przysłał Lusiek swój motocykl na przechowanie, pewnie też przepadnie.

Zemsta na bezbronnych


Podporucznik rezerwy Józef Klauda o wydarzeniach w rejonie Wytyczna:
W domu zastałem generała brygady ze sztabem. Jak się okazało, był to dowódca KOP, gen. bryg. Wilhelm Orlik-Rückemann, ze swym sztabem. Poinformowałem go o sytuacji w okolicy i niedawnym przemarszu Armii Czerwonej w kierunku na Cyców-Łęcznę-Lublin. Rankiem następnego dnia – w niedzielę 1 października 1939 r. – od strony starego gościńca prowadzącego do Łęcznej, około godz. 8, pokazało się trzech jezdnych. Po stwierdzeniu przez lornetkę, że to bolszewicy, w tym oficer – leżący przy erkaemie kapral (stanowisko erkaemu znajdowało się przy skrzyżowaniu dróg obok mego domu) pociągnął po jezdnych serią. Oficer spadł z konia, dwaj pozostali odjechali galopem. Po kilkunastu minutach z tego samego kierunku nadleciały pociski artyleryjskie, a jednocześnie ukazała się atakująca piechota bolszewicka, wsparta samochodami pancernymi. Usytuowana w lesie koło Wólki Wytyckiej nasza bateria dział 75 mm odpowiedziała ogniem, powodując panikę na stanowiskach artylerii bolszewickiej (opowiadali mi o tym mieszkańcy kolonii podworskiej, gdzie były stanowiska sowieckiej artylerii).
Walka trwała około trzech godzin. Na skutek wyczerpania amunicji nasze oddziały wycofały się w kierunku lasów w rejonie Doniniczyna i Wólki Wytyckiej, gdzie część wojska rozproszyła się na rozkaz dowódców. Inni, w tym bateria dział 75 mm, w szyku zwartym wycofali się na północ. Wskazałem dowódcy baterii przejście przez bezdroża „Durnego Bagna” w kierunku na Lipniak-Janówkę-Sosnowicę. Część żołnierzy dostała się do niewoli bolszewickiej.(...) Rannych polecili wnieść do Domu Ludowego, gdzie zamknęli ich na klucz, nie udzielając pomocy lekarskiej. Pozamykali również okiennice, aby nikt nie mógł wydostać się ze środka. Dopiero w poniedziałek, 2 października 1939 r., zjechała z Włodawy sowiecka kolumna sanitarna, niby w celu udzielenia rannym pomocy lekarskiej. Oczywiście wszyscy ranni zmarli z upływu krwi. Poległych i zmarłych z ran żołnierzy polskich obdarto z mundurów, a dokumenty złożono na stos i spalono. Umundurowaniem podzielili się żołnierze sowieccy i miejscowi Ukraińcy. (...)
Oto kilka faktów, które widziałem osobiście. Już po zakończeniu walk w rowie przydrożnym, biegnącym obok moich zabudowań, czerwonoarmista zastrzelił bezbronnego szeregowego, każąc mu uprzednio podejść do siebie. Przed zgonem żołnierz ten zdążył mi jeszcze powiedzieć, że nazywa się Kazimierz Sykut. Na drodze, w pobliżu mego domu, leżał żołnierz polski ranny w brzuch. Miejscowi Ukraińcy bili go i kopali. Przed śmiercią powiedział mojej sąsiadce, Polce, że nazywa się Władysław Matusiak i pochodzi z Pruszkowa. Sąsiadka przekazała mi jego nazwisko. W pobliżu zabudowań dworskich bolszewicy rozstrzelali trzech bezbronnych, wziętych do niewoli, żołnierzy polskich. Ciała ich polecili zakopać w przydrożnym rowie (...) Rozebranych do bielizny żołnierzy polskich w liczbie osiemdziesięciu siedmiu pochowano w rogu prawosławnego cmentarza znajdującego się naprzeciwko młyna. Trzech żołnierzy wyznania mojżeszowego zabrali Żydzi na kirkut do Włodawy, a trzech rozstrzelanych (jak podałem wyżej) zakopano w rowie przy szosie. Ogółem straty polskie w boju pod Wytycznem wyniosły dziewięćdziesięciu trzech poległych w walce, zmarłych z ran na skutek nieudzielenia im pomocy lekarskiej, zamordowanych i rozstrzelanych po zakończeniu walk. Straty sowieckie jako strony atakującej musiały być proporcjonalnie wyższe, stąd wściekłość i zemsta na bezbronnych.
W 1947 r., gdy przebywałem jeszcze w więzieniu, władza ludowa ekshumowała wszystkich żołnierzy zarówno z cmentarza prawosławnego, jak i z rowu przy szosie na cmentarz wojenny do Włodawy. Spoczywają tam pod bezimiennymi krzyżami, a napis na stojącym pośrodku cmentarza pomniku głosił, że „Polegli w walce z hitlerowskim najeźdźcą”.

Komandir i polski oficer

Podporucznik rezerwy Jarosław Siemianow z baonu KOP „Dederkały”:
Szedłem w szpicy oddziału rozpoznawczego i w opłotkach nieznanej wioski nagle wyrosła przed nami grupa cywilów z czerwonymi opaskami i gwiazdami. Dowodził nimi oficer w randze młodszego lejtnanta, który na wieść, że idziemy walczyć z Niemcami pod Lwowem, ryknął śmiechem. Krztusząc się z pogardliwej uciechy, oznajmił swoim ludziom, że „polskije rebiata idut ratować ojczyznę”, po czym nagle spoważniał, podszedł do mnie i gniewnie wyciągnął rękę do moich naramienników, sycząc, że nasza ojczyzna już nie istnieje, a on zaraz pokaże, co znaczy polski oficer. Zanim dotknął munduru, leżał już zalany krwią po ciosie, jaki wymierzyłem mu kolbą visa.
Huknęły strzały, rozległy się jęki wśród żołnierzy sowieckiego patrolu. Nie wiem nawet, czy ktoś poległ, bo oto nadciągnął Skrocki ze swoimi żołnierzami i po naszych przeciwnikach została garstka przerażonych zwykłych ludzi, którym nagle minęła buta i poczucie wyższości. Pozbierali rannych wraz z zakrwawionym „komandirem” i wynieśli się czym prędzej. (...)
W Krzemieńcu było już NKWD i administracja sowiecka. Rosjanie zostawili w spokoju naszych żołnierzy, ale oficerów i podoficerów konsekwentnie wyłapywali i rozbrajali. Kilku, którzy odmówili oddania broni, zastrzelili bez pardonu.

Mord na generale

Alfreda Olszyna-Wilczyńska, żona dowódcy DOK III Grodno:
Około godz. 6.30 zapukał do naszego pokoju adiutant męża, (kapitan art. Mieczysław Strzemeski, 22 września – red.) meldując, że trzeba już jechać. (...)
Jechaliśmy może pięć minut, gdy zamajaczyły przed nami dwa czołgi sowieckie. Posypały się strzały karabinowe z tyłu i z przodu. Odwrotu nie było. Droga była bardzo zła, rozmokła po kilkudniowych ulewnych deszczach, samochód ciężki i długi (Buick). Zanim szofer zdążył przełożyć biegi, obskoczyli nas żołnierze sowieccy z granatami i karabinami gotowymi do strzału z okrzykiem: „Stój, wylezaj, a to ubijem na miestie”. Opierać się czy wyjść – rezultat ten sam, bo wszystko stało się tak błyskawicznie, że obrona z samochodu była niemożliwa. Pierwszy wysiadł kapitan, za nim ja, a w końcu mąż, szofer i pomocnik. Zostaliśmy od razu otoczeni. Przed każdym z nas stał jeden bandyta z granatem przy twarzy, a drugi z wycelowanym karabinem, zaś dwaj komisarze poczęli nas rewidować, przede wszystkim mnie, potem kapitana i męża. Zabrali nam wszystko: ubranie, pieniądze, wszelkie drobiazgi, a nawet zepsutą zapalniczkę kapitana.
Po ograbieniu nas zapytywali kilkakrotnie męża, kim jest i czym dowodzi. Odpowiedział, że jest oficerem i dowodzi wojskiem. Następnie pytali, czy dużo wojska jest w pobliżu. Odpowiedzi na to już nie otrzymali. Wobec tego mężowi i kapitanowi kazali iść na lewo pod czołgi, a mnie na prawo do stodoły. (...)

Po kilku minutach „zagrały” karabiny maszynowe, rozpoczęła się strzelanina, następnie wszystko ucichło. W tym momencie żołnierz sowiecki przyniósł mi do stodoły walizkę męża związaną sznurem generalskim. (...) Na pudełku od papierosów i neseserze męża były krwawe plamy. Zdrętwiałam oniemiała.
Walka trwała dalej. Ale na mnie to już nie robiło wrażenia. Chodziłam po stodole, załamując ręce, prosiłam tych ludzi, by mnie wypuścili, lecz bez skutku. Nagle wszystko ucichło, tylko z daleka dochodził szum odjeżdżających czołgów. Wybiegłam ze stodoły mimo protestów i gróźb i już z daleka zobaczyłam dwie ciemne plamy na polu pod krzakami. Biegłam szybko przez mokradła, a za mną wybiegł jeden z mężczyzn ze stodoły.
Wiedziałam już, że tam leży mój mąż i jego adiutant, lecz miałam jeszcze nadzieję, że może żyją, może są tylko ranni. Niestety, widok, który się ukazał moim oczom, był tak okropny, że nie miałam sił iść dalej. W oczach mi wszystko tańczyło.
W tym momencie mężczyzna, który szedł za mną, chciał mnie zawrócić, a pozostali wołali z daleka, żeby nie zbliżać się do leżących, bo bolszewicy mogą nas za to zastrzelić. To mi dodało sił i energii do opanowania nerwów. „Nie, nie – krzyknęłam – ja go muszę zobaczyć, muszę podejść bliżej, bo go tak nie zostawię tutaj!”.
Wyrwawszy się z rąk trzymającego mnie, pobiegłam naprzód, lecz siły znów mnie opuściły. Nie mogłam znieść tego widoku.
Mąż leżał twarzą do ziemi, lewa noga pod kolanem była przestrzelona w poprzek z karabinu maszynowego. Tuż obok leżał kapitan z czaszką rozłupaną na dwoje, a zawartość czaszki leżała obok, wylana jako jedna krwawa masa. Na czerepie sterczały zmierzwione, oblepione krwią włosy.
Głowa męża była nienaruszona, lecz bałam się odwrócić go twarzą do góry, obawiając się, że twarz będzie tak samo zmasakrowana jak kapitana. Poprosiłam więc owego mężczyznę, żeby on najpierw zobaczył, jak mąż wygląda, ja stanęłam z boku i ukradkiem podpatrywałam, chcąc się przekonać, czy będę mogła znieść ten widok. Na szczęście głowa męża była cała, tylko oczy i nos stanowiły krwawą masę, a mózg wyciekał uchem.(...) Widok był potworny. Podeszłam bliżej, zbadałam serce i puls, choć wiedziałam, że to jest daremne. Był jeszcze ciepły, ale nie żył. (...)
Zaczęłam gorączkowo szukać jakiegoś drobiazgu, jakiejś pamiątki, lecz w kieszeniach męża nie było nic. Zrabowali nawet Virtuti Militari i ryngraf z Matką Boską, który mu włożyłam do kieszeni w pierwszym dniu wojny.

Masakra osadników


Antoni Tomczyk o wydarzeniach w rejonie Skidla i Żydomli:
Na Grodzieńszczyźnie, blisko Skidla i Żydomli, istniały trzy osady wojskowe: Budowla, Lerypol i Rokicie. Powstały one w 1922 r. na ziemi księcia Czetwertyńskiego, wykupionej przez rząd polski.
Osadnicy, z wyjątkiem kilku starszych wiekiem oficerów, stanowili szarą, frontową brać legionową, najczęściej z ochotniczego zaciągu w 1921 r. Pracowici, kontaktowi, pełni młodzieńczej jeszcze fantazji, wnieśli między zaścianki szlacheckie i okoliczne wioski białoruskie nowy, pionierski sposób życia i gospodarowania. Wolni od uprzedzeń, żenili się ze szlachciankami, Białorusinkami, a nawet przywozili żony z centralnej Polski. Po kilkunastu latach ciężkiej, mozolnej pracy i wielu wyrzeczeń doprowadzali swoje gospodarstwa do rozkwitu. (...) 22 września 1939 r. około godz. 8 wkroczyła do Lerypola grupa kilkunastu mężczyzn. Najpierw otoczyli dom generała Antoniego Szyllinga. Generał był na wojnie i dowodził Armią „Kraków”, jego rodzina mieszkała w Warszawie, a rządca Jóźwicki wyjechał do Lerypola kilka dni wcześniej. Sąsiad generała, kapitan Jan Górnicki, też był nieobecny w domu. Przybysze wyprowadzili na podwórko pod bronią szesnastoletniego Tadeusza, syna kapitana, i jego wujka, Władysława Górnickiego. Z następnego domu zabrali Stanisława Barszcza.
Gdy wreszcie gromada ludzi zbliżyła się do naszych zabudowań, doznaliśmy ulgi i odprężenia, bowiem okazało się, że obydwu Górnickich i Stanisława Barszcza prowadzili znajomi Białorusini z okolicznych wiosek. (...) Wśród nich wyróżniał się notoryczny złodziej i recydywista Aleksander Nikołajewicz Kurpik, znany powszechnie pod przezwiskiem Bazelik, oraz jego szwagier Władymir Iwanowicz Płachowicz. (...) Uzbrojeni byli w karabiny, szable, siekiery, a na rękawach mieli pozakładane czerwone opaski. (...) Arciukiewicz wyjaśnił, że w Kurpikach odbędzie się ważne zebranie, na którym przedstawiciel władzy sowieckiej będzie mówił o nowych porządkach, jakie tu teraz zapanują. Obecność osadników na zebraniu jest obowiązkowa. Ojciec, Jan Tomczyk, oraz przebywający u nas na wakacjach dziewiętnastoletni Tadeusz Śliwiński dołączyli do idących na to ważne spotkanie w Kurpikach. Wtedy zabrano z domów następnych sąsiadów: Antoniego Pawlikowskiego oraz Ignacego Zarębskiego. Osadnicy, konwojowani przez uzbrojonych ludzi, pomaszerowali w stronę Kurpik i wkrótce zniknęli za nierównością falistego terenu. Tymczasem od strony Obuchowa nadjechali konno dwaj mężczyźni. Dopędzili pieszą kolumnę i po kilku minutach ciszę rozdarły wystrzały karabinowe oraz krzyki ludzi. Blisko drogi, na łące Zarębskiego, zamordowano siedmiu Polaków, masakrując ich ciała z dużym okrucieństwem.
Po dokonaniu zbiorowego morderstwa oprawcy wyszli na drogę. Zobaczyli idącego od strony Sawalówki samotnego mężczyznę. Bez kłopotu rozpoznali Smolniaka. Był to samotny biedny Polak mieszkający w ziemiance na skraju Sawalówki.(...) Zapytany, dokąd idzie, odpowiedział, że do Lerypola odwiedzić Tomczyka. Zaczęto go bić. Następnie zawleczono na łąkę Zarębskiego i zakatowanego na śmierć porzucono obok leżącego w kałuży krwi ciała Tomczyka.
(...) Czyża, Mazalewskiego i Mroczka doprowadzono do kępy drzew przy działce Górnickiego naprzeciw zabudowań Stanisława Barszcza. Tu kazano osadnikom klęknąć na skraju dużego wykrotu po drzewie przewróconym w czasie burzy. Nazajutrz zwłoki osadników z łąki Zarębskiego i wszystkich owiniętych tylko w prześcieradła zakopano w wykrocie. Do dziś w tym miejscu znajduje się zbiorowa mogiła. Wiele kłopotów sprawił osadnik Jan Goliński, żonaty z Kacieriną Śliziewicz, Białorusinką z Kurpik. Ukrył się tak zmyślnie, że dopiero po trzech dniach Bazelik i Jakusiewicz z Komotowa wypłoszyli go z kryjówki. Ostrzeliwując uciekającego, próbowali złapać go żywcem. Ranny zapędzony na brzeg Niemna uciekał dalej ostrogą. Wreszcie (nie mając gdzie uciec) rzucił się w nurty rzeki. Bazelik i Jakusiewicz dalej strzelali starannie, celując w głowę człowieka ukazującą się nad powierzchnią wody.
Bezkarne polowanie na Polaków zakwalifikowanych do likwidacji w trakcie wkraczania wojsk sowieckich przeradzało się we współzawodnictwo między dywersantami oszołomionymi alkoholem i poczuciem własnej siły. Do dziś powtarza się w Kurpikach, jak jeden z nich, siedząc na zdobycznym koniu, uniósł szablę do góry i zawołał z dumą „Eta szaszka unicztożyła siewodnia dwienadcać czełowiek!”.
* * *
Ostatecznie pojmano i zamknięto w piwnicy Totocia siedmiu osadników z Budowli. Obszerna, murowana piwnica spełniała funkcję aresztu. Uwięziono w niej także Ulidę, sołtysa z Marianówki, oraz złapanego w Komotowie porucznika. Ci dwaj nie byli długo więzieni w piwnicy, bowiem komitet szybko podjął decyzję w ich sprawie. Włodzimierz Aplewicz, Paweł Aplewicz oraz ich kolega Iwan Szyrko z Komotowa zaprowadzili obydwu mężczyzn na cmentarz w Żydomli i tam ich zamordowali. Sołtys Ulida nie miał przy sobie wartościowych rzeczy. Porucznikowi wcześniej zabrano krótką broń i siedem tysięcy złotych. Miał jednak na sobie nowy mundur oficerski. Włodzimierz Aplewicz miał zawsze słabość do munduru. Zdarł mundur z martwego oficera, pozostawiając go na cmentarzu w podkoszulku i spodenkach. Paradując później po wsi w mundurze oficerskim, wyróżniał się elegancją, jak przystało na komendanta milicji rewolucyjnej. 23 września przed zmierzchem wyprowadzono z piwnicy wszystkich osadników, powiązano im ręce sznurami i pod wzmocnioną eskortą poprowadzono w stronę Żydomli. (...)

Żony aresztowanych osadników bezskutecznie poszukiwały swoich mężów. Dopiero po trzech dniach przypadkowo pies Szuby znalazł za szosą skidelską zakrwawioną czapkę swojego pana. Pies zaprowadził do miejsca, gdzie na surowej roli kartofliska usypane były świeże kopczyki. Kiedy kobiety rozgrzebały ziemię, oczom ich ukazał się makabryczny widok. Stanisław Szuba i Jan Zawadzki związani byli ze sobą drutem kolczastym, a z ust wystawały zakrwawione języki oblepione ziemią. Bronisław Przeraziński miał rozpruty brzuch, a jelita rozlane na kolanach. Edwardowi Nowakowi rozłupano głowę na dwie części, natomiast Piotr Krupa miał uciętą głowę powyżej dolnej szczęki. Jan Jagielski był najmniej zniekształcony, miał tylko zdartą skórę z brzucha.

Sowieckie służby specjalne kierujące działaniem grup dywersyjnych spieszyły się bardzo z realizacją swoich zadań. Dysponowały wcześniej przygotowanymi spisami Polaków, którzy musieli być zlikwidowani w czasie tak zwanego zamętu wojennego, zanim zostanie ustanowiona stała administracja sowiecka. Ustalono, że administracja nie będzie brudziła rąk czystkami i oficjalnie nie będzie wiedziała o morderstwach Polaków.

na podstawie: „Wrzesień 1939 na Kresach w relacjach”, oprac. Czesław K. Grzelak, Wydawnictwo NERITON, Warszawa 1999

Мельтюхов М.И. 17 сентября 1939 года. Советско-польские конфликты 1918-1939 гг. / М.И. Мельтюхов.- М.:Вече, 2009.


Wspomnienia płk. Rusijanowa, dowódcy 52 dyw. strzel RKKA. w bitwie pod Szackiem:

http://militera.lib.ru/memo/russian/russiyanov_in/01.html