n e v e r l a n d d

- ANTISOZIALISTISCHE ELEMENTE - *** TA MI OTO PRZYPADŁA KRAINA I CHCE BÓG, BYM W MILCZENIU TU ŻYŁ * ZA TEN GRZECH, ŻE WIDZIAŁEM KAINA ALE ZABIĆ NIE MIAŁEM GO SIŁ *** " DESPOTYZM przemawia dyskretnie, w ludzkim społeczeństwie każda rzecz ma dwoje imion. " ******************** Maria Dąbrowska 17-VI-1947r.: "UB, sądownictwo są całkowicie w ręku żydów. W ciągu tych przeszło dwu lat ani jeden żyd nie miał procesu politycznego. Żydzi osądzają i na kaźń wydają Polaków"

Archiwum

VISITORS

POGODA

LOKALIZATOR

A K T U E L L






bezprawie.pl
"Polska" to kraj bezprawia

31 sierpnia 2014

Sprawy Ukrainy - esej prof. R.Krawczyka

ZŁOGI PO „WIELIKOJ ROSSIJI”, CZYLI NIEDŹWIEDZI PRZEDMIOT POŻĄDANIA.

Republic-of-Novorossiya
„Rusofobia” związana jest brzmieniem i znaczeniem ze słowem „ksenofobia”, opinią powstającą na podłożu lęku wobec obcych i przesadnej do nich niechęci. Rusofob, to w opinii medialnej do pewnego stopnia człowiek psychicznie niezrównoważony, niepotrafiący właściwie ocenić rzeczywistości, w której uczestniczy, niewiedzący o tym, że strach jest niebezpieczniejszy, niż jego brak. Okazuje się, że problem ma wymiar społeczny i nie ogranicza się do publicystyki. Politolog i rosjoznawca prof. St. Bieleń uważa, że Polacy są klinicznym przykładem rusofobii i orzeka: „Pod wpływem ‘gorączki ukraińskiej’ i antyrosyjskiej histerii, mamy do czynienia z niezwykle wypaczonym obrazem Rosji i samego Putina”. Ekspert, w wywiadzie dla Onet.pl stwierdza, że Polacy w sferze mentalnej nadal pozostają „niewolnikami archaicznych, stereotypowych, często surrealistycznych i skrajnie uproszczonych wyobrażeń o Rosji. W pełni usprawiedliwia postępowanie samego Putina tym, że „rozpad radzieckiego mocarstwa wywołał u wielu Rosjan nie tylko głęboką traumę w sensie psychologicznym, ale naraził miliony ludzi na dramatyczne przeżycia”. „On jest – ocenia profesor – przecież dla nich ‘carem-odnowicielem’ i ‘wielkim reanimatorem’!”. Inaczej mówiąc, upadek Związku Radzieckiego, to nie radość wyzwolonych narodów, ale wielka trauma dla Rosjan, tak wielka, że każdy z nich powinien być przedmiotem współczucia i wysiłku dla ponownego uzyskania przez Rosję imperialnej pozycji. Rusofobem i człowiekiem bez sumienia staje się w tym kontekście sam Ronald Reagan, kiedy określił kiedyś sowieckie państwo mianem Imperium Zła (The Evil Empire). Z logiki wyjaśnień Bielenia wyłania się jednak zupełnie inny obraz: Związek Radziecki był tworem pozytywnym, skoro za nim Rosjanie tęsknią. Mają za czym tęsknić – dysponowali przecież armią zdolną do szachowania połowy świata, płacąc niskim standardem i prymitywnością życia codziennego. Wedlug tej logiki to, za czym Rosjanie tęsknią, to tylko taka ich mała przywara w postaci czerpania przyjemności z panowania na innymi i możności ich upokorzania.Więcej, wynika z tego, że świat w swej wyrozumiałości, powinien ten problem nie tyle może uznać za swój własny, ale przynajmniej nie przeszkadzać w odbudowie imperium kosztem sąsiadów. Nie jest tylko zrozumiałe, dlaczego to świat powinien współczuć Rosjanom z powodu utraty imperium, a wcale nie musi współczuć Polakom utraty wielkiej Rzeczypospolitej Obojga Narodów, a Austriakom rozpadu imperium Habsburgów.
 Z niejasnych przyczyn, wielu ludzi wydaje się być tak mocno zdeklarowanymi przyjaciółmi Rosji, że są gotowi uznać założenie, że tej ostatniej nie ima się żadne prawo historii, ani też prawo międzynarodowe. Uznają, chociaż trudno to im racjonalnie uzasadnić, że Rosja jest krajem, który musi być traktowawany odmiennie niż cała reszta, a świat powienien akceptować specjalne dla niej prawa, nawet te bardzo kosztowne dla własnego spokoju. Zrozumiałe, że dla dzisiaj żyjących, to ten aktualny obraz świata jest najważniejszy. W tym obrazie pojawiło się jednak pęknięcie w postaci nagłego powrotu imperialnych ambicji Rosji. Mamy już tyle wiedzy i doświadczenia, że wiemy, iż reagowanie tylko na bieżące wydarzenia międzynarodowe, bez przewidywania ich następstw jest niemądre, a może być w skutkach tragiczne. Historycy nie mają watpliwości, że obie wojny światowe wzięły początek z błędnej oceny takiej właśnie bieżącej sytuacji i podjęły lub pominęły czynności bez dokonania analizy następstw kolejnych kroków. Obie wojny zabrały dziesiątki milionów ofiar, ale z perspektywy czasu mogą być uznane za bez znaczenia. To tragiczny paradoks, że wydarzenia, które zaważyły na losach tak wielu ludzi i całych narodów, mogły nie tylko nie mieć miejsca, ale w gruncie rzeczy nie miały wiekszego wpływu na obraz dzisiejszego świata. Gdyby ich nie było, świat byłby i tak podobny do tego, który mamy dzisiaj. Mówiliśmy wielokrotnie o tym, że istnieją procesy rozwojowe, na które bieżąca polityka nie ma żadnego wpływu, chociaż może mieć wpływ dramatyczny na życie całych pokoleń. Do pewnego stopnia, dla historii, nie ma to znaczenia. Jak w tym wszystkim plasuje się dzisiejsze postępowania Putina i jego kolegów? Po pierwsze, jeśli można byłoby się wypowiedzieć „w imieniu historii”, to ta zapewne twierdziłaby, że dzisiejsze rosyjskie niby-imperium jest tylko nieodwracalnym echem przeszłości. Próba przywrócenia jej dawnej pozycji, kiedy miała wpływ na losy połowy państw świata, jest z punktu widzenia jego ewolucji działaniem jałowym, co nie znaczy, że nie może być życiowym dramatem dla ludzi w te ambicje uwikłanym. Tyle, że – jak powiedzieliśmy – historia jest na ludzką niedolę zupełnie nieczuła i traktuje ją tylko jak nieunikniony koszt. Ten koszt, nie jest zresztą dla niej żadnym ciężarem do poniesienia, bo i obciąża nie ją samą, ale tych, którzy podejmują decyzje z niewiedzy, zadufania, czy wręcz głupoty. 

Putin jest zapewne z siebie dumny i sądzi, że przejdzie do historii jako wielki polityk. Śmiem sądzić, że będzie inaczej i okaże się, że historia upodobni go raczej do nieszczęsnych losów Mussoliniego, który z wysokiego lotu imperatora, skończył w śmietniku. On też chciał odbudować niegdysiejsze i potężne Imperium Romanum. Putin usiłuje, na jego podobieństwo, przywrócić do życia martwy już organizm. Z całą pewnością prawdziwej sławy z tego nie będzie. Jest w tym wszystkim zagadka, która umyka komentatorom. Wszyscy, niezależnie od swej pro- lub antyrosyjskiej opcji otwarcie przyznają, że Rosjanie mają powody do zmartwienia oraz odczuwania krzywdy i zawodu, bo istotnie ich olbrzymie niegdyś imperium jest wciąż największym terytorialnie państwem świata, ale w ich odczuciu doznało krzywdy w tym rozumieniu, że nie tylko się skurczyło, ale – co ważniejsze – zostało niemal całkowicie wypchnięte z Europy. W miejscu jego dawnych europejskich posiadłości, gdzie tylko było to możliwe, powstało wiele państw posiadających własną i oryginalną tradycję narodową, tak dalece inną od rosyjskiej, że od dziesiątek lat broniących się przed rusyfikacją. To Polska, Białoruś, Ukraina, Mołdawia, Finlandia i kraje bałtyckie, czyli Litwa i dawne niemieckie Inflanty. Zadziwiające są w tym dwie rzeczy, które świadczą dowodnie o braku realizmu ze strony samych komentatorów. Jedna, to fakt, że – niezależnie od pro- lub antyrosyjskiego nastawienia – prześcigają się w „rozumieniu” argumentów Rosji o uznaniu jej prawa do głębokiego przeżywania żalu za utraconym imperium. Rozumienie potrzeby suwerenności krajów, będących kiedyś częścią Rosji, gdzieś tam w tle istnieje, ale tło, jak tło, nie jest najważniejsze. A przecież w tego rodzaju sprawach, wszyscy mają swoje racje. Racje Rosji, to jedno, a racje Finlandii, Polski, czy Ukrainy, to zupełnie coś innego i nie mniej istotnego. Tymczasem, spotykamy się przede wszystkim z oceną i analizą stanowiska Rosji, a nie prawa do niepodległości krajów, kiedyś przez nią podbitych i unicestwionych. Więcej, zakres usprawiedliwiania „rosyjskich racji”, wydaje się czasem zupełnie pozbawiony sensu, logiki i oparcia w faktach. 

Oto inny obrońca prawa Rosji do „inności” – Andrzej Romanowski, w artykule w Gazecie Wyborczej z 26 sierpnia („Polska, Ruś i racja stanu”) otwarcie uznaje jej racje za słuszne, nawet w odniesieniu do Polski i proponuje pamiętać też o czynionych przez nią dobrodziejstwach. Autor nie poddaje analizie pobudek tych czynów i nie zadaje pytania na ile te dobrodziejstwa wynikały z dobrej woli, na ile zaś z samych tylko skutków rosyjskich klęsk i konkluduje: „nawet niewola, którą (Rosja) zafundowała Polsce czy Ukrainie, wyrządziła nie tylko wiele złego, lecz – paradoksalnie – również trochę dobrego. W końcu, jednoczenie ziem ukraińskich od XVIII do XX w. było nie do pomyślenia bez rosyjskiego, a potem, sowieckiego, oręża. Mutatis mutandis, podobną formułę dałoby się odnieść do dzisiejszej Polski”. Romanowski powołuje się na myśl zaczerpniętą z Miłosza: „Rzec można, że Polska istnieje z woli i łaski Stalina”. Chce sprawić wrażenie, że gdyby pięćset lat temu Moskwa Moskwą pozostała i nie stała się Rosją, nie byłoby dzisiaj ani Ukrainy, ani Polski. No to, co by tu było? Może Niemcy? A może Węgry? Każdy rodzaj racjonalności podpowie, że prawda jest zupełnie inna. Bez budowania kosztem sąsiadów zrębów imperialnej Rosji, jednoczenie ziem ruskich odbywałoby się zapewne pod egidą Rzeczypospolitej, a dzisiejsza mapa wschodniej Europy wyglądałaby zupełnie inaczej. Byłaby na niej zarówno Polska, jak i Ukraina, ale nie byłoby pewnie Rosji dzisiejszych rozmiarów, zastąpionej przez jakieś drobniejsze twory w rodzaju kupieckich republik Pskowa, czy Nowogrodu Wielkiego. „Jaka więc nauka płynie dla Polski z konfliktu ukraińskiego?” – pyta autor artykułu – „Czynnikiem stałym polskiej polityki była i pozostaje Rosja. Trzeba więc myśleć. Najlepiej przed szkodą”. Zastanawiające, że w geopolityce autora tekstu, Ukrainy właściwie nie ma, chociaż w jego tytule znajduje się słowo „Ruś”, bez słowa „Rosja”. 
Możemy się domyślać, że Ruś Kijowska, to tylko kolebka moskiewskiej Rosji, a nigdy kijowskiej Ukrainy, a ta ostatnia – jak wynika z jego rozumowania – nie była i nie będzie „stałym czynnikiem polskiej polityki”. Trudno o lepszy przykład braku zrozumienia dziejących się właśnie wydarzeń.

 Jest i w tym drugi element, które może zadziwiać. Nikt nie przyznaje prawa Brytyjczykom do tęsknoty za ich kiedyś największym imperium świata, ani prawa do powtórki z kolonializmu. Nie współczujemy im nawet wtedy, gdy pamiętamy, że sienkiewiczowski pan Rawlison traktował pana Tarkowskiego po partnersku, a nie jak kogoś gorszego. Brak sympatii Polaków do równie zrozumiałego żalu Anglików za utraconym imperium poszedł nawet tak daleko, że w sprawie niepodległościowego referendum w Szkocji, ich sympatie są raczej po stronie Szkotów. Może więc doradzić Rosjanom, by i na Ukrainie doprowadzili do referendum? Dlaczego to, my sami mamy prawo do nie popierania brytyjskich tęsknot kolonialnych, ale mamy zgodzić się na to, by w podobnej kwestii uznawać prawo Rosji do odbudowy jej imperium, a nie prawo do suwerenności narodów przez nią skolonizowanych? A prawo Francuzów do kanadyjskiego Quebecu? A prawo Holendrów do Indonezji? Okazuje się, że nie ma litości dla imperialistów i kolonizatorow z jednym tylko wyjątkiem – putinowskiej Rosji. Logicznie byłoby, gdyby świat w tej sytuacji poparł prawo Wielkiej Brytanii do połączenia lądowego z Gibraltarem przez Francję i Hiszpanię. Na jakiego rodzaju logice opiera się rozumowanie prowadzące do zgody na imperializm Rosji, przy braku zgody na imperialne zakusy innych? Z pewnością nie na logice klasycznej. Rosja tymczasem, cieszy się w podobnej sytuacji nie tylko tolerancją w zamian za imperialne grzechy, ale również prawem do czynienia tego samego, co było przez podbite kiedyś narody uważane za niedozwolone łamanie praw człowieka i uczuć narodowych. Co powoduje, że Rosja ma być tym wyjątkiem, do którego nie stosuje się międzynarodowego prawa, ani zasad przyzwoitości?

 To, że rosjoznawca uległ urokom przedmiotu badań może nie być zaskakujące. Arabiści i orientaliści chorują przecież na te samą, wrodzoną ich badaniom sympatię do świata islamu. W olbrzymiej ilości publikacji na jego temat, trudno jest znaleźć klarowne wyjaśnienie źródeł islamskiego terroryzmu i szykowania się do świętej wojny z Zachodem i całą resztą. Nie może dziwić, że podobne zjawisko pojawia się również w podejściu do problemu Rosji ze strony rosjoznawców, tyle, że przypadłość zatacza znacznie szersze koło.

Oto z zupełnie bezkrytyczną wyrozumiałością dla Rosji nie kryją się akademicy z innych dziedzin. Andrzej Romanowski jest profesorem polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, spodziewać się u niego można było raczej polonofilii, niż rusofilii. Profesor Jagiellonki zachowuje się tak, jakby miał nadzieję, że czytelnicy znają tylko prawdę obiegową, natomiast „prawdy prawdziwej” nie znają. Zaczyna od następującego stwierdzenia: „Rosja czuje się spadkobiercą Rusi. Kijów jest jej kolebką, miastem świętym. Doniecczyzna i Ługańszczyzna zaś leżały na terenie państwa moskiewskiego również wtedy, gdy kolonizowali je ukraińscy Kozacy. Krym został zdobyty w XVIII wieku, a Sewastopol do dzisiaj pozostaje symbolem chwały rosyjskiego oręża. Do względów historycznych dołącza się ekonomiczny: kopalnie, huty i fabryki Zagłębia Donieckiego zakładano nie na potrzeby Ukrainy, lecz całego imperium”. Profesora polonistyki naukowe rygory obowiązują w takim samym stopniu, jak w innych dziedzinach – historii, ekonomii, czy filologii, ale Romanowski w imię sympatii do Rosji odkłada je na bok. Jest pełnym nadużyciem historii teza, że Rosja „czuje się spadkobiercą Rusi”. Czuje się nim, z tej przyczyny, że inaczej nie miałaby żadnej europejskiej tożsamości, zmuszona do przyznania, że historia związała ją ze stepową cywilizacja Mongolii, a nie z rolniczą Rusią. Tyle, że wtedy, Moskwa musiałaby również przyznać, że więcej ma w swej tradycji elementów chińskich, niż zachodnich. A to byłby przecież wstyd, bo Rosjanie Chińczykami pogardzają.

 Z tej przyczyny, Iwan IV, nazwany Groźnym, ochoczo przejął pomysł pewnego popa, że oto „oba Rzymy upadły, pozostał tylko trzeci – Moskwa”. Na wieść o „wrodzonej rzymskości Moskwy” Europa wybuchła wielkim śmiechem, ale dzisiaj już nikomu nie jest do śmiechu, bo u źródeł rosyjskiego Drang nach Westen leży przekonanie o wrodzonej Rosjanom misji nawracania Europy na właściwą drogę. Przeciwko istnieniu tej misji świadczy nie tylko rzeczywista historia regionu, ekonomiczny rachunek tego pomysłu, a z pewnością i rachunek geopolityczny. 
Zwracając się przeciw Europie, Rosja staje sie bezbronna wobec Chin i świata muzułmanów. Jest pewnie ufna w to, że ma broń atomową, tyle, że Allach takiej broni się nie boi, a Chińczyków jest dziesięć razy więcej niż Rosjan. Wystarczy ich jeden wrogi ruch, by cała antyeuropejska krucjata Rosji rozleciała się jak domek z kart.To tylko jeszcze jeden dowód na to, że polityka, to splot aktualnych emocji, a nie prawdziwy geopolityczny rachunek racjonalności. Rosja ten rachunek zapłaci, ale i zapłaci go Bogu ducha winna Ukraina. 

Elementarna wiedza historyczna prowadzi do wniosku, że stolica dawnej Rusi, Kijów z całą pewnością nie był „kolebką Rosji”, a jego świętość dla prawosławia nie ma z samą Rosją wiele wspólnego. Rosyjskie pretensje do Kijowa, to następstwo późniejszej imperialnej ideologii, powstałej przez proste dorabianie faktów, po to tylko, by ukryć fakt, że Rosja nie tylko nie była kontynuacją dawnej Rusi Kijowskiej, ale od poczatku była tworem zupełnie nowym, wyrosłym poza obszarem jej oddziaływania. Jej tożsamość została zbudowana dzięki imperium mongolskiemu. Łaskawie jej nie unicestwili, a tylko podporządkowali i to tak dogłębnie, że nawet moskiewskie prawosławie uznawało wtedy chana w Karakorum za głowę moskiewskiej cerkwi. Kijów był uznawany za miasto święte z tej przyczyny, że najdowała się tam najstarsza stolica Rusi, założona jeszcze przez skandynawskich Waregów. O Moskwie nic tam nie wiedziano przez następne kilkaset lat. Pierwsza osada powstała w miejscu dzisiejszego Kijowa już w V wieku, kiedy nie tylko nie było jeszcze Rosji, ale i Rusi. Było to wielkie targowisko na trasie łączącej Skandynawię z Konstantynopolem. Ich książę – Kanugård, nazwany później przez ruską i rosyjską historiografię Olegiem Mądrym, uznał w 882 roku miasto za swoją siedzibę, czyniąc je miejscem ściągania danin od miejscowych Słowian. Tutaj miał miejsce chrzest wikińskiego księcia Valdemara, przez tę samą historiografię nazwanym Włodzimierzem Wielkim, a wydarzenie uznano za „chrzest Rusi”. Kolejny książę, Jarosław Mądry, wybudował w XI wieku Złotą Bramę, wzorowaną na Złotej Bramie murów Konstantynopola. Autor artykułu, dowodzący o tym, że rosyjską kolebką jest Kijów, nie dodał tego, że również imię Jarosław, nadane zostało dopiero przez potomnych.
 W rzeczywistości, był to książę normański o imieniu Jarisleif, a językiem kijowskiego dworu jeszcze przez kolejne pokolenia była skandynawska odmiana normańskiego, a nie ruski, czy rosyjski. Stolicą normańsko-ruskiego państwa Kijów był zresztą tylko do 1169 roku. Potem, jako już zupełnie prowincjonalne miasto znalazł sie granicach Litwy, by po Unii Lubelskiej stać się kresowym miastem Korony. 
Drugą uznaną świętością Kijowa jest Ławra Peczerska, zespół monastyrów, których budowę również rozpoczęto w czasach normańskich, rozbudowując je w okresie Wielkiego Księstwa Litewskiego i Rzeczypospolitej Obojga Narodów w stylu „baroku kozackiego”. Pierwszy z nich powstał w roku 1051. 
Sam Kijów, jako moskiewska enklawa na prawym brzegu Dniepru, przeszedł w rosyjskie władanie dopiero w 1686 roku i to nie bezpośrednio, ale w ramach i w granicach Hetmanatu Kozackiego. Jego autonomia przestała praktycznie istnieć dopiero w I połowie XVIII wieku, za czasów Piotra I. Innymi słowy, Ukraina straciła kozacką autonomię na rzecz Moskwy stosunkowo niedawno.

Trudno się dziwić, że wśród Ukraińców do dzisiaj żywa jest myśl o odmiennym kulturowym pochodzeniu ich kraju i narodu, niż korzenie samych Rosjan. Więcej, imponuje raczej trwałość tej tradycji poddanej przecież przez Rosję stuleciom eksterminacji. Ci, w ogóle nie uznają Ukraińców za odrębny naród, lecz tylko za Małorosjan – pośledniejszy gatunek Rosjan.
 Podobna wielkorosyjska propaganda stoi za mitem „bohaterskiego Sewastopola”. Andrzej Romanowski twierdzi, że „Sewastopol do dziś pozostaje symbolem chwały rosyjskiego oręża” i wyprowadza z tego wniosek o oczywistych prawach Rosji do Krymu. Jakiego rodzaju chwały? 
To również efekt propagandy. Rosjanie zajęli Krym dopiero w 1783 roku, kiedy nie mieszkali tam jeszcze Rosjanie, ale Tatarzy i Turcy, a sam Sewastopol powstał w miejscu miejscowości Achtiar – tatarsko-tureckiego ośrodka handlowego, istniejącego przez pięćset lat, ale Romanowski nie wzmiankuje o żadnych innych prawach do miasta, jak tylko rosyjskich. 

Okazuje się, że wielosetletnia „tatarskość” Krymu nie ma znaczenia, tak jak i jego wcześniejsza grecka przeszłość, ma je natomiast bardzo świeżego chowu „rosyjskość”. Trzeba też pamiętać, że owa „rosyjskość” Krymu jest następstwem nie tak dawnej (po II wojnie światowej) eksterminacji Tatarów krymskich przez Stalina oraz ich przymusowej wywózki. Tymczasem, wciąż słyszymy o bezdyskusyjnym prawie Rosjan do „ich” Półwyspu. 
Jak to się dzieje, że w kraju Unii Europejskiej są ludzie, którzy otwarcie uznają rosyjskie prawa do imperialności kosztem eksterminacji innych narodów? Jaka jest tego przekonania podstawa faktyczna, poza samym tylko manipulowaniem historią? 

Dodajmy, że owa „chwała rosyjskiego oręża” sprowadzała się do nieskutecznej obrony obleganego miasta w czasie wojny krymskiej (1853-56) oraz w II wojnie światowej, gdy – do czasu poddania miasta Niemcom – żołnierze Stalina bronili się przez 8 miesięcy. Obydwa oblężenia okazały się skuteczne, miasto dwa razy padło, a stronie rosyjskiej pozostał tylko mit bohaterstwa przegranych i hekatomba ofiar. Jest zrozumiałe, że każdy naród potrzebuje martylorogii budującej jego tożsamość, ale daleko stąd jeszcze do prawdziwej „chwały oręża”, tak samo, jak tego rodzaju chwałą nie szczyci się przecież tragiczny koniec Powstania Warszawskiego, chociaż miasto pozostało ostatecznie w polskich rękach. 
Warto też wiedzieć, że sewastopolska klęska w wojnie krymskiej spowodowana była zacofaniem technicznym Rosjan, nie zaś niedostatkiem męstwa. Gwintowanym karabinom zachodniej koalicji przeciwstawili broń gładkolufową starego typu oraz armię szkoloną w walce na bagnety, a nie bronią palną. Jak się okazuje, chwała chwale nierówna. 

Drugi front obrony Rosji pojawił się z jeszcze mniej spodziewanej strony. Gwałtownie negatywny komentarz do tekstu sprzed trzech tygodni („Gdy na całym świecie wojna”), przesłał Valery Amiel, Amerykanin o polskich korzeniach, były funkcjonariusz Banku Światowego w Waszyngtonie i konsultant wielu firm handlujących ze wschodem Europy. Zaskakuje przy tym nie tyle sam jego prorosyjski pogląd, bo Rosja ma przecież na Zachodzie wielu zwolenników robiących z nią wielkie interesy, ile jego gwałtowność. 

Abstrahuję od inwektyw skierowanych pod adresem krytykowanego tekstu ( np. „Co za rusofobijatyckie brednie!”), ważniejszy jest przypadek ujawnienia gwałtownej antyukraińskości przez człowieka, mieszkającego niemal całe życie na Zachodzie i jego ataku na zachodnią politykę w stosunku do Rosji. „Sfabrykowany przez Zachód – pisze Amiel – przewrót na Majdanie dał Putinowi nie tylko pretekst, by przyłączenie Krymu łatwo i skutecznie zabezpieczyć (…) lecz przy okazji i naprawić niewłaściwość, poczynioną odłączeniem rosyjskiego Krymu od Rosji przez Ukraińca Nikitę.(…) Zamiast wymyślać i zmyślać Rosjanom od Azjatów, może warto najpierw dla siebie znaleźć bardziej właściwe przymiotniki na uspokojenie. A wtedy na spokojnie, każdy nieobciążony umysł sam sobie uzmysłowi, jaką ogromną szkodę Zachód sobie wyrządza, gdy nie radząc sobie na tak wielu oczywistych frontach, otworzył nowy i sztuczny front przeciwko Rosji”. Daje się w tym odczuć jakiś żal za uszczerbkiem w interesach. W tym układzie nie razi już powołanie się na Kraszewskiego, że oto „Polak przed szkodą i po szkodzie głupi”. 

A może po prostu krajowiec interesy Polski z Rosją postrzega w innym swietle, niż mieszkaniec dalekiego Waszyngtonu? Rusofilia nie jest tylko zwykłą odwrotnością rusofobii, chociaż oznacza uczucia przyjacielskie oraz dostrzeganie w Rosji i Rosjanach pozytywów, świadcząc też o miłości do tego kraju, jego narodu i kultury. Agresywnej miłości do Rosji nie da się jednak wyjaśnić racjonalnie. Interesujące w tym jest to, że w potocznym znaczeniu słowo nie jest obciążone negatywnie na podobieństwo pojęcia rusofobii. Polonofilstwo, czy germanofilstwo, traktuje się trochę z przymrużeniem oka. Rusofilstwo, to jednak już nie żadne „filstwo”, ale poważne stanowisko polityczne i zjawisko mentalne. Przychodzi mi do głowy pewne wyjaśnienie, że oto przyczyną zadziwiającej i nieskrywanej do niedawna sympatii Zachodu do „wielkiej Rosji” (jestem przekonany, że do Rosji „małej” by jej już nie było), stała się również jej swoista symbolika. Pojawiła się w świadomości Europejczyków dopiero za panowania Piotra I i w stosunku do już wielkiego rozmiarami, chociaż zupełnie nieokrzesanego kraju. 
W zadziwiający sposób, ta nieokrzesana Rosja potrafiła szybko znaleźć swoje miejsce w „europejskim koncercie mocarstw”. Przyczyną tej zręczoności były jednak nie talenty Rosjan, ale to, że petersburska elita nie pochodziła z Rosji, często źle mówiła jej językiem, lecz była w znacznej większości niemiecka.

 Nieskrywanym germanofilem był sam car Piotr, twórca wielkości Rosji. Po zdobyciu na Szwedach niemieckojęzycznych Inflant, czerpał z nich zastępy kadr urzędniczych i wyższych wojskowych. Sama caryca Katarzyna II, nazwana Wielką, autorka rozbiorów Polski i wprowadzenia Rosji na europejskie salony, była stuprocentową Niemką, a na jej dworze częściej słyszało się wtedy język francuski i niemiecki, niż rosyjski. W ramach debat politycznych i dyplomacji, Rosja dorównywała Europie, a jednocześnie można było wyczuć od niej pewien odór dzikości. Jednak Europa jest przecież kobietą, więc uległa nie tylko samemu wrażeniu dzikości charakteru i niedźwiedziej siły Rosji, ale i widocznej sublimacji jej polityki zagranicznej. Ilustracją zjawiska może być emocjonalne znaczenie nadawane pojęciu „rosyjski niedźwiedź”. Wszyscy wiedzą, że niedźwiedź to groźny drapieżnik, najsilniejsze i najgroźniejsze zwierzę umiarkowanej strefy klimatycznej. Nawet mickiewiczowski Wojski był dumny z tego, że i on „na niedźwiedzia chodził”, a skóra tego zwierzęcia była uznawana za trofeum umieszczane w widocznym miejscu. Ale jednocześnie niedźwiedź, to też przytulanka, to miękki „misio”, najpopularniejsza zabawka dziecięca i najczęstszy bodaj bohater bajek. Ktoś „misiowaty” jest powszechnie uznawany za sympatycznego.

 Nie jestem pewien tego, czy Putin jest wystarczająco misiowaty, by go Zachód trwale polubił, ale jego Rosja misiowata być dla Zachodu jeszcze nie przestała, więc i uchodzą jej postępki, które innym krajom nie uszłyby na sucho. Okazuje się przy tym, że i w wielkiej międzynarodowej polityce znaczenie mają pozory, emocje i wrażenia, które mogą mieć wpływ nawet na sytuację miedzynarodową. Tyle, że na dłuższą metę, misiowatość nie jest wystarczającym warunkiem przetrwania. Pluszowe misie też kiedyś wędrują na śmietnik i nikt się temu specjalnie nie dziwi. Jeśli potraktujemy przypadek Rosji chłodno i naukowo, dojdziemy raczej do wniosku, że jej czas się kończy i dowodem na to jest to, co właśnie czyni, wbrew swoim oczywistym interesom. 

Logika tymczasem podpowiada, że jeśli coś jest z czegoś ostatnie, to z całą pewnością zniknie, tyle, że uczyni to właśnie jako ostatnie. A Rosja jest ostatnim tworem państwowym o tradycyjnie i achronicznie rozumianych ambicjach imperialnych. 
Z tych wszystkich przyczyn, Zachód nie ma w pełni realistycznego spojrzenia ani na Rosję, ani na wschód Europy. 
Historia regionu sprawiła, że nie istnieje dla niego jeszcze „problem Ukrainy”, jest tylko „problem Rosji”.
 Sprowadza się on zresztą do odgadywania, jakie są jej ostateczne zamiary i na ile pozwolić jej te zamierzenia realizować. Sytuacja przywodzi na myśl dziewiętnastowieczne wojny bałkańskie, które dla tamtejszych narodów były wyzwoleniem od tureckiej okupacji, ale dla Zachodu sprowadzały się do pytania: dopuścić Rosję do władania tureckimi cieśninami, czy do tego nie dopuścić? Wszystko inne było już tylko następstwem tej gry. 

W rezultacie, rejon Bosforu i Dardaneli został zdemilitaryzowany i poddany zachodniej kontroli, ale z chwilą, kiedy powstała szybko europeizująca się Republika Turcji, oddano je Ankarze. Tak pozostało do dzisiaj, a rosyjskie tęsknoty zdobycia „Drugiego Rzymu” ograniczyły się do marzenia o ponownym panowaniu nad Morzem Czarnym. Nad Morzem Śródziemnym, pozostał Rosji już tylko wąskim pasek wpływów wybrzeża Syrii Assada. Zachód nie może sobie z Rosją poradzić nie z tej przyczyny, że jest tak silna, ale dlatego, że „od zawsze” dominuje tam jej wysoce romantyczny obraz. Zachodnie mocarstwa, od czasów Iwana Groźnego zachowywały się w stosunku do Rosji jak gorącokrwiste panny, z których jedne nie kryły ciekawości, jak to może być z włochatym niedźwiedziem, a inne tylko nie chciały tej ciekawości ujawnić. Reszta była już wtórna, a racjonalność tych namiętności spychana na plan dalszy. 

Dzisiaj, w tak zwanej kwestii Ukrainy, można dostrzec echo tych samych sentymentów. Słusznie, że polski rząd się w to nie zamierza wdawać, bo w tym „konkursie piękności” Polska szans nie ma. Z rosyjskiego punktu widzenie jest za mała i zbyt filigranowa. Rosyjski niedźwiedź woli obiekty obdarzone obfitszą figurą i jakimś rodzajem słabości charakteru, czego akurat Polsce brakuje.
 Spektakl rosyjskiego udawania, że ich kraj nie ma nic wspólnego z oderwaniem Krymu i walkami toczącymi się wokół Doniecka i Ługańska, prowadzi do zadania pytania o to, jakie są tego działania granice. Teoretyczna odpowiedź jest prosta: Rosjanie będą pomniejszali terytorium Ukrainy tak daleko, jak im na to pozwoli Zachód nie dostarczając wystarczającej pomocy rządowi w Kijowie. 

Kiedy politycy zachodni dojdą do wniosku, że Rosjanie nabrali już wystarczająco wiele terenu i trzeba ich w tym zatrzymać? Wiele wskazuje na to, że Zachód samego już Kijowa wziąć nie pozwoli. Co do Odessy, pewności nie ma.To nie jest zresztą pytanie o politykę Zachodu względem Ukrainy, ale o głębokość myślowego niewolnictwa w tworzeniu obrazu Rosji. Ten jest natomiast zadziwiający, bo tkwi w przekonaniu, że Rosja jest tworem nie tylko wielkim, ale też wiecznym. Powstaje jednak wrażenie, że w tej sprawie i w samej Rosji budzi się niepokój. Czy Rosja dożyje końca XXI wieku? Stawiam rosnący kurs dolarów przeciwko arbuzom, że w obecnej formie z całą pewnością nie dotrwa.

30 sierpnia 2014

b. Armia b. Polski


Szokująca prawda o polskiej armii


Szokująca prawda o polskiej armii foto: Wikimedia Commons/CC
Ludzie piszą – „Służę w wojsku blisko 25 lat, byłem na misji w Iraku i Afganistanie i takiego picu i bajeru to nawet za komuny nie było. Powiem polska armiaszczerze – mamy na 100 tyś. armię tylko 20 tyś. żołnierzy pod bronią – ponieważ 80 tyś. przerzuca się papierami i większość z nich nie trzymała broni w ręku od lat. 7 lat temu mieliśmy blisko 500 tyś. armię w tym 50 tyś. urzędników wojskowych- więc pod bronią było 450 tyś, ale minister Klich generałom kazał zrobić reformę więc zrobili: – zwolnili 300 tyś. żołnierzy służby zasadniczej do domu i blisko 100 tyś. zawodowych z jednostek bojowych. – zwiększyli 3 krotnie urzędników wojskowych, którzy przerzucają się papierami np: kiedyś była logistyka jednostek wojskowych więc równolegle powołano wielotysięczny Inspektorat Wsparcia, który dubluje logistykę, a żeby było mało powołano Wojskowe Oddziały Gospodarcze które również dublują logistykę – tym sposobem dziesiątki generałów i tysiące pułkowników siedzą nad papierami i przybiją pieczątki logistyce jednostek.
– Stworzono tysiące etatów tak niezbędnych wojsku jak: psycholodzy, pedagodzy, księża, wychowawcy, socjolodzy itp – zwiększono ilość etatów generalskich – mamy ich więcej niż armia USA, a nawet więcej niż 20 mln. armia Chin !!! – pozostawiono dla picu 20 tyś. żołnierzy z jednostek liniowych – którzy w kółko jeżdżą na misje – niektórzy byli po kilka razy, i ci ludzie nie będą w stanie obronić 1 województwa, a co dopiero całego kraju. Obecnie w telewizji – zauważyliście -pokazuje się świetny sprzęt – OK, tylko zwróćcie uwagę, że nie pokażą Wam ich ilości – a jest tego po kilkanaście/ kilkadziesiąt egzemplarzy na całą Polskę. W picu jesteśmy mistrzami świata tylko 20 tysięczną armią ludzi pod bronią i świetnym sprzętem, ale w śmiesznych ilościach po kilkadziesiąt sztuk nie obronimy się przed Białorusią i Ukrainą o Rosji nie mówię (ich jedna ze 100 dywizji liczy więcej żołnierzy i sprzętu niż nasze 20 tyś. wojsko). Przypominam w naszej 100 tyś. armii , 80 tyś. biurokratów wojskowych nie potrafi walczyć chyba, że z kwitami! Jak się zainteresujecie, to dowiecie się, że identyczna sytuacja była tuż przed rozbiorami Polski.”

Islamiści pokazują teraz swoje oblicze w Iraku i nie tylko tam – Totenkopf oraz Einsatzgruppen pod egidą USA i Anglików osiągnęli swój cel, wyszkolili super zbrodniarzy nad którymi stracili kontrolę. To są fakty.
Darek
źródło: Dziennik Polski

DLA PORÓWNANIA:
 Mil.no
Norwegian military bases 

29 sierpnia 2014

"Polska" po 23.VIII.1939 * Wspomnienie







Fragmenty wspomnień córki dr. Czernego, pani Jadwigi Schmidt (ur. 1897; zm. 1983),
które otrzymałem od jej wnuka, p. Mateusza Schmidta.

Wielkie Oczy, 3 maja 1943

Po kilku latach przerwy (a może i kilkunastu?) wracam znowu do pisania pamiętnika. Skłania mnie do tego wielka wojna szalejąca od września 1939. Właściwie powinnam była zacząć pisać ten pamiętnik z chwilą wybuchu wojny. Miałam też kilkakrotnie zamiar w pierwszych miesiącach wojny to czynić. Po burzliwym jednak pierwszym miesiącu wojennym, gdy nastały dni trochę spokojniejsze, a życie zaczęło być względnie „uregulowane” i gdy myśl pisania pamiętnika miała się urzeczywistnić, stanęły temu na przeszkodzie trudne warunki istnienia [...] pod rządami ZSRR. W każdej chwili do domu mogli wejść NKWD-yści z rewizją, a szczerze napisany pamiętnik mógł dać powód do uwięzienia autorki i wywiezienia całej rodziny do Kazachstanu. Starałam się więc tylko wszystko zapamiętać z zamiarem opisania tego kiedyś później. Tak schodziły miesiące i lata. Po ustąpieniu Sowietów znów się jakoś mi nie składało do rozpoczęcia pisania. Nawał pracy, uszczuplone mieszkanie, brak swobodnego kąta itp. Dziś dopiero, w czwartym roku wojny, gdy wypadki wojenne toczą się szybko, a nowe zmiany powodują refleksje, postanowiłam ostatecznie zabrać się do pisania. Piszę ten pamiętnik z myślą o moich dzieciach, którym może miło będzie wziąć go kiedyś do ręki i odświeżyć nasze wspólne wspomnienia; piszę go również z myślą o moim ukochanym Bracie1, tak obecnie dalekim od nas; wierzę, że wróci kiedyś do Ojczyzny i dla niego chcę zachować jak najwierniej wszystkie nasze wspomnienia i przeżycia. Zaczynam w ciężkim dla nas okresie. Może zanim w porządku chronologicznym zdarzeń dojdę do chwili obecnej, nastąpią jakieś szczęśliwe zmiany i będę może mogła zapisać tu rychło błogą wiadomość o zakończeniu wojny, o powrocie Staszka, itp. Pisząc te moje wspomnienia upraszam Ducha Świętego o pomoc, abym to, co chcę wyrazić, wyraziła wiernie i dokładnie, a w sądach swych nikomu nie uczyniła krzywdy.


Rodzinne zdjęcie Czernych na tle rodowego dworku (dziś już nie istniejącego) w Wielkich Oczach - rok 1927.

Od lewej stoją: dr Józef Schmidt (zięć Karola Czernego), Stanisław Czerny (syn Karola Czernego), dr Karol Czerny  i Wiktor Espenhan (kolega Stanisława Czernego);

Od lewej siedzą: Jadwiga Schmidt, z d. Czerny (autorka pamiętnika, córka Karola Czernego), Bronisława Czerny z d. Dziubińska (żona Karola Czernego), NN (znajoma Stanisława Czernego);

Dzieci od lewej: Adam Schmidt, Andrzej Schmidt, Wacław Schmidt i Władysław Schmidt (dzieci Jadwigi i Józefa Schmidtów).



Rok 1939 smutno się zaczął dla naszej rodziny. Mamusia moja [...] skonała. Było to 9 lutego 1939 roku. [...] Po śmierci Mamusi Ojciec pozostał w dawnym mieszkaniu przy placu Bernardyńskim 10, ale zmniejszył je o 2 pokoje, część mebli zaś wywiózł do Wielkich Oczu. Urządzenie salonu i piękny fortepian Bösendorfera podarował Staszkowi. Staszek postanowił porzucić posadę w Ministerstwie Rolnictwa w Warszawie i przenieść się na stałe z żoną i córeczką do Wielkich Oczu, celem objęcia administracji majątku Tatusia. Uczynił to istotnie w marcu. Na mieszkanie wybrał sobie budynek tzw. oficyny, który zaczął odpowiednio przerabiać i odremontowywać. W lipcu przyjechaliśmy do Wielkich Oczu na wakacje. Adaś był już po maturze licealnej, którą zdał w maju. Lato było przepiękne, pogodne i gorące. Władek i Wacek pojechali 27 czerwca na obóz harcerski do Bereziec koło Krzemieńca, bawili tam cztery tygodnie. W lipcu Jędruś wyjechał na obóz Przysposobienia Wojskowego do Pasiecznej. W drugiej połowie lipca byliśmy już wszyscy razem w Wielkich Oczach. Niepokoiły nas ciągłe przewidywania wybuchu wojny między Polską a Niemcami. Przewidywania te trwały od wiosny, w lecie zaś przybierały na sile i zaczynały się konkretyzować. Do ostatniej jednak chwili nie wierzyliśmy, aby wojna naprawdę wybuchła. Ogłoszenie mobilizacji przy końcu sierpnia 1939 r. zaniepokoiło nas, ale nie odebrało nadziei na możliwość pokojowego załatwienia konfliktu polsko-niemieckiego. Mobilizacja nie tyczyła się ani Staszka, ani żadnego z moich chłopców. Adaś odjechał do Lwowa na kurs przygotowawczy do egzaminu wstępnego na Politechnikę.
W dniu 1 września 1939 r. około godziny 11 przed południem dowiedzielismy się przez radio o wybuchu wojny i pierwszych działaniach wojennych. Nad Wielkimi Oczami przeleciały pierwsze bombowce niemieckie lecące nad Lwów. Po południu rozmawialiśmy telefonicznie z Adasiem i Bojarskimi. Halka Bojarska, która bawiła w Wielkich Oczach, niepokoiła się o rodziców i siostrę, my o Adaśka i rodzinę Juneczka. W sobotę 2 września Staszek pojechał swym fiatem do Lwowa do przeglądu aut. Wrócił w niedzielę po południu przywożąc Adasia. Ucieszyliśmy się nim bardzo. W tym czasie Marysieńka rozchorowała się na grypę. Zaczęły płynąć wolno pierwsze ciężkie dni wojenne. Siedzieliśmy ciągle przy głośnikach. Niepokoiły nas ciągłe zarządzenia alarmów lotniczych na Lwów oraz niezrozumiałe dla nas komunikaty, np. „Uwaga, uwaga, nadchodzi, uwaga, uwaga, przeszedł”, albo „Tu Karol – pięć – papier”. Nad nami przelatywały w dzień i w nocy samoloty polskie i obce. Nie pamiętam już dobrze którego to było dnia (zdaje się w piątek 8 IX), wybraliśmy się z Juneczkiem na przechadzkę do lasu. Gdyśmy wracali przeleciały nad nami dość nisko bombowce niemieckie lecąc w kierunku Jaworowa. Po chwili usłyszeliśmy daleki głuchy huk. Później dowiedzieliśmy się, że rzucono bombę na Jaworów niedaleko bożnicy żydowskiej. W nocy z piątku na sobotę przyjechał autem kolega Staszka z chóru technickiego, oficer, p. Karol. Przywiózł fatalne wiadomości. Nazajutrz odjechał do Lwowa. Opanowało nas przygnębienie i niepewność co robić. Ja chciałam koniecznie wracać do Lwowa, Ojciec i Staszek byli przeciwnego zdania i radzili pozostać na miejscu. Pragnęłam się koniecznie wyspowiadać. Okazja się nadarzała, bo przyjechał ksiądz – uciekinier z Krakowa. W niedzielę 10 IX rano udaliśmy się na Mszę świętą. Odprawiła się nie w kościele parafialnym, ale w kaplicy SS. Boromeuszek. Po Mszy świętej wyspowiadałam się wraz z Marysieńką u księdza Misjonarza, poczem otrzymałyśmy Komunię świętą. Za powrotem do domu postanowiliśmy z Juneczkiem na wszelki wypadek spakować się i przygotować do drogi. Zastaliśmy we dworze kilka rodzin uciekinierów z zachodu. Zaczęłam pakowanie przerywane ciągłymi alarmami z powodu nadjeżdżających samolotów. Uciekaliśmy do aleji grabowej. Około południa przybyło do domu cofające się wojsko polskie. Roztasowało się w parku. Przybyli również nowi uciekinierzy, między innymi znajoma nasza, p. Jarnuszkiewiczowa z Jasła, z dziećmi. Miejscowe „władze” i urzędy wyjechały. Staszek ciągle twierdził, że pozostanie na miejscu. Przed wieczorem wojsko odeszło, ale znowu przyszły inne oddziały, zażądali owsa dla koni. Staszek poszedł z nimi do stodoły i po jakimś czasie wrócił i oświadczył Czarnusi aby się zaraz zbierała, gdyż wyjeżdżamy do Lwowa. Ja byłam już spakowana. Część rzeczy miałam zabrać ze sobą, część złożyłam do dużego kosza i poleciłam odwieźć do p. Macieja Runge, kowala dworskiego. Postanowiliśmy wspólnie, że Staszek z żoną, dzieckiem, siostrą żony Helką Bojarską i Ojcem pojedzie autem przez Jaworów do Lwowa. My zaś z całą rodziną oraz służącą naszą Karolą i służącą Ojca Gercią pojedziemy furami na Niemirów. Około godziny 8-mej wieczór Staszek wyjechał ze swoimi. Pożegnaliśmy się wyrażając nadzieję rychłego zobaczenia się we Lwowie. W jakiś czas po nich odjechaliśmy we trzy wozy. Przyłączył się do nas bł. p. dr Grünseit2 z Wielkich Oczu. Noc była ciemna. W dali nad Jaworowem widać było łunę. Jechaliśmy przez Żmijowiska i Drohomyśl. Juneczek oświecał drogę latarką elektryczną. Światło ściągnęło dwóch żołnierzy, którzy zatrzymali nas krzycząc, że nie wolno świecić, odebrali latarkę i chcieli zabrać jeden wóz z końmi. Na prośby Juneczka i moje odstąpili od tego zamiaru i przysiedli się do nas. W ostateczności przed Niemirowem opuścili nas zabierając ze sobą ukochany rower Adasia. Byli to rozproszeni żołnierze cofającej się armii. W jednym z nich chłopcy rozpoznali znanego sportowca z Poznania Genderę3. Dojechaliśmy wreszcie do Niemirowa-Zdroju posuwając się gościńcem niezmiernie wolno dla olbrzymiego natłoku wojskowych aut ciężarowych. Po ciemku weszliśmy do jakiejś willi, wskazano nam wolny pokój polecając nie zaświecać światła; ułożyliśmy się na łóżkach i wkrótce usnęli. Nazajutrz rano zbudził nas alarm lotniczy. Zebraliśmy się czym prędzej i podążyli do parku zdrojowego. Zapoznał się tam z nami dzierżawca jakiejś willi czy restauracji. Kazał nam u siebie dać herbaty i umówił się, że pojedzie z nami razem do Lwowa. Postanowiliśmy dzień przepędzić w Niemirowie-Zdroju, a pod wieczór wyjechać w dalszą drogę do Lwowa; dniem nie chcieliśmy jechać z powodu bombardowania gościńców. Istotnie pod wieczór ruszyliśmy znowu. Nie jechaliśmy jednakże głównym traktem, ale bocznymi drogami. W nocy zabłądziliśmy, zaczęliśmy kręcić się, jechaliśmy po jakichś okropnych wybojach, przez las, przez łąki, wreszcie wyjechaliśmy przez tor kolejowy na drogę do Janowa. W Janowie musieliśmy znów zboczyć z powodu zerwanego mostu. Droga dłużyła się. Noc była dość ciepła i pogodna. Nad ranem wyjechaliśmy na gościniec koło Domażyna. Stąd już jechaliśmy pewnie i dość szybko oczekując z niepokojem lada chwila ukazania się niemieckich bombowców. Przed samym Lwowem zleźliśmy raz z wozów i ukryli się na chwilę przed zbliżającym się samolotem. Do Lwowa wjechaliśmy bez przeszkód, gościniec był pusty! Zajechaliśmy pod nasze mieszkanie przy ulicy Sykstuskiej 52, oglądając po drodze ślady pierwszych bombardowań na ulicy Janowskiej. W domu zastaliśmy porządek, nasza długoletnia kucharka Honorcia była na miejscu.
[...] Dochodziły nas głuche wieści, że wojska sowieckie przekroczyły granicę i zbliżają się ku nam, mówiono o przemówieniu Mołotowa i wzięciu w „opiekę” ludności na „zachodniej Ukrainie”. Wreszcie nadszedł dzień 22 września. [...] Około godziny 1-szej w południe zaczęły przechodzić ulicami miasta pierwsze oddziały wkraczającego wojska bolszewickiego. [...]
A życie było coraz cięższe. Ciągle słyszało się o nowych aresztowaniach, to byłych oficerów armii polskiej, to sędziów, to wreszcie podejrzanych o należenie do „tajnych organizacji”. W lutym 1940 r. dokonano pierwszego wywozu do Kazachstanu. Zabrano głównie rodziny byłych policjantów i leśników (leśniczych, gajowych). Nasza służąca Karola powróciła z krótkiego pobytu w Wielkich Oczach, opowiadając o przerażeniu jakie ogarnęło ludność tamtejszą po pierwszym wywozie. [...]
30 czerwca 1941 wkroczyły do Lwowa pierwsze oddziały niemieckie. Po dziadowskiej „krasnej armii” robiły przepyszne wrażenie, szczególnie motocykliści w hełmach szturmowych wyglądali wspaniale, maszyna i człowiek tworzyły jedną całość, jakby z metalu. Ludność (zwłaszcza ukraińska) witała ich okrzykami. [...]
Zbyszek Skalski pojechał do Wielkich Oczu do rodziny. Po tygodniu powrócił na rowerze w towarzystwie Adama, brata Juneczka, którego wojna zastała w Bożej Woli. Zbyszek namawiał bardzo chłopców na przyjazd na wieś. Ponieważ Adaś na razie nie mógł, gdyż pracował już w warsztacie objętym przez HKP (Heereskraftfahrpark), więc pojechali ze Zbyszkiem Andrzej i Władek. Po kilku godzinach jednak powrócili. Było to 12 lipca, chłopcy dojechali szczęśliwie na rowerach do Janowa. Tutaj zatrzymał ich posterunek milicji ukraińskiej. Zrewidowano im plecaki, zabrano książkę i słownik angielski, jakiś wiersz, który miał Władek, luźny łańcuch do roweru i paszporty sowieckie. Uznano ich za bardzo niebezpiecznych angielskich szpiegów i zamknięto do więzienia strasząc nienabitymi (!) karabinami. Chłopcy zachowali spokój, a nawet dobry humor. Sytuacja była tragikomiczna. Milicjanci mieli niekłamaną ochotę rozstrzelać „szpiehunów”. Na szczęście nadjechał oficer SS, któremu całą sprawę przedstawiono. Przed nim też i chłopcy rozgadali się wykazując głupotę „bohaterskich” milicjantów. Oficer po wysłuchaniu całej sprawy kazał zwrócić chłopcom rowery. Zbyszek odjechał zaraz do Wielkich Oczu, a nasi do Lwowa, ale bez paszportów, po które mieli się nazajutrz zgłosić we Lwowie w SS przy ul. Pełczyńskiej. Ale ani nazajutrz ani w dni następne nie otrzymali paszportów, a w komendzie SS w ogóle o całej tej sprawie nic nie wiedziano. Przestali się więc w końcu dopytywać, a w miejsce straconych paszportów wyrobili sobie odpowiednie zaświadczenia od zarządu kamienicy. Wkrótce potem Władek otrzymał pracę przy rozbiórce zniszczonych przez bomby domów przy ul. Sykstuskiej. Nosił cegły, wywoził gruz, itp. Wacek pojechał wraz z Karolą furą do Wielkich Oczu, dokąd zajechał szczęśliwie, i zamieszkał u państwa Domińskich, którzy go bardzo serdecznie przyjęli. Po jakimś czasie pojechał tam Andrzej z Jankiem Górakiem na dwutygodniowy wypoczynek, a wreszcie Adaś. Przy końcu września byli już znowu wszyscy we Lwowie. Teraz chłopcy zaczęli nas namawiać, abyśmy koniecznie z Marysią pojechali do Wielkich Oczu. Marysia bardzo źle wyglądała od wybuchu wojny w r. 1939, ogromnie zeszczuplała i przybladła. Znajomi zatrzymywali mnie na ulicach pytając, co się z dzieckiem dzieje. Sąsiadka nasza, pani Spirowa, ofiarowała Marysi u siebie obiady, przyjęłam to z wdzięcznością, bo istotnie nie byłam w stanie dać jej odpowiedniego odżywienia. Przez cały miesiąc Marysieńka korzystała z tych obiadów. Adaś starał się tymczasem o auto, które by nas zawiozło do Wielkich Oczu. Ja z początku nie miałam ochoty jechać, ale gdy warunki bytowania stawały się coraz trudniejsze, a zwłaszcza gdy zaczęło dokuczać zimno w mieszkaniu, postanowiłam nie sprzeciwiać się i skorzystać z najbliższej okazji. Wraz z nami miał też pojechać mój Ojciec, dla którego p. Runge zapewnił pomieszczenie w klasztorze SS. Boromeuszek. Na koniec nadarzyła się okazja: próbna jazda małej ciężarówki wyremontowanej właśnie w warsztacie Adasia. Dnia 26 listopada 1941 opuściliśmy Lwów. Była piękna słoneczna pogoda, ale mróz -10°C! Zajechaliśmy na miejsce szybko i szczęśliwie. Adaś odwiózł nas, Władek i Andrzej pozostali we Lwowie, Wacka powitaliśmy w Wielkich Oczach, dokąd przybył ponownie na miesiąc przed nami. Dziadzio zajechał do pp. Rungów, skąd udał się do klasztoru SS. Boromeuszek. My zajechaliśmy do pp. Domińskich. Domińscy przyjęli nas bardzo serdecznie, oddali nam do użytku najpiękniejszy pokój, jasny, miły i ciepły, zaraz też nakarmili lwowskich „głodomorów” jak należy. Marysi na widok smażonych wiśni rozjaśniła się buzia! Przyjechaliśmy z zamiarem pozostania tutaj około czterech tygodni, przed Bożem Narodzeniem postanowiliśmy wrócić do Lwowa. Adaś obiecał nam, że na ten czas postara się o auto. Po krótkim odpoczynku Adaś odjechał do Lwowa, a my pozostaliśmy we Wielkich Oczach. Tak zaczęła się nowa faza naszego wojennego bytowania. Majątki, które bolszewicy odebrali właścicielom i „znacjonalizowali” nie zostały przez władze niemieckie na razie zwrócone, ale jako Staatsgüter (dobra państwowe) oddane w zarząd specjalnemu urzędowi tzw. Liegenschaftsverwaltung. Na czele każdego poszczególnego majątku stał zarządca (Betriebsleiter) obok niego sekretarz lub buchalter (Rechnungsführer). Kilka majątków podlegało Oberverwalterowi, a ten znów zależny był od Oberleitungu, a wreszcie od Kreisoberleitungu we Lwowie. Wielkie Oczy naturalnie uległy temu samemu zarządzeniu. Zarządcą majątku był sąsiad nasz, p. Janicki. Mieszkał on na razie w gorzelni. Zaraz po naszym przyjeździe odwiedził Dziadzia w klasztorze i okazał się bardzo grzecznym i względnym. Pan Runge pomagał mu w zarządzie majątkiem (na polecenie Dziadzia), obaj przyrzekli nam pomoc, naturalnie w granicach swej możliwości. Życie nasze było bardzo przyjemne i wygodne. Gospodarstwo nic nas nie obchodziło, mieliśmy dużo wolnego czasu. Codziennie odwiedzaliśmy Dziadzia w klasztorze i oddawaliśmy się wspólnej głośnej lekturze (przeczytaliśmy, między innymi, także „Mein Kampf” Adolfa Hitlera.) Po południu odbywałam lekcje z Marysią. Chodziliśmy na przechadzki, czytaliśmy książki, słowem wypoczywaliśmy odżywiając sie przytem znakomicie. Czas upływał szybko. Boże Narodzenie zbliżało się, ale Adaś nie mógł w żaden sposób dostać auta, aby nas zabrać do domu. Do tego zima była ciężka. Postanowiliśmy więc za zachętą pp. Domińskich Święta spędzić na wsi, a nawet i całą zimę tutaj pozostać. Święta były bardzo miłe. Smutno nam było tylko, że u wigilijnego stołu brakło Adaśka, Jędrusia i Władzia. W Święta odwiedzaliśmy naszych wielkoockich przyjaciół i wszędzie byliśmy gościnnie podejmowani. Marysia miała też w domu choinkę, na którą zrobiła sobie trochę ozdób, a z klasztoru dostała pierniczki i jabłka. Po Świętach zaczęły się silne mrozy. O powrocie do Lwowa nie było co myśleć, zresztą było nam tu tak dobrze i beztrosko, że nie śpieszyliśmy się wcale. Tak zeszło aż do wiosny. W marcu odwiedził nas Władek, a potem na imieniny Juneczka przyjechali Adaś i Jędruś. Pociąg jaworowski już kursował i można by było wrócić do Lwowa, ale postanowiliśmy wspólnie z pp. Domińskimi, że wrócimy nie prędzej jak po Wielkanocy, tj. w połowie kwietnia. Wielkanoc spędziliśmy więc znów w domu pp. Domińskich. Uczestniczyliśmy we wszystkich nabożeństwach i ceremoniach Wielkiego Tygodnia i w Rezurekcji odprawionej w Wielką Niedzielę o świcie. Na święta różni życzliwi ludzie obdarzyli nas bardzo chojnie. Dostałam (podobnie jak i na Boże Narodzenie) bułki, chleby, masło, mąkę i aż 90 jaj! Żałowałam bardzo, że nikt z dzieci ze Lwowa nie przyjechał, byłabym mogła podzielić się z nimi temi darami bożym. Po Świętach pojechałam do Lwowa, dla odwiedzenia dzieci, a także dla załatwienia swojej sprawy, podałam się bowiem o posadę sekretarki w Liegenschafcie. Sprawy tej nie załatwiłam pomyślnie (Bogu dzięki!) i zabawiwszy parę dni we Lwowie wróciłam na wieś. We Lwowie zorientowałam się, że nie mamy tam po co wracać. Brak dochodów przy wielkiej drożyźnie i trudnościach aprowizacyjnych zapowiadały dla nas życie bardzo ciężkie. Wróciłam więc z tym postanowieniem, że musimy pozostać w Wielkich Oczach. Wkrótce też ułożyliśmy plan. Od Liegenschafta wynajęliśmy mieszkanie wraz z dużym ogrodem w domku, który był również przynależnością folwarku, a w którym przed wojną mieściła się poczta i posterunek policji. Postanowiliśmy żyć jak się da, ale już „na swoim” gdyż nie mogliśmy nadużywać niezmiernej gościnności pp. Domińskich. Sprowadziliśmy trochę najkonieczniejszych mebli i naczyń ze Lwowa i dnia 12 maja 1942 zamieszkaliśmy w naszej „willi” naprzeciw gorzelni i młyna. Przy pomocy p. Domińskiej i nieocenionej „Cioci Polci” Sroczyńskiej uprawialiśmy ogród. Ciocia Polcia ofiarowała się pomagać nam bezinteresownie w gospodarstwie. Była to dawna gospodyni z klasztorów Dominikanów, osoba starsza, dość inteligentna i bardzo poważana w Wielkich Oczach. Przychodziła odtąd do nas codziennie pomagając w domu i w ogrodzie i nadając całemu naszemu gospodarstwu właściwy rozmach i kierunek. Powoli przyzwyczailiśmy się do naszego nowego pomieszkania. Marysia chodziła do szkoły (otwartej po epidemii tyfusu od marca 1942) Juneczek pracował trochę w leśnictwie na Szczeblach. Chłopcy ze Lwowa zaczęli nas coraz częściej odwiedzać. Na Zielone Święta przyjechali Andrzej i Właduś. Andrzej wyznał mi wówczas, że jest zakochany. Umiłowana jego nazywa się Helena Wacha, jest sierotą po matce, którą właśnie straciła. Andrzej pragnąłby ją koniecznie przywieźć do nas, aby po przebytych cierpieniach odpoczęła i nerwowo się uspokoiła. Przyjęłam to oświadczenie Andrzeja bardzo życzliwie; po rozmowie z Juneczkiem postanowiliśmy wziąć tę panienkę do nas. Ja wkrótce też pojechałam do Lwowa, aby ją poznać osobiście. Lutka albo Lusia bardzo dobre zrobiła na mnie wrażenie. Miłej powierzchowności, ale nie piękność, naturalna, nie wymalowana, skromnie ubrana, cicha, małomówna, podobała mi się. Prosiłam ją też, aby do nas przyjechała, a może znajdzie w Wielkich Oczach lub na Szczeblach jakąś pracę, której bardzo pragnęła. Istotnie dnia 22 czerwca przyjechała Lusia w towarzystwie Adasia i Andrzeja. Od tej pory przebywa już u nas z małymi przerwami, kiedy musi wyjeżdżać do lekarza do Lwowa. Przyjazd Lusi wzbudził w naszych plotkarskich Wielkich Oczach niemałą sensację. Niektórzy ludzie byli zgorszeni, że my będąc sami w trudnych warunkach wzięliśmy sobie jeszcze jedną osobę na utrzymanie. Inni ostromoralni obywatele gorszyli się znów tym, że Lusia i Andrzej spacerują razem. W lipcu Juneczek dla jakiejś sprawy pojechał do Krakowca do sądu. Tam zaczęto go bardzo namawiać, aby otworzył kancelarię w Krakowcu, gdzie jest tylko jeden adwokat. Juneczek zapalił się bardzo do tej myśli i pomimo protestów z mojej strony zaczął czynić starania o przeniesienie swej dawnej kancelarii ze Lwowa do Krakowca. Jakoż starania te zostały uwieńczone skutkiem i z dniem 20 sierpnia Junuś otworzył kancelarię i zamieszkał w Krakowcu w domu notariusza, p. Mieczysława Wittemberskiego. Na sobotę i niedzielę zwykle przyjeżdżał do nas furą, która woziła mleko do kooperatywy. Niestety parę razy zdarzyło się, że fura ta wyjechała niespostrzeżenie i Juneczek szedł piechotą 8 km. To zaszkodziło mu bardzo na astmę i na serce i w przyszłości miało mieć fatalne skutki. Na razie Junuś był ze swej pracy bardzo zadowolony, zarabiał też dość dobrze i cieszył się, że może znów pracować i utrzymywać rodzinę. Z wielką również radością posłał mi na imieniny 15 X kwotę 50 zł. Pisząc w serdecznym liście, że znów po paru latach może posłać mi od siebie swoje własne, zarobione pieniądze.
W październiku byłam przez parę dni we Lwowie. Po powrocie dowiedziałam się, że Władek, który od czerwca pracował na Korczunku jako stróż nocny, został obecnie sekretarzem czyli tzw. Rechnungsführerem. Była to korzystna zmiana i bardzośmy się tą wiadomością ucieszyli, bojąc się tylko trochę odpowiedzialności. Jesień tego roku była piękna i słoneczna. W dniu 1 listopada pogoda była prześliczna i było ciepło, braliśmy udział w procesji na cmentarz. Juneczek w Krakowcu mieszkał w pokoju nieopalanym, przeziębił się też bardzo i w listopadzie wrócił do nas do Wielkich Oczu na stały pobyt, z czego byliśmy bardzo radzi. Przyjechał ogromnie przeziębiony i kaszlał silnie. Ten kaszel bardzo szkodliwie wpływał mu na serce i powodował duszność. Na Boże Narodzenie, a raczej w dzień wilji przyjechał Adaś i Andrzej z Lusią. Znowu byliśmy wszyscy razem i razem z dziadziem zasieliśmy do wigilijnej wieczerzy. Mieliśmy piękną choinkę i kolendowaliśmy wesoło. Wieczerza wigilijna była obfita i urozmaicona. W nocy poszliśmy na pasterkę, było ogromnie pięknie i nastrojowo. Święta przeszły bardzo przyjemnie. W styczniu 1943 Andrzej i Lusia pojechali do Lwowa i bawili tam cały miesiąc. Tymczasem stan zdrowia Juneczka zaczął się pogarszać, astma robiła widoczne postępy. W dniu 2 lutego udaliśmy się z wizytą do leśniczego, na Szczeble. Junuś ledwie, że tam doszedł (3-4 km), w drodze przystawał, kaszlał i brakowało mu tchu. Wróciliśmy do domu saniami. Mniej więcej od połowy lutego stan Juneczka pogorszył się tak, że musiał on przestać chodzić codziennie do Komunii świętej. Przyszły dni ciężkie. Junuś dostawał duszności przy każdym wysiłku, w nocy kaszlał strasznie. Zaczął też gwałtownie chudnąć. Wkrótce tak się zmienił, że ludzie zaczęli na to zwracać uwagę. Pochylił się, przygarbił i postarzał. Lekarka w Krakowcu, dr Dziulikowska, zaniepokoiła się stanem serca. Stwierdziła astmę sercową przy równoczesnym zajęciu oskrzeli. Miesiąc marzec był dla Juneczka szczególnie ciężki. W kwietniu przed Wielkanocą postanowiliśmy wspólnie z Juneczkiem (a za Jego inicjatywą), aby dzieci nasze pożenić. Ponieważ Lusia i tak od czerwca już faktycznie mieszkała przy nas, więc właściwie nic by się nie zmieniło i żaden ciężar ani kłopot nam by nie przybył, a ludzkim złośliwym gadaniom położyłoby się kres. Zaproponowaliśmy to Andrzejowi i Lusi, a oni chętnie się zgodzili. Postanowiliśmy dać na zapowiedzi przed piątą niedzielą Wielkiego Postu i w tym celu Juneczek raz z młodą parą i dwoma świadkami (Dziadziem i p. Uchwatem) udali się do proboszcza4. Niestety proboszcz odmówił przyjęcia zapowiedzi w czasie postu tłumacząc się, że byłoby to gorszące (!), gdyby je w tym czasie wygłosił i że teraz jest tzw. tempus clausum. W jakiś czas potem powiedział Juneczkowi, że dziwi się jak my możemy na coś podobnego pozwolić, że Andrzej jest przecież jeszcze taki młody, że należałoby go przełożyć przez kolano i dać mu w skórę, a zapędzić do nauki itp. Juneczek odpowiedział na to wszystko wyjaśniając powody, które nas do tego skłoniły, rozmowa ta bardzo go zdenerwowała i pogorszyła stan Jego zdrowia tak, że z trudem doszedł z kościoła do domu. Przed Świętami Wielkanocnymi Juneczek przystąpił w środę Wielkiego Tygodnia do wielkanocnej Spowiedzi i Komunii świętej. Było to dla Niego bardzo trudną rzeczą, gdyż musiał pójść na czczo i bez zażywania lekarstw. Bóg dał mu jednak przedtem noc spokojną, bez silnych ataków kaszlu tak, że mógł dopełnić tego najważniejszego obowiązku. Na Święta znów byliśmy w pełnym gronie rodzinnym. Było bardzo przyjemnie i wesoło. Junuś czuł się nieźle, tak że nawet poszedł na dwie wizyty do pp. Domińskich i Rungów. W kwietniu uruchomiono w Wielkich Oczach gorzelnię i udało się nam umieścić tam naszego Wacka jako praktykanta gorzelnianego. Pracował on przedtem na folwarku Wielkie Oczy, a później Korczunek, jako pomocnik kowala, praca ta jednak nie mogła mieć żadnego znaczenia dla jego przyszłości, była ciężka i niszczył w niej bardzo ubranie. Co innego praktyka w gorzelni, która mogła stać się zaczątkiem fachowego wykształcenia w tym kierunku. Co do Andrzeja i Lusi to obecnie nie śpieszyli się bardzo z daniem na zapowiedzi postanowiwszy, że ślub wezmą 13 czerwca na Zielone Święta. Ks. Proboszcz dawał znać przez różne osoby, że teraz już zapowiedź przyjmie, ale postanowiliśmy dać mu jeszcze trochę poczekać. Wreszcie w maju, na trzy tygodnie przed Zielonymi Świętami, Andrzejkowie w towarzystwie świadków zgłosili się ponownie w urzędzie parafialnym i załatwili formalności bez udziału Tatusia, który miał później swą pisemną zgodę przedłożyć. Zezwolenie to potrzebne było z tego powodu, że Andrzej nie miał jeszcze ukończonych 21 lat. Juneczek miał się lepiej, przyjmował nawet zgłaszających się doń klientów, a nawet czasem wyjeżdżał na rozprawy do Krakowca. Ciągle myśleliśmy o wyjeździe do Lwowa do lekarza-specjalisty, na to trzeba było jednak odpowiednich warunków, aby Juneczek w tym stanie zdrowia mógł odbyć taką podróż. Robiono nam kilkakrotnie nadzieję na auto, nie mogliśmy się jednakowóż tego auta doczekać. Czas upływał i dzień ślubu Andrzeja i Lusi zbliżał się szybko. Martwiłam się, czy będę mogła urządzić im jakieś tzw. „przyjęcie”, zwłaszcza, że na ślub miał przyjechać brat Lusi, jej siostra oraz paru kolegów Andrzeja. Oddałam swe troski Bogu przez przyczynę św. Antoniego, w dniu święta którego ślub miał się odbyć. Wszystko udało się nadspodziewanie dobrze. Dostałam w prezencie mąkę pszenną, szynkę, bułkę, ciastka itp. Upiekliśmy w domu bułeczki, ciastka, zrobiliśmy pokaźną ilość kanapek i „przyjęcie” udało się nadspodziewanie. Z zapowiedzianych gości przyjechał tylko Adaś, Janek Górak oraz brat Lusi Staszek i jej siostra Jadzia. Prócz tego na „weselu” mieliśmy i innych gości. Państwo młodzi spowiadali się we Lwowie, a do Komunii św. przystąpili w czasie prymarii w niedzielę 13 VI. Po prymarii odbył się ślub. Lusia bardzo ładnie wyglądała, a Andrzejek również pięknie się przedstawiał w granatowym ubraniu Adasia. Oboje tworzyli ogromnie miłą parę i wyglądali przy ołtarzu jak dwoje dzieci. Cały dzień upłynął wesoło, młodzież tańczyła przy gramofonie. W nocy goście odjechali. Przy tej sposobności zaprosiliśmy p. Jadzię Wacha, aby spodziewany urlop spędziła u nas. Teraz zaczęliśmy układać plany podróży z Juneczkiem do Lwowa. Trudno istotnie było się wybrać. Pogoda nie sprzyjała, zapowiedziane auto nie przyjeżdżało. Przy końcu czerwca wyjechał do Lwowa Dziadzio, w parę dni później pojechali Andrzejowie, a my ciągle czekaliśmy na okazję. W końcu Władzio zamówił dla nas telefonicznie trzy miejsca w aucie MTP, które jeździło często z Jaworowa do Lwowa. Ułożyliśmy jazdę na dzień 16 lipca. Do Jaworowa pojechaliśmy furą. Przyjechaliśmy jednak o godzinę za późno i zamówione auto odjechało bez nas! Dowiedzieliśmy się jednak, że od paru dni kursuje dość wygodny pociąg popołudniowy z Jaworowa, postanowiliśmy więc nim pojechać. [...]

Oto doszłam w tym pamiętniczku moim do chwili obecnej. Odtąd pisać go będę w formie dzienniczka, zapisując codziennie słów parę.

Lwów, 27 lipca 1943
W stanie zdrowia Juneczka nastąpiła poprawa. Lekarz powiedział wczoraj, że idzie ku lepszemu, jakkolwiek stan zdrowia ciągle jest ciężki i „jeszcze nie można zawołać: hop!” Andrzej i Władek odjechali wczoraj rano do Wielkich Oczu.
[...]
13 sierpnia 1943
Stan zdrowia Juneczka poprawił się znacznie. Junuś wstaje już z łóżka i wolno mu trochę siedzieć w fotelu, stan umysłowy również przyszedł już prawie do zupełnego porządku, a sądzę że po odjęciu lekarstw odurzających wyrówna się zupełnie. Pod tym względem jestem więc już znacznie uspokojona. A jednak nerwowo czuję się fatalnie, Lwów oddziaływa na mnie jak najgorzej. Nie mogę znieść tego podnieconego, nerwowego trybu życia, tych ciągłych najrozmaitszych wiadomości i pogłosek. Boję się ciągle alarmów lotniczych, nalotów, napadów, strzałów. W nocy budzę się i nasłuchuję, co mnie ogromnie męczy. Dławi mnie straszna tęsknota za wsią i spokojnym trybem życia w Wielkich Oczach. O Boże, jak bardzo chciałabym tam powrócić! Jak ogromnie tęsknię i pragnę tego powrotu! Boże mój! Czy to się ziści? Czy my tam znowu wrócimy? Nie chcę za nic w świecie pozostać we Lwowie! Tu jest dla mnie okropne życie i czuję, że z każdym dniem gorzej się wykolejam nerwowo. Błagam Najświętszego Serca Jezusowego o ratunek, o możliwość najrychlejszego powrotu na wieś. Ale może ja błagam nieroztropnie? Może tam właśnie czekałaby nas zguba i los biednych Wołyniaków? Niech Chrystus Pan nie opuszcza nas i tem losem naszym kieruje!
24 sierpnia 1943
Juneczkowi jest coraz lepiej, obawiam się tylko, aby się na nowo nie przeziębił, bo z powodu szalonych upałów poci się bardzo w łóżku, a musimy ciągle pokój przewietrzać. Około 30 VIII wybieram się z Marysieńką do Wielkich Oczu na jakiś tydzień. Chciałabym już jak najprędzej wyjechać, żal mi tylko zostawić Juneczka, chociaż zostawię Go pod bardzo dobrą opieką. Obawiam się też bardzo bombardowania. Charków zdobyli już bolszewicy, niech Bóg broni, aby doszli aż do Lwowa!
28 sierpnia 1943
Jest mi niewymownie ciężko na duszy! Mam jechać w poniedziałek do Wielkich Oczu.
Wielkie Oczy, 2 września 1943
Od 31 VIII jestem z Marysią w Wielkich Oczach. Pojechałam w dość dobrym usposobieniu, bo Juneczek przez dwa ostatnie dni mego pobytu we Lwowie miał się bardzo dobrze. Podróż miałam też wcale wygodną i przyjemną. Za przyjazdem do Wielkich Oczu doznałam dużego rozczarowania. Na każdym kroku zaniedbanie i nieporządek. Wkrótce rozpadał się deszcz, który leje ciągle. Jest mi smutno i źle. Chciałabym, aby tu był Juneczek, bardzo mi Go brak. Do Lwowa wróciłabym, ale tam znowu popadnę w stan zdenerwowania. Poza tym męczą mnie tam stosunki rodzinne, które mi nie odpowiadają i kosztują mnie dużo zaparcia się siebie.
5 września 1943
Pogoda poprawiła się, mamy obecnie piękne jesienne dni. Zaczynam się powoli zagospodarowywać. Mam już mąkę, a nawet chleb, kupiłam masło, dostałam trochę kaszy hreczanej. Codziennie prawie dostajemy owoce i jarzyny. W najbliższych dniach urządzam pranie. Korzystna zmiana w naszym tutejszym położeniu i w moim usposobieniu nastąpiła w pierwszy piątek miesiąca. Boskie Serce Pana Jezusa opiekuje się nami nadal. Miałam też dobre wiadomości od Juneczka przez telefon.
20 września 1943
Byłam przez jeden dzień we Lwowie, dokąd pojechałam z Marysią i Władkiem wezwana telegramem Adasia. Juneczkowi podobno było się pogorszyło, jednak gdy przyjechałam zastałam go w zupełnie zadowalającym stanie zdrowia. Było to 7 IX, następnego dnia odjechałam znowu do Wielkich Oczu. Pobyt tam miałam bardzo miły. Pogoda była cudowna, w lesie mnóstwo grzybów. Marysia chodziła codziennie na grzyby. Prawie codziennie telefonowałam do Lwowa z zapytaniem o zdrowie Juneczka, wiadomości miałam stale dobre. Przedwczoraj, tj. 18 IX, skorzystałam z nadarzającej się okazji, aby znowu pojechać odwiedzić Juneczka. I oto znów jestem we Lwowie. Chciałabym tutaj zabawić z jakiś tydzień. Junuśka zastałam w zupełnie dobrym stanie. Bardzo pragnęłabym zabrać go stąd jak najprędzej do domu. Sama też chciałabym uciec z tego środowiska, gdzie wszystko mnie drażni. Lwów mi teraz już zupełnie nie odpowiada.
Lwów, 23 września 1943
Junuś czuje się dzięki Bogu bardzo dobrze, wstaje po dwa razy dziennie, tętno ma dobre i samopoczucie doskonałe. Może będzie mógł powrócić na zimę do Wielkich Oczu. Nie wiadomo jednakże, co jeszcze z nami będzie. Wojska sowieckie napierają gwałtownie na Niemców. Charków odbity. Lęk mnie zbiera na myśl, co jeszcze możemy przeżywać. O Boże zmiłuj się! Boję się myśleć o przyszłości, ale ufam Boskiemu Sercu Jezusowemu, że nas i teraz nie opuści.
26 września 1943
Juneczek wstaje codziennie i coraz lepiej chodzi i czuje się. Chciałabym koniecznie wyjechać z nim do Wielkich Oczu. Tutaj zaczyna być niesamowicie. Miałam zamiar w tych dniach powrócić do Wielkich Oczu, ale dano mi znać, że na razie nie ma żadnej okazji, w dodatku Hela zachorowała dzisiaj zdaje się na grypę, wobec tego w domu zamieszanie i będę musiała zostać. Nerwowo czuję się dziś fatalnie, w dodatku opanowuje mnie lęk, boję się nocy, boję się tu zostać we Lwowie, tęsknię całą duszą do wsi, a obawiam się, że już tam nie będę mogła powrócić. Ach jak nie cierpię miasta!
16 października 1943
Dużo już czasu upłynęło znowu, byłam przez tydzień od 5-12 X w Wielkich Oczach gdzie było mi niewymownie spokojnie. Z tego spokoju wyrwał mnie znowu telegram wzywający mnie do Lwowa ponieważ stan zdrowia Juneczka znów się pogorszył przez przeziębienie. Pomimo, że Marysia dopiero przebyła silne zapalenie gardła i nie miała płaszcza zimowego (w robocie u krawczyni) zabrałyśmy się zaraz i pomimo szalonego wiatru i zimna pojechałyśmy do Lwowa. Całą drogę trzęsłam się ze zdenerwowania i zimna, zdawało mi się ciągle, ze Juneczka już przy życiu nie zastanę. Na szczęście tak źle nie było. Stan zdrowia Juneczka istotnie uległ pogorszeniu, ale na ogół zły nie jest, męczy tylko go silny kaszel, przy którym często przychodzi duszność.
Wielkie Oczy, 26 października 1943
Jestem od tygodnia w Wielkich Oczach, pogoda cudowna, w południe gorąco +25°C! Czuję się nerwowo o wiele lepiej niż we Lwowie. Martwię się tylko serdecznie Juneczkiem, któremu się wprawdzie znacznie polepszyło na serce, duszność i kaszel, ale znowu znajduje się w stanie zamroczenia umysłowego, zdaje się na skutek przeładowania lekarstwami i osłabienia. Jutro lub pojutrze wybieram się znowu do Lwowa. Chciałabym koniecznie sprowadzić Juneczka tutaj, mam nadzieję, że zmiana miejsca pobytu i powietrza zrobiłaby Mu dobrze.
Lwów, 30 października 1943
Od wczoraj wieczora jestem z Marysią we Lwowie. Junuśka zastałam w lepszym stanie zdrowia niż przypuszczałam. Zdarzają mu się wprawdzie zaniki pamięci i przytomności, ale na ogół jest przytomny, przywitał nas bardzo serdecznie i przyznał się, że tęsknił za mną ogromnie. Tulił się też do mnie jak dziecko. Taki jest dobry i kochany jak zawsze. Czuje się jeszcze osłabiony, ale i pod tym względem jest lepiej.
6 listopada 1943
Chciałabym pojechać do Wielkich Oczu, zobaczyć co dzieje się z Wackiem i całym domem. Żal mi jednak bardzo zostawić Junuśka, który znowu będzie tęsknił za mną. Mam też wrażenie że Rodzina Juneczka jest przeciwna mojemu wyjazdowi. Trudno! Prędzej czy później będę znów musiała na parę dni chociaż wyjechać, moim obowiązkiem jest zatroszczyć się trochę o Wacka i zaglądnąć chociaż od czasu do czasu do opustoszałego domu.
26 listopada 1943
Do Wielkich Oczu nie mogę się na razie dostać z powodu zakazu podróżowania dla osób cywilnych (od 15 XI) bez przepustki z policji, oraz z powodu fatalnej pogody. Wacek był w połowie listopada przez parę dni we Lwowie. Od mego Tatusia mam częste wiadomości. Juneczek ma się dobrze, od 15 XI jest już najzupełniej przytomny, wstaje codziennie, czyta gazety i książki, tylko z powodu tej okropnej niepogody kaszle więcej i częściej dostaje duszność. Na froncie wschodnim Niemcy odparli bolszewików.
Wielkie Oczy, 31 stycznia 1944
Od blisko dwóch tygodni jestem z Marysią w Wielkich Oczach. Pojechałam na pięć dni, tymczasem rozchorowałam się na jakąś przewlekłą grypę (a może i zapalenie płuc) i dotąd choruję. Męczy mnie przytem niepokój o Junuśka tak, że nie mogę sobie dać rady. Tutaj poza tym jest mi bardzo dobrze, dzieci starają się o mnie jak mogą, a i obcy ludzie pomagają.
Lwów, 17 lutego 1944
Przeleżałam trzy tygodnie w łóżku w domu w Wielkich Oczach. Dopiero niepokojące wiadomości polityczne zmusiły mnie pomimo gorączki i kaszlu do powrotu do Lwowa. Tu przeleżałam jeszcze tydzień i dopiero dziś jako tako się czuję. Juneczek ma się dobrze. Umysłowo kompletnie w porządku. Uczy teraz Marysię łaciny! Kaszle tylko dużo. Sytuacja polityczna zdaje się dla Niemców beznadziejna. Wojska sowieckie zajęły już Łuck, Kowel, Równe, Sarny. Niemcy nie mogą dać rady! Nie widać jednak końca wojny i zdaje się, że jeszcze tak prędko nie nastąpi. Najgorsze to, że walki toczą się znowu na polskiej ziemi. Co nas jeszcze czeka, co będziemy przeżywać i czy przeżyjemy tę straszną wojnę Bogu tylko wiadomo. Ufam że Boskie Serce Pana Naszego Jezusa Chrystusa nas nie opuści, a Matka Najświętsza Nasza Królowa dopomoże nam!
21 lutego 1944
O Boże mój! takie okropne wiadomości przyszły z Wielkich Oczu. Kasia Loncówna dostała list z Bożej Woli, podobno w Wielkich Oczach byli bandyci i rzucali granaty ręczne5. Ludzie schronili się do kościoła i na plebanię. Od ojca i chłopców i o nich nie mam żadnych wiadomości od tygodnia, czy też żyją jeszcze i gdzie są?! Boże mój! Czy ja ich jeszcze zobaczę kiedy?! Tak mi jest strasznie źle! Do tego i tu również mam ciężkie zmartwienia, Adaś rozchorował się zdaje się na „świnkę”, a Andrzej miał przed paru dniami drugi atak konwulsji nerwowych. Juneczek też ma się gorzej, kaszle całymi nocami. O Boże, Który stosujesz wiatr do wełny jagnięcia zmiłuj się nade mną, ulżyj mi, pociesz! O Panie!
[…]
6 marca 1944
Wacuś zabawił trzy dni. Naopowiadał nam dużo ciekawych rzeczy. W Wielkich Oczach był desant6. Byli w gorzelni. Nikomu nic się nie stało. Obecnie panuje tam spokój. Dziś mam nowe zmartwienie, bo Juneczkowi od nocy coś się pogorszyło. Obawiam się, czy się nie zaraził grypą od brata swego Adama, ma stan podgorączkowy i tętno 95, boli go głowa i kaszle więcej.
21 marca 1944
Juneczkowi Bogu dzięki polepszyło się, noce są prawie zupełnie spokojne. Od ojca mego i dzieci mam częste wiadomości. Podobno były tam na wsi znowu jakieś niepokoje, ale oni w swych listach nic o tem nie wspominają.
10 kwietnia 1944
Wczoraj tj. 9 IV w Niedzielę Wielkanocną był pierwszy nalot na Lwów o godz. ¾ na 9-tą wieczór! Właduś przyjechał z Wielkich Oczu na Święta. Opowiadał o napadzie na rodziny polskie w Żmijowiskach i Wulce, który miał miejsce 31 III na 1 IV w nocy. Okropne!
[...]
27 kwietnia 1944
Był u nas przez parę dni Wacek. Opowiadał, że dla nas w Wielkich Oczach pobyt jest chwilowo niemożliwy, wypadki napadów „bandyckich” zdarzają się ciągle i to w najbliższej okolicy. Dziś Wacuś odjechał z powrotem na wieś, ma natomiast przyjechać Władek i to zdaje się z Dziadziem.

Władek przyjechał z Dziadziem 29 kwietnia. Dnia 1 maja był znowu duży nalot na Lwów, nalot ten powtórzył się nieco słabiej w dniu 2 maja. Od 2 maja podnajęliśmy małe mieszkanie parterowe w tej samej kamienicy i tam odtąd my z Juneczkiem stale, a reszta rodziny okresowo, mieszkaliśmy aż do dnia 30 VII. Prze dwa miesiące nie było jednak w ogóle żadnych nalotów. Dopiero w miarę jak siły sowieckie w nowej ofensywie letniej zaczęły zbliżać się do Lwowa rozpoczęły się alarmy, a dnia 18 lipca w nocy był znów nalot. Zaraz potem rozpoczęły się walki o Lwów. W dniu 27 lipca Niemcy po walkach ulicznych ostatecznie opuścili Lwów. [...]
Przed zajęciem Lwowa byłam dwukrotnie w Jaworowie raz 13 czerwca (z Adasiem), a drugi raz 27 czerwca (z Andrzejem, Lusią i Marysią) aby zobaczyć się z chłopcami i zabrać trochę rzeczy ze wsi do Lwowa. Za pierwszym razem towarzyszył nam w drodze powrotnej Wacuś, który zabawił we Lwowie do 17 VI i tu 16 VI przystąpił do Spowiedzi i Komunii św. w kościele OO. Jezuitów. Była to jego ostatnia Spowiedź  i Komunia święta w życiu! Ostatni raz widziałam się z nim 27 czerwca. Wczoraj tj. 4 lipca powrócił z Wielkich Oczu Władek i przywiózł mi wiadomość, że Wacuś poległ śmiercią żołnierza w lasach leżajskich w dniu 14 lipca 1944. Ranny ciężko zmarł, niesiony przez kolegów, z upływu krwi. O Boże bądź wola Twoja!
Tak mi żal i tęskno za Wacusiem, nie mogę sobie wyobrazić, że już nigdy jego wesołej, roześmianej twarzy nie zobaczę, o Boże jak ciężko! A tu znów rejestracja mężczyzn od 18-50 lat, jeszcze mi i tamtych chłopaków wezmą i kto mi pozostanie prócz Marysieńki! Serce Jezusa pełne miłości i dobroci zmiłuj się, ratuj, nie opuszczaj! Matko Bolesna chciej mnie zrozumieć, módl się i pomóż o Pani Najłaskawsza!
Oddano mi krzyżyk ulubiony Wacunia, jego mszalik, albumik z fotografiami, który nosił przy sobie. Bolesne pamiątki! Już mego dziecka nie zobaczę na tym świecie! Dał mu Bóg śmierć piękną, dał mu radość noszenia munduru i uczciwej walki. Mówią mi niektórzy ludzie, że to zaszczyt i chluba dla mnie. Tak, to prawda, chłopak mój pogodne, jasne miał życie. [...]
Dnia 27 IX zajęliśmy miejsca w pociągu dla repatriantów. Był to transport profesorów Uniwersytetu i Politechniki jadący w kierunku Kraków-Katowice. Wagony były kryte. Dzięki pomocy naszych chłopaków ulokowaliśmy się nie najgorzej. Junuś i Ojciec mieli wygodne fotele. Odjazd nastąpił w dniu 28 IX o godz. 5 po południu. Jechaliśmy w licznym towarzystwie. W Medyce pod Przemyślem przejechaliśmy granicę i znaleźliśmy się na terenie bezspornie polskim. W niedzielę 30 IX stanęliśmy w Krakowie. Część profesorów wysiadła...


1   Stanisław Czerny, ur. 1906, w czasie II WŚ żołnierz Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie w 10 Brygadzie Kawalerii Pancernej; po wojnie nie powrócił do Polski, osiedlił się w Republice Południowej Afryki.
2   Józef Grünseit, wielkoocki lekarz. Zginął najprawdopodobniej w lwowskim getcie.
3   Bolesław Gendera, piłkarz „Warty” Poznań i reprezentacji Polski.
4   Ksiądz Tomasz Murdza.
5   Atak pododdziału sowieckiego oddziału partyzanckiego Petra Werszyhory w celach aprowizacyjnych (11-12.02).
6   J.w.