- ANTISOZIALISTISCHE ELEMENTE -
*** TA MI OTO PRZYPADŁA KRAINA
I CHCE BÓG, BYM W MILCZENIU TU ŻYŁ *
ZA TEN GRZECH, ŻE WIDZIAŁEM KAINA
ALE ZABIĆ NIE MIAŁEM GO SIŁ ***
" DESPOTYZM przemawia dyskretnie,
w ludzkim społeczeństwie każda
rzecz ma dwoje imion. "
********************
Maria Dąbrowska 17-VI-1947r.: "UB, sądownictwo są całkowicie w ręku żydów. W ciągu tych przeszło dwu lat ani jeden żyd nie miał procesu politycznego. Żydzi osądzają i na kaźń wydają Polaków"
Wikingowie wierzyli, że widoczna na nocnym niebie zorza polarna to światło, odbijające się od zbroi Walkirii – wojowniczych dziewic, wprowadzających dusze najdzielniejszych poległych do Walhalli. Minęły wieki, a zorze polarne nadal fascynują. Są tak bardzo interesujące, że amerykański Departament Obrony przeznacza miliony dolarów na ich badanie w ramach programu HAARP. Chcą zapanować nad pogodą?
Tropiciele spisków nie lubią programu HAARP
Amerykański program HAARP od lat inspiruje zwolenników teorii spiskowych. Trudno chyba znaleźć kataklizm, o który jacyś tropiciele spisków nie obwinialiby tego programu badawczego. HAARP ma odpowiadać za trzęsienia ziemi, głupotę polityków, tsunami, migreny, wybory konsumenckie, spadające samoloty i awarie prądu.
Problem w tym, że na poparcie tych teorii brakuje dowodów – bo trudno uznać za nie popularne na YouTube, charakterystyczne dla tropicieli spisków filmy z żółtymi napisami. Czym zatem jest program HAARP i co o nim wiemy? Odpowiedź na to pytanie wymaga cofnięcia się w odległą przeszłość.
Pogoda dziełem bogów
Przez tysiąclecia ludzie nie mieli żadnego wpływu na pogodę
Zobacz również: Gadżetomania.TV: Retro komputery z Pixel Heaven i ich historie
Przez długie wieki pogoda była od ludzi całkowicie niezależna. Brak wpływu na nią sprawiał, że jedynym sposobem na jej kontrolowanie była próba dogadania się z bogami. Przykładem może być choćby opisany przez Homera los Ifigenii – córki Agamemnona, który chcąc zapewnić swojej flocie pomyślne wiatry był gotowy zarżnąć swoje dziecko dla bogini Artemidy.
Rozwój nauki i poznawanie procesów, zachodzących w przyrodzie z czasem zmniejszyły rolę magii i religii, poszerzając pole manewru dla ludzi. Okazało się, że rozumiejąc mechanizmy powstawania deszczu, wiatru czy gradu można próbować wpływać na zjawiska, które do niedawna przypisywano wyłącznie boskiej ingerencji.
Kościelne dzwony modelują pogodę
Jedną z pierwszych prób tego typu było praktykowane w średniowieczu powstrzymywanie opadów gradu za pomocą kościelnych dzwonów, co stosowano m.in. we Francji w rejonach upraw winorośli. Choć ówcześni ludzie mogli kojarzyć to z ingerencją niebiańskich zastępów, to dzwony stanowiły wczesną wersję tzw. dział przeciwgradowych.
W zbliżonej do obecnej postaci zaczęto je budować już na początku XX wieku – fala uderzeniowa, powstająca przy ostrzeliwaniu chmur zapobiegała tworzeniu się w nich kryształków lodu i zamiast gradobicia na okolicę spadał deszcz.
REKLAMA
Z czasem technologię udoskonalono i współcześni rolnicy (mimo sceptycyzmu części naukowców) chronią swoje uprawy za pomocą dział, generujących falę uderzeniową dzięki wybuchom gazu. Kilka dział przeciwgradowych uruchomiono również w Polsce.
Zasiewanie chmur jodkiem srebra
Jeśli można powstrzymać grad, to dlaczego nie spróbować zrobić tego z deszczem? W tym przypadku problem był jednak znacznie poważniejszy, a bezradni okazali się m.in. australijscy naukowcy, którzy przez pół wieku, od roku 1901, bez rezultatów usiłowali zapanować nad opadami.
Przełom nastąpił za sprawą amerykańskich naukowców, Vincenta Schaefera i Bernarda Vonneguta. W 1946 roku udało się im opracować technologię „zasiewania chmur” przy pomocy rozpylonego jodku srebra, który powodował opad deszczu.
Zasiewanie chmur może być wykonywane również z ziemi
REKLAMA
Pierwszą udaną próbę poza laboratorium przeprowadzono w listopadzie 1946 roku – Schaefer przez prawie 100 kilometrów gonił samolotem zaobserwowaną chmurę, by w końcu zrzucić na nią 3 kilogramy jodku srebra. Eksperyment zakończył się powodzeniem – z chmury zaczął padać deszcz.
Projekt Cumulus – testujmy, aż nas zaleje
Technologia szybko wzbudziła zainteresowanie wojska. Deszcz na zamówienie? To oznaczało możliwość sparaliżowania ruchów przeciwnika w trudnym terenie, powodowanie powodzi i dezorganizację nieprzyjacielskich wojsk. Pozwalało również na zapewnienie dobrej pogody nad lotniskami i ukrywanie ruchów własnych oddziałów w oparach mgły.
Nic zatem dziwnego że już w 1947 roku Brytyjczycy, zainteresowanie zrealizowaniem powyższych celów, rozpoczęli Projekt Cumulus, testując różne metody „zasiewania chmur”.
Testy musiały być intensywne i udane — w sierpniu 1952 roku w mieście Lynmouth w ciągu doby spadły 23 centymetry deszczu, czyli nieznacznie mniej, niż średnio w Polsce przez pół roku. W powodzi zginęły wówczas 24 osoby, a opinia publiczna zaczęła domagać się wyjaśnień. Choć nigdy nie dowiedziono związku powodzi z prowadzonymi w tamtym rejonie testami, Projekt Cumulus został oficjalnie zamknięty.
REKLAMA
Operacja Popeye. Utopmy komunistów w błocie!
Po Brytyjczykach za militarne wykorzystanie pogody wzięli się Amerykanie, którzy na początku lat 60. rozpoczęli Operację Wściekłość Burzy (Project Stormfury), której celem było modyfikowanie siły i kierunku huraganów, jednak z powodu wątpliwości związanych z bezpieczeństwem, operację dość szybko zakończono. Uzyskane podczas niej rezultaty nie są znane.
Niedługo później rozpoczęto kolejny, militarny program modyfikacji pogody – operację Popeye. Jeśli oglądaliście filmy o wojnie wietnamskiej to jej nieodłącznym elementem jest deszcz, a właściwie lejące się z góry strumienie wody.
Z lekcji geografii możemy pamiętać, że odpowiadają za to monsuny. W czasie wojny wietnamskiej Amerykanie wpadli na pomysł, by sztucznie przedłużyć porę monsunową i sparaliżować błotem dostawy zaopatrzenia dla armii północnowietnamskiej.
Choć nie zmieniło to losów konfliktu, to operację Popeye można uznać za udaną – zrzucając jodek srebra w wybranych rejonach udało się wydłużyć porę monsunową nawet o półtora miesiąca!
REKLAMA
ENMOD — zakaz militarnego wykorzystywania klimatu
Niedługo później w Genewie podpisano konwencję ENMOD wprowadzającą zakaz modyfikacji środowiska i pogody dla celów militarnych. Od tamtego czasu zasiewanie chmur było stosowane m.in. po katastrofie w Czarnobylu, gdzie starano się w ten sposób powstrzymać roznoszenie przez chmury radioaktywnych pyłów.
Prawdopodobnie podobną metodę zastosowano podczas otwarcia igrzysk olimpijskich w Pekinie – chodziło o to, by deszcze spadły z dala od stolicy Chin, co zapewniło dobrą pogodę podczas uroczystości.
Program HAARP, czyli zróbmy sobie zorzę
Choć modyfikowanie pogody do celów militarnych zostało – przynajmniej oficjalnie – zawieszone, to jedną z największych zagadek związanych z modyfikacjami pogody i klimatu pozostaje program HAARP (High Frequency Active Auroral Research Program).
Rozpoczęto go w 1992 roku wspólnymi siłami Agencji Zaawansowanych Obronnych Projektów Badawczych (DARPA), amerykańskiej marynarki wojennej i lotnictwa. W bazie Gakona na Alasce powstał wówczas słynny kompleks kilkudziesięciu wielkich anten. Oficjalnym celem programu jest badanie zjawisk, zachodzący w jonosferze, przez którą biegnie linia Karmana – umowna granica Kosmosu.
REKLAMA
Dlaczego jonosfera budzi tak duże zainteresowanie wojska? Zwolennicy teorii spiskowych znajdują miliony wyssanych z palucha odpowiedzi, jednak odtajniona część badań wskazuje, że program HAARP służy badaniu zjawisk, związanych z komunikacją i nadzorem elektronicznym. Ta — oficjalna — wersja budzi jednak wątpliwości nawet wśród niektórych naukowców.
Jednym z najbardziej spektakularnych eksperymentów, przeprowadzonych w ramach HAARP było wytworzenie przez zlokalizowane w bazie Gakona 3,6-megawatowe nadajniki obłoku plazmy. Udało się go stworzyć nieco poniżej jonosfery – na wysokości około 50 kilometrów, a obłok posłużył do odbijania fal radiowych. Kolejnym, nagłośnionym przez media sukcesem było stworzenie w 2005 roku sztucznej zorzy polarnej, wywołanej falami radiowymi wysokiej częstotliwości.
Inżynieria klimatyczna może służyć różnym celom
Program HAARP został niedawno częściowo wygaszony — od maja 2013 roku zaprzestano większości badań. Nie znaczy to jednak, że zjawiska związane z atmosferą i pogodą przestały budzić zainteresowanie amerykańskich służb.
Niedawno CIA rozpoczęła finansowanie programu badawczego, prowadzonego przez Narodową Akademię Nauk USA i badającego możliwość sztucznych zmian klimatycznych. Co więcej, wbrew medialnym doniesieniom czasowe wygaszenie programu HAARP nie oznacza jego przerwania i wynika jedynie ze zmian organizacyjnych. Możemy być zatem pewni, że prace nad inżynierią klimatyczną nie zostały porzucone. Czy zatem mamy się czego obawiać?
Warto pamiętać, że każdy kij ma dwa końce – łatwo snuć wizje wojny, gdzie w roli broni występują tsunami, powodzie i trzęsienia ziemi, ale przecież sztuczne modyfikacje pogody można wykorzystać w mniej morderczy sposób. Dziesięciolecia idealnie zrównoważonej pogody, bez kataklizmów naturalnych i ekstremalnych zjawisk? Przyznacie chyba, że to brzmi lepiej. Tylko czy nie jest zbyt piękne, by mogło być prawdziwe?
Skarbem dla nas jest ktoś ponad miarę dobroduszny, ktoś maksymalnie naiwny a do tego inteligentny. Na takich czekamy nieraz kilkanaście lat. Taki to zrobi większą dla nas robotę niż dziesięciu agentów. A wiesz, jak za nim idą ludzie, jak mu zawierzają... Tacy dobrzy aż do przesady i do tego inteligentni są dla nas jak kondensatory gromadzące wokół siebie miliony dusz i umysłów. A potem się tych dobrych pozbywamy. Dajemy na czoło naszego bezwzględnego kłamcę, retora. Ten dobry umocował instytucjonalnie przeróżne nasze przyczółki. Za pomocą tych przyczółków wzbudzamy naprzemiennie - chaos, nadzieję, zagrożenie, obojętność. I jakoś się kręci. Powoli obsadzamy komórki do wynajęcia w sektorze państwowym i prywatnym. I tak to jakoś leci, nie narzekamy. Powolutku. Byle była rotacja. Nadziejom nie można dać wygasać , ani ich rozprzęgać.
Czy się nigdy nie mylimy, czy nasze plany nie "wysypują się" , czy nie bywa tak, że gubi nas nasza łapczywość, syndrom trzeciego życzenia do złotej rybki, po którym wszystkie darmowe dary znikają? Po którym zaczynamy być nienawidzeni? Czy nie musimy walczyć z podobnymi grupami z innego kodu kulturowego, też stosującymi "sztukę wojny"? Za dużo chciałbyś wiedzieć... Pewnie chciałbyś jeszcze zapytać, kto z nami wygra na pewnym określonym terenie. Hmm, wygra ten, który dobro w sobie okiełzna dalekowzrocznym rozumem i ten, kto znajdzie klucz do tego, jak dezaktywować nasza magię słów, naszą kabałę zabierania mocy państwom i ich obywatelom . To jest do zrobienia i jest jeden, który może to zrobić. Tylko musi się nauczyć przenikać wzrokiem pochlebców i zdrajców..
No, ale teraz muszę już kończyć, bo idą nasi gospodarze, nasi naiwni, za nimi sprytni i kilku zdrajców i zaraz będą zapalać światełka naszej cywilizacji, haha!. Śmierć Grecji, Rzymowi i religii Jeszui! Niech żyje sztuka wojny! Niech żyje kabała, dzięki której słowa wypowiadane przez człowieka stają się jego największymi wrogami! Konstytucja staje się brzmiącym jak cymbał poematem nieistniejącego humanitaryzmu, kodeksy karne - mętnymi stawami sprzecznych dygresji, sterowanymi przez nas za pomocą śluz wieloznaczności. Kabała ta nasza święta, dzięki której nic nie oznacza już niczego stałego a wszystko opalizuje jak bańka z błota w kałuży. Nic już nic nie znaczy, słowa wszystkie tracą sens a mimo to wszyscy idą tam, gdzie chcemy. Ave, Kabbalah, morituri te salutant! Witaj Kabało! Idący na śmierć cię pozdrawiają!
Wiesz, oni myślą, że najgorsze będzie dla nich, gdy przejmiemy ich mienie bezspadkowe. Nie wiedzą, że od pewnego czasu już przejmujemy ich myśli. A na drugim etapie, żeby tak powiedzieć – czynimy ich myśli „bezspadkowymi”, zrywamy ciągłość ich idei, ich ideałów. Odbieramy im ich bohaterów, ich święta, ich marzenia. Nazywamy je ksenofobicznymi, chorobliwymi, niezdrowymi. Oczywiście bez prowokatorów byłoby trudno. Wstawiamy więc w ich tłumy kilku takich, którzy mają za pomocą techniki wylewania dziecka z kąpielą zneutralizować i napiętnować te ich ideały, które mogłyby być dla ich państwa barierą immunologiczną. Wyjmujemy z ich imaginarium kilka idei przez co pozostałe stają się bezskuteczne lub niezrozumiałe. Wyjmujemy te idee napiętnowując je jako ksenofobiczne, skrajne, radykalne, nacjonalistyczne. Nie zauważają tego. Nie zauważają, gdyż dzieje się to już w połowie procesu anestezjologicznego, w połowie hipnozy kabalistycznej.
Tak już ich urobiliśmy magią naszych pojęć, że uwierzyli nawet w taką niedorzeczność jak ta, że ksenofobia to największy grzech, haha! Tak im wytrepanowaliśmy mózgi, że przestali rozumieć, iż ksenofobia to po prostu idea organizmu, całości, idea obecna w błonie komórkowej, idea bariery immunologicznej, straży granicznej, straży celnych i polityki migracyjnej. Czasem to mnie aż szokuje jak powierzchownie myślą i jak łatwo i szybko wpadają w nasze, dość proste pojęciowe siatki na motyle... Powinni się rumienić nawet śpiąc, dumni potomkowie Herona, Galena kupują od nas taka słomę pojęciową, że aż papier się czerwieni.
Operujemy na przemian zawstydzaniem ich, presją, groźbą. Ale – o, cudzie dawnej, świątynnej inkantacji – najskuteczniej działa właśnie repetycja, inkantacja, zaklęcie i wielokrotność jego powtarzania. Wymuszamy na ich przywódcach pewne zaklęcia, pewne magiczne zobowiązania, które oni zaczynają coraz częściej wstawiać do swoich przemówień, mów takie sekwencje wyrazów jak: Nie będzie zgody na..., Państwo polskie będzie walczyć z... Nigdy nie pozwolimy na... Po takiej anatemie (Anathema sit! – znaczy w języku dogmatyki ‘bądź przeklęty!”, źródło tego typu uzurpacji kontroli słów jest jawnie religijne) przemawiający przywódcy narodu mogą wstawić przymiotnik „chorobliwy”, mogą połączyć go z rzeczownikiem „nacjonalizm” lub ‘patriotyzm”, „chorobliwy” mogą zastąpić przymiotnikiem „radykalny”, „ekstremistyczny”, „skrajny”. Oczywiście musi być w tej inkantacji słowo „antysemityzm”. Jakby go nie było, a była tylko ksenofobia i faszyzm, to tak jakby przeżegnać się w imię Syna i Ducha św. – pomijając Ojca. A muszą być wszystkie 3 osoby gwarantujące myśli osłabiające zdolności państwa do trwania i przetrwania. I to osłabianie instynktu państwowotwórczego i tożsamościowego płynie z tych przemówień, wpływa do głów słuchaczy. Tresuje ich myśli i uczucia, piętnuje i selekcjonuje.
Zawodowy zabójca o pseudonimie Szakal (Edward Fox) przyjmuje zlecenie zabicia prezydenta Francji Charlesa de Gaulle'a. Francuska policja dowiaduje się o planowanym zamachu, ale prezydent nie zgadza się zmienić kalendarza swoich publicznych wystąpień. Tymczasem Francuzi nie wiedzą o tajemniczym zamachowcu praktycznie nic: kim jest, kiedy i jak zamierza uderzyć. Do zidentyfikowania i zatrzymania Szakala zostaje wyznaczony inspektor Thomas, który z kolei zleca swoje zadanie detektywowi Lebelowi (Michael Lonsdale).
Polskie kościoły na Ukrainie. W jakim są stanie? Jaki czeka je los?
15-19 minutes
Są ich setki, a może nawet tysiące. Część z nich stoi
odłogiem, niszczeje bezpowrotnie na odludziu, z innych uczyniono obory i
magazyny, jeszcze inne przerobiono na cerkwie. Ale są i takie, które
służą katolickiej społeczności, zostały odbudowane i pełnią ważną
funkcję ośrodków polskości. Jaki los czeka polskie świątynie na
Ukrainie? Ile z nich zniszczono bezpowrotnie? Czy jest szansa uratować
chociaż część?
Przedstawiamy historię i stan zaledwie kilkunastu polskich kościołów,
jakie znajdują się w granicach obecnej Ukrainy. Pokazują one jednak,
jak różny los spotkał świątynie, które przez dziesiątki, a niekiedy i
setki lat służyły polskiej społeczności. Opisanie tych kilkunastu
przypadków pozwoli jednak zrozumieć, jak wygląda obecna sytuacja.
Katolickich kościołów na Ukrainie mogą być tysiące. Określenie ich
dokładnej liczby nie jest możliwe, chyba, że ktoś przejechałby kraj
naszych wschodnich sąsiadów wzdłuż i wszerz. Zajrzał do każdej wioski.
Wiele ze świątyń jest w opłakanym stanie. Lata zaniedbań, nieużytkowania
i narażenia na erozję spowodowały ogromne zniszczenia. Zapadający się
strop, powalone dachy, zburzone ściany. Słowem: ruina. Część z obiektów
dostała się w prywatne lub samorządowe ręce i uczyniono z nich obory,
magazyny, składy zboża. Dziś zamiast wiernych, przebywają tam zwierzęta.
Znane są również przypadki, że kościoły rozbierano, bo dobrze zachowała
się polska cegła, a ta na Ukrainie jest w cenie.
Nie wszystkie świątynie w ogóle przetrwały do dzisiaj. Przecież wiele
z nich spalono podczas napadów i rzezi w czasie II wojny światowej (np.
klasztor sióstr Niepokalanek w Niżniowie),
a i swoje zrobili Sowieci, którzy bez powodów wydawali decyzje o
wyburzeniu poszczególnych obiektów. Nierozwiązany jest również status
prawny licznych kościołów. Znamy przypadki, że przekształcone zostały
one w cerkwie. Ale są i takie sytuacje, że polska społeczność z danego
miasta stara się odzyskać kościół, jednak na drodze staje prawo czy też
przedstawiciele grekokatolików. Część ze świątyń udało się zachować i
dzisiaj służą katolickiej ludności, pełniąc przypisane im funkcje, a
także będąc ozdobą poszczególnych miast czy wsi. Przedstawiając historię
kilkunastu kościołów, chcemy zobrazować, jak sprawa wygląda obecnie i
jakie są rokowania na przyszłość. Dom Boży bez dachu nad głową
Pierwsza grupa kościołów to te, które stoją opuszczone i zrujnowane.
Powód ich obecnego stanu jest różny, ale najczęściej uległy zniszczeniu w
skutek naturalnej erozji, braku remontów oraz grabieży lokalnych
mieszkańców, którzy dosyć szybko przywłaszczyli sobie drzwi, okna i co
lepsze deski czy belki. Dotyczy to przede wszystkim miejscowości, gdzie
nie ostali się Polacy.
Taki los spotkał kościół w Kowalówce, który „góruje”
nad tą niewielką miejscowością, będąc położony na niewielkim wzgórzu.
Obok znajduje się stary, katolicki cmentarz. Spoczywają na nim nasi
przodkowie. Nekropolia była w ubiegłym roku porządkowana w ramach naszej
akcji „Mogiłę pradziada ocal od zapomnienia„.
O ile nagrobki można zinwentaryzować, odnowić na nich napisy i postawić
je do pionu, to z samym kościołem niewiele można zrobić. Dach jest
doszczętnie zniszczony, podobnie jak wnętrze, które wygląda tak:
Elementem, który jeszcze się zachował, są malowidła ścienne, widoczne
pod kopułą głównej nawy, choć i w ich przypadku rokowania są bardzo
złe. Budynek z każdym rokiem popada w jeszcze większą ruinę, wystawiony
na działanie natury: deszczu, gradu, śniegu, burz. Wraz z kolejnymi
porywistymi wichurami zawalić mogą się resztki dachu, a z czasem również
i któraś ze ścian. Cegły są już zmurszałe i nie wiadomo, ile
wytrzymają.
Kowalówka jest jednym z wielu polskich kościołów na Ukrainie, które spotkał taki los. Podobnie jest ze świątynią w Chodaczkowie Wielkim,
gdzie majestatyczna budowla również znajduje się w opłakanym stanie. W
miejscowości tej, naznaczonej tragicznymi zdarzeniami z okresu II wojny
światowej, nie mieszkają już Polacy (byli mieszkańcy Chodaczkowa
rozsiani są po całym Dolnym Śląsku, m. in. w podwrocławskim Kamieńcu
oraz Gajkowie). Wprawdzie w pobliżu znajduje specjalna tablica,
przypominająca o dokonanej tutaj zbrodni, jednak stanem kościoła od lat
nikt się nie przejmuje. A ma on wielką wartość.
Majestatyczna świątynia znajduje się w samym centrum miejscowości.
Trudno przypuszczać, by ktokolwiek z tutejszych zainteresował się jej
losem, bo wielu Ukraińców ledwo wiąże koniec z końcem. A ewentualna
odnowa obiektu, jeśli jeszcze możliwa, pochłonęłaby niemałe środki.
Delegacja potomków chodaczkowian kilkukrotnie gościła w tym miejscu,
jednak nie podjęto żadnych zaawansowanych działań w tej sprawie. Jeszcze
gorzej wygląda natomiast wnętrze budynku:
Niemal identycznie prezentuje się sytuacja katolickiego kościoła w Załużu, niewielkiej miejscowości w obwodzie tarnopolskim. Budowla, znajdująca się tuż przy drodze, całkowicie pozbawiona jest dachu.
Pozornie stan kościoła nie jest najgorszy, jednak wewnątrz zniszczenia są ogromne.
Zachowało się naprawdę niewiele, choć rycina na ścianie jest
znamienna. Nawet jeśli takie miejsca opuszczają ludzie, to pozostaje w
nich pan Bóg.
Polskie kościoły na Ukrainie są w tragicznym stanie, jednak część z nich spotyka jeszcze gorszy los. Dlaczego? Był Jezus, teraz jest obora
Nie wszystkie świątynie pozostały niezagospodarowane. Jednak mowa w
tym przypadku nie o religijnej posłudze, ale o przemianowaniu np. na…
oborę. Taki los spotkał kościół w Ciemierzyńach, znajdujących się nieopodal Przemyślan. Obecnie w budynku trzymana jest trzoda, co zresztą widać po wnętrzu. Nieuprzątniętym.
Po tym zdjęciu trudno nawet pomyśleć o tym, że obiekt służył kiedyś
jako dom boży. Jeszcze bardziej nie do pomyślenia jest to, że ktokolwiek
zdecydował się przerobić go na oborę.
Z kolei we wsi Wybranówka (rejon żydaczowski, obwód
lwowski), kościół przez wiele lat służył jako magazyn chemii. Żrące
materiały spowodowały bardzo duże zniszczenia. A świątynia posiadała
piękne elementy naścienne i architektoniczne.
Parafia pod wezwaniem Najświętszego Serca Jezusa zaczęła funkcjonować
w 1935 roku. Do II wojny światowej regularnie odbywały się tam msze
święte. Dziś obiekt niszczeje i jest rozkradany. Zniknął m. in.
okalający go metalowy płot. Więcej przeczytasz tutaj. Pod cerkiewną ochroną
Taki los spotkał wiele świątyń. Czasami wynikał on z tego, że wszyscy
katoliccy mieszkańcy opuścili określoną wieś i została ona zaadoptowana
na potrzeby grekokatolików. Tak było (i jest) chociażby w Oknianach,
niewielkiej miejscowości położonej pod Tłumaczem. To właśnie z tego
rejonowego miasta został do niewielkiej wioski przeniesiony zabytkowy
drewniany kościół. Być może dlatego nie podzielił on losu świątyni św.
Anny, która została zburzona na polecenie Sowietów w 1969 roku. Zresztą
tę historię również przedstawiamy poniżej.
Świątynia ta ma bardzo wielką wartość historyczną. Dzisiaj
funkcjonuje jednak jako cerkiew. Trudno było jednak uniknąć takiej
sytuacji. Natomiast mieszkańcy Oknian (dzisiaj Wikniany) dbają o obiekt i
dzięki nim, jest on dzisiaj w dobrym stanie. Obecni parafianie
utrzymują również kontakt z Polakami i z chęcią przypominają historię
kościoła, w tym jej długi, polski epizod. Przewrotny los św. Anny Kościół św. Anny w Tłumaczu wzniesiono w 1882 roku.
Niestety, za czasów radzieckich, dokładnie w 1969 roku, podjęto decyzję o
jego demontażu, który spowodował spore zniszczenia oraz przeznaczenie
budynku na świecki użytek.
Tłumaczanom udało się zabrać do Polski obraz św. Anny Samotrzeciej,
który obecnie znajduje się w Siedlakowicach. Przetrwał również krzyż z
parafii, którym przez kilkadziesiąt lat opiekowała się pani Józia
Maczulska, o której zresztą wielokrotnie pisaliśmy. O naszej ostatniej
wizycie u rodaczki przeczytacie tutaj.
Jak widać na powyższym zdjęciu, obecnie budynek niemal w niczym nie
przypomina kościoła św. Anny. Jednak, na co wszystko wskazuje, pod
podłogami znajdują się sarkofagi z duchownymi, którzy przez lata
prowadzili parafię. Po uzyskaniu przez Ukrainę niepodległości w 1991
roku budynek skomercjalizowano. Mieściły się w nim kinoteatr, dom
kultury, a przez ostatnie lata kluby disco. Niemal każdego wieczora
odbywały się tam huczne imprezy. Ale żaden biznes nie był w stanie
zagości w tym miejscu na dłużej. Mieszkańcy mówili nawet o klątwie i
duchach, które miały nawiedzać dj-ów podczas dyskotek.
Los uśmiechnął się jednak do Tłumacza. Budynek wykupił ukraiński
przedsiębiorca Bogdan Stanisławski i postanowił przeznaczyć go lokalnej
społeczności katolickiej. Na skraju Pokucia znów funkcjonować będzie
kościół św. Anny. Świątynia została już poświęcona przez abp Mieczysława
Mokrzyckiego, zwierzchnika kościoła rzymsko-katolickiego na Ukrainie.
Teraz odbywają się w nim regularne msze święte, na które przychodzi
coraz więcej osób. O sprawie informował m. in. Halicki Korespondent.
Wnętrze jest w dalszym ciągu bardzo „ubogie”, jednak mieszkańcy
przynoszą różne pozostałości po kościele, które zatrzymali przed jego
wyburzeniem. Zbierane są również pieniądze na odnowienie budynku i
przywrócenie mu kształtów sprzed 1969 roku. Wyglądałoby to tak: O polskie kościoły trzeba walczyć
W Podhajcach znajduje się piękny i robiący wrażenie
kościół pw Trójcy Przenajświętszej. Po 1945 roku, jak wiele innych tego
typu obiektów, służył on jako magazyn. Po upadku Związku Radzieckiego
polska społeczność z tego miasta rozpoczęła batalię o przekazanie jej
kościoła. Sztuka ta udała się dopiero w 2006 roku. Teraz w Podhajcach
regularnie odbywają się msze święte. Celebrowane są one wyłącznie w
dawnej zakrystii, ponieważ reszta budynku jest w dalszym ciągu
zdewastowana.
Kościół nie wygląda najlepiej, ale powoli jest odbudowywany i z całą
pewnością można mu przywrócić dawną świetność. Potrzebne są jednak do
tego pieniądze. Szansą jest ewentualne zaangażowanie się polskiego
rządu.
Katolickim mieszkańcom Podhajec trudno będzie zrobić więcej, ale oni
swoje zadanie już przecież wykonali. Dzięki nim świątynia przetrwała, a
dzisiaj odbywają się w niej msze święte. Kościół pw św. Trójcy zbudowany
jest na planie krzyża, z kamiennych ciosów. Ufundował go Michał
Buczacki. W kaplicy pochowany jest hetman wielki koronny Stanisław
Rewera Potocki.
Społeczności katolickiej nie jest łatwo odzyskać swoje obiekty,
zwłaszcza w większych miastach. Od 3 dekad trwa spór o plebanię przy ul.
Łyczakowskiej 53 we Lwowie. Sprawa ta ciągnie się
bowiem już od lat osiemdziesiątych (parafia funkcjonowała nawet za
czasów sowieckich). Budynek plebanii należy do miasta i umieszczona jest
w niej szkoła muzyczna. Sprawa trafiła nawet przed sąd i parafia pw św.
Antoniego ją wygrała, jednak Sąd Najwyższy Ukrainy skasował w 2014 roku
ten wyrok.
W Latyczowie znajduje się dziś robiące wrażenie
Sanktuarium Matki Bożej Latyczowskiej. Jeszcze przed wojną ze świątyni
Sowieci uczynili stajnię dla koni. Później, już po 1945 roku, robiła ona
za magazyn z nawozami, materiałami budowlanymi czy paliwem. Ponadto w
1984 ktoś podpalił budynek. Heroiczną postawą wykazali się katoliccy
mieszkańcy Latyczowa, którzy 27 maja 1989 roku odebrali siłą kościół z
„rąk” władzy.
Wtedy rozpoczęła się jego odbudowa. Dziś do Sanktuarium Matki Bożej
Latyczowskiej Królowej Podola i Wołynia pielgrzymują wierni z wielu
miejsc Ukrainy. W 2006 roku obchodzony był zaś jubileusz 400-lecia
świątyni. Pieniądze ministerstwa robią różnice
Jest też sporo kościołów, które dziś funkcjonują i są w świetnym
stanie, choć również przechodziły niełatwy okres. Jako przykład mogą
służyć chociażby Bołszowce
(rejon halicki). Co roku w tej miejscowości organizowane są „Spotkania
Młodych” Archidiecezji Lwowskiej. Mają one miejsce w Sanktuarium
Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny, który w XVII wieku został
ufundowany przez hetmana Marcina Kazanowskiego. Znajduje się ono na
pięknie położonym wzgórzu.
Kościół po II wojnie światowej cały czas niszczał i popadał w ruinę.
Dopiero od 2001 roku opiekę nad nim podjęli polscy franciszkanie. Dzięki
finansowaniu z budżetu Państwa Polskiego udało się wyremontować
klasztor i przywrócić mu świetność.
Kluczowa była oczywiście pomoc państwa polskiego, jak i nieoceniona
praca braci franciszkanów, którzy opiekują się świątynią. Ale środków
brakuje dla wielu katolickich obiektów, jak np. w Baworowie. Mimo, że tamtejszy kościół nie jest w najgorszym stanie, to potrzeba sporo pieniędzy, by doprowadzić go do „normalności. Niezłomnych szukajcie na Wschodzie
Chociażby w Przemyślanach. Tamtejszy kościół, który
powstał już w 1645 roku, odbudowany został przede wszystkim dzięki
niezłomnej postawie księdza Piotra Smołki, który do tej miejscowości
przyjechał w 1993 roku. Ale od początku.
Świątynię, jak wiele innych, zamknięto w 1945 roku. Początkowo
zrobiono z niej skład desek, później zaś fabrykę parasoli. W tym okresie
zniszczono wieżę kościelną, organy i barokowe ołtarze. Po upadku ZSRR
polska społeczność rozpoczęła walę o odzyskanie mienia. Dzięki staraniom
u władz w Kijowie i Lwowie, udało się to w 1996 roku. Jednak dyrektorka
fabryki „Modul”, Tatiana Szapowal, nie zamierzała opuścić obiektu i
budynku znajdującego się obok kościoła. Zażądała ona 50 tys. dolarów.
Strona internetowa parafii
w ten sposób opisuje finał sprawy: „Ks. Generał salezjanów Jan Vecchii,
który był u nas w październiku w 1996 r. na cmentarzu i widział w
jakich warunkach odprawiamy Mszę świętą, znalazł dobroczyńcę w osobie
ks. biskupa salezjanina z Rotterdamu z Holandii, Adriana, który
ofiarował nam tę ogromną sumę pieniędzy”.
W 1997 roku zaczęła się gruntowna przebudowa klasztoru, który dziś
jest ozdobą całych Przemyślan. Na msze święte, przychodzi zaś coraz
więcej osób, również Ukraińców.
Wiele osób jest świadomych, że gdyby nie niezmordowany i pełen wiary
ksiądz Piotr Smoła, dzisiaj w Przemyślanach polskiej parafii mogłoby nie
być. A przynajmniej nie w takim stanie. Jakie rokowania na przyszłość? Co wy tutaj robicie?
Kościół w Przemyślanach był naprawdę w kiepskim stanie, a mimo tego,
udało się go uratować. Daje to nadzieję dla innych tego typu obiektów.
Potrzeba jednak zaangażowania, pracy u podstaw i oczywiście pieniędzy. I
tutaj należy liczyć na pomoc rządu polskiego, a szczegółowiej mówiąc
Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Ks. Adam Przywuski, kustosz Sanktuarium Matki Bożej Latyczowskiej,
opowiadał nam ostatnio o wizycie w jednym ze zniszczonych polskich
kościołów, który zresztą katolicka społeczność zamierza odzyskać. Na
zakrystii świątyni umieszczone są obecnie toalety. Właścicielka obiektu,
zaskoczona wizytą księdza, zapytała go „co wy tutaj robicie?”. Duchowny
odpowiedział chyba w najlepszy sposób, w jaki tylko mógł „No właśnie,
co wy tutaj robicie?”.
Autor: Łukasz Wolski
demos to po grecku ta warstwa społeczna, która miała niewolników a więc "demoskratos" to władza tej warstwy społecznej. Tłumaczy nam się, że "demokracja" oznacza władzę ludu. Lud to "ochlos". Aby być ścisłym powinniśmy wdrażać ochlokrację)." Polecam zacząć oglądanie od 15 minuty
P.Witku jest Pan bardzo spostrzegawczy bardzo inteligietny .ale ktos to celowo poukladal i ciezko bedzie to zmienic to jest swiadomosc ktora sie zdobywa przez wiedze i doswiadczenie.A ludzie sie tylko budza wtedy kiedy poczuja glod to raczej obecnie nam nie grozi.Manipulacia jest opanowana do perfekcij.Obecnie ludziom mozna stworzyc zycie wirtualnie i to sie dzieje w duzych miastach zachodu .Dzisiaj pokazuja cos wTV a jutro malpy juz opanowaly.Serdecznie Pozdrawiam