n e v e r l a n d d

- ANTISOZIALISTISCHE ELEMENTE - *** TA MI OTO PRZYPADŁA KRAINA I CHCE BÓG, BYM W MILCZENIU TU ŻYŁ * ZA TEN GRZECH, ŻE WIDZIAŁEM KAINA ALE ZABIĆ NIE MIAŁEM GO SIŁ *** " DESPOTYZM przemawia dyskretnie, w ludzkim społeczeństwie każda rzecz ma dwoje imion. " ******************** Maria Dąbrowska 17-VI-1947r.: "UB, sądownictwo są całkowicie w ręku żydów. W ciągu tych przeszło dwu lat ani jeden żyd nie miał procesu politycznego. Żydzi osądzają i na kaźń wydają Polaków"

Archiwum

POGODA

LOKALIZATOR

A K T U E L L






bezprawie.pl
"Polska" to kraj bezprawia

wtorek, maja 04, 2010

soviet murders


Paweł Andrejew był słynną postacią w polskim Wilnie lat pomiędzy dwoma wojnami światowymi XX wieku. Spolszczony Rosjanin, który był wybitnym polskim adwokatem, z mieszanej rodziny polsko-rosyjskiej od dawna mieszkającej na Litwie, zasłynął swoimi mowami obrończymi wygłaszanymi po polsku. Jego wystąpienia w sądzie znane były daleko poza Wileńszczyzną. W Jego zachowaniu w trakcie rozprawy dużo było aktorstwa, czasami niby nie uważał, wydawał się roztargniony albo demonstracyjnie zajęty czytaniem powieści kryminalnej, by nagle wkroczyć w bieg rozprawy z wnioskiem proceduralnym, bądź trafną repliką.

Paweł Andrejew był popularny w Wilnie ze względu na przymioty swego charakteru i cechy moralne, chęć pomocy innym, bezinteresowność. Był człowiekiem życzliwym ludziom. Wielokrotnie występował w sądzie pro deo pomagając biednym i słabym. Wolny czas spędzał pośród przyjaciół i kolegów bądź to w restauracji, bądź na prywatnych przyjęciach.

Mimo że otwarcie apolityczny, Paweł Andrejew nie bał się zająć otwartego stanowiska w sprawach, które uważał za ważne. Między innymi sprzeciwiał się narastającym w Polsce w latach trzydziestych nastrojom antysemickim, doprowadzając swoim wpływem w Wilnie do zwolnienia jednego z antysemickich profesorów Gimnazjum im.Joachima Lelewela w Wilnie.

Życie Pawła Andrejewa kończy się nagle w 1942 roku. Strona ta przypomina Jego postać.

Paweł Andrejew urodził się w Wilnie 14 września 1887 roku, w mieszanej rodzinie rosyjsko-polskiej. Syn rosyjskiego szlachcica - Bazylego Andrejewa, z zawodu adwokata, wychowywany był przez ciotkę Piotrowską, która wpoiła mu miłość do polskiej mowy i kultury. Ukończył gimnazjum w rodzinnym Wilnie. Brał udział w strajkach szkolnych 1905 roku. Następnie studiował prawo na uniwersytecie w Sankt Petersburgu.

Zdjęcie z tego okresu przedstawia Pawła Andrejewa w mundurze studenckim.

W czasie studiów Paweł Andrejew poznaje Eugenię Pochitonow, pochodzącą z Wilna jedną z jedenastu córek znanego dentysty wileńskiego Mikołaja, która po ukończeniu gimnazjum żeńskiego w Wilnie, studiowała w Sankt Petersburgu w szkole dla panien. Eugenia dobrze mówiła po polsku i czytała książki w tym języku.

Fotografia przedstawia Eugenię Pochitonow w klasie maturalnej.

Po ukończeniu studiów oboje powracają do Wilna i tam pobierają się.

Paweł Andrejew zostaje wpisany w 1912 roku na listę adwokatów w Wilnie.

Zdjęcie przedstawia Pawła Andrejewa ok. roku 1912.

Karierę adwokacką Pawła Andrejewa przerywa I-sza Wojna Światowa i powołanie w 1915 roku do wojska.

Wilno zostaje we wrześniu 1915 roku zajęte przez Niemcy. Dwa miesiące wcześniej młodemu małżeństwu rodzi się syn Igor.

Okupacja niemiecka trwa aż do 1918r., ale jej zakończenie nie zamyka okresu, w którym wielokrotnie zmienia się przynależność państwowa Wilna. Miasto znajduje się kolejno w rękach polskiej Samoobrony, pod zarządem władzy sowieckiej, w obrębie niepodległej Polski, ponownie w rękach sowieckich, w obrębie niepodległej Litwy, od 9 października 1920 pod polskim zarządem wojskowym generała Lucjana Żeligowskiego, następnie w obrębie polskojęzycznej Litwy Środkowej, zanim powraca prawnie 20 lutego 1922 roku do Rzeczpospolitej.

Fotografia przedstawia Pawła Andrejewa z synem w roku 1921 w Wilnie. Fotografował fotograf wileński M.Marskin (dawniej Chodźko).





Lata międzywojenne to okres szybkiego rozwoju Wilna. Paweł Andrejew poświęca się pracy adwokackiej. Robi błyskotliwą karierę. Zyskuje reputację jako świetny mówca i doskonały znawca prawa obowiązującego wtedy w Polsce na Wileńszczyźnie. Podejmuje się spraw w sądach prowincjonalnych, spraw ludzi biednych i spraw trudnych. Jest dumny z wykonywanego przez siebie zawodu. Powtarza często polskie brzmienie starej łacińskiej maksymy, że zawód adwokata jest piękny jak cnota.


Po pracy spędza czas głównie w towarzystwie kolegów. Jest lubianym kompanem towarzyskich posiedzeń. Na pytanie Kuriera Wileńskiego, jaka jest jego ulubiona książka odpowiada: -Kodeks Karny.

Nie jest to dalekie od prawdy, bo Paweł Andrejew spędza większość czasu pośród ludzi. Poza tym w wolnych chwilach tłumaczy na rosyjski wiersze polskich poetów albo rysuje.

‹ Fotografia przedstawia pieczęć do lakowania listów z inicjałami Pawła Andrejewa.

W 1927 roku Paweł Andrejew broni z urzędu przed sądem w Warszawie, zabójcy pierwszego posła radzieckiego w Polsce Wojkowa. Piotr Wojkow był postacią ważną dla Rosji Sowieckiej - był on wcześniej dowódcą oddziału Armii Czerwonej, który dokonał egzekucji rodziny carskiej w Rosji. W momencie zabójstwa Wojkow był równocześnie przewodniczącym delegacji sowieckiej w rokowaniach obu krajów po Pokoju Ryskim, o zwrot polskich skarbów kultury (m.in. Szczerbca). Zostaje on zabity 7 czerwca 1927r. strzałami z rewolweru na Dworcu Głównym w Warszawie przez Borysa Kowerdę, osiemnastoletniego ucznia gimnazjum z Wilna, syna działacza białogwardyjskiego. Paweł Andrejew podejmuje się tej sprawy na prośbę matki oskarżonego, która osobiście prosi Go o pomoc. Proces ten o znaczeniu międzynarodowym, powoduje, że Andrejew staje się znany w całej Polsce.

Adwokat Paweł Andrejew w latach 20-tych na sali sadowej.›

Pomimo to, Paweł Andrejew nie podejmuje się spraw poza Wileńszczyzną i rzadko opuszcza Wilno. Jego nieliczne wyjazdy z miasta, to wypady w góry, na narty. Był członkiem Polskiego Związku Narciarskiego.

W latach trzydziestych Andrejew jest sławnym adwokatem w Wilnie z kancelarią na ulicy Mickiewicza. Pomimo swojej pozycji zawodowej, podejmuje się wielu spraw bezinteresownie, by pomoc ludziom. Prowadzi wiele spraw ziemian i ludzi ze wsi. Współcześni pamiętają go jak w długim płaszczu podbitym futrem i butach oficerskich, porusza się pociągiem i dorożkami po Wileńszczyźnie. Prowadzi dziesiątki spraw rocznie. Prowadzi też wiele spraw w obronie jednostki przeciwko potężniejszym instytucjom. Uważa że obowiązkiem adwokata jest obrona praw obywatela niezależnie od pozycji jaką zajmuje on w społeczeństwie, jego wyznania czy pochodzenia.

Po prawej: pudełko ofiarowane Pawłowi Andrejewowi w 1931 roku przez Rodzinę Chocianowiczów oraz: Paweł Andrejew w kancelarii przy ulicy Mickiewicza w Wilnie, ok.roku 1922.


Małżeństwo z Eugenią nie układa się dobrze. Pomimo to, adoptują oni na początku lat dwudziestych chłopca wziętego z sierocińca - Aleksandra (ur.1913 - zm.1943; urodzony jako Aleksander Keps). Eugenia z chłopcami spędza czas w domu letniskowym Andrejewów pod Niemenczynem, Paweł Andrejew pozostaje w Wilnie i poświęca się pracy adwokackiej. Mieszkanie Andrejewów mieściło się w tym samym domu co kancelaria, przy ulicy Mickiewicza 37.

Zdjęcie przedstawia Pawła Andrejewa z przybranym synem Aleksandrem ok. roku 1939.

Po wybuchu II-giej wojny światowej, 19 września 1939 roku miasto zostaje zajęte przez Armię Czerwoną i po kilku tygodniach przekazane Republice Litewskiej. Oficjalnie Wilno zostaje stolicą Litwy, w rzeczywistości jednak nadal jest miastem polskim. Litwini zamykają uniwersytet i teatry. Następują zmiany w sądownictwie, które uniemożliwiają pracę polskim adwokatom. Te zmiany zaskakują Pawła Andrejewa bez rezerw finansowych.

Po prawej: ul. Mickiewicza w Wilnie z gmachem Sądu Okręgowego (po lewej). W budynku tym w w czasach ZSRR mieściło się NKWD, potem KGB, a obecnie znajduje się dostępne publicznie archiwum tych instytucji (Gedymina 40).


W czerwcu 1940 roku, Rosja Sowiecka ponownie zajmuje miasto. Zaczynają się prześladowania polskiej inteligencji, wojskowych, pracowników sądownictwa i administracji. W krótkim okresie rządów Republiki Litewskiej w Wilnie, Paweł Andrejew uzyskał paszport, gdzie jego imię i nazwisko zostało zapisane z litewska - Povilas Andréjévas. Fakt ten opóźnia Jego aresztowanie. Był jednak w Wilnie postacią zbyt znaną: w październiku 1940 roku, Paweł Andrejew zostaje ostrzeżony o grożącym Mu niebezpieczeństwie. Ze względu na brak pieniędzy i potrzebnych dokumentów, ucieczka wydaje się niemożliwa. Paweł Andrejew decyduje się stawić czoła grożącym mu przeciwnościom.

NKWD dokonuje aresztowania Pawła Andrejewa 31 października 1940 roku i osadza Go w więzieniu w Wilnie. Według relacji współczesnych, litewska część obsługi więzienia pozostała tam z czasów Rzeczpospolitej, serdecznie pozdrawiała przyprowadzonego przez agentów znakomitego adwokata, który wcześniej przychodził tam do swoich klientów.

Fotografia więzienna Pawła Andrejewa z archiwum NKWD w Wilnie, ujawnionych po upadku komunizmu. Proszę zwrócić na uwagę litewską pisownię imienia i nazwiska aresztowanego. Akta reg. nr.7321, Lietuvos Ypatingasis Archivas, Vilnius, Gedymino pr.40


Paweł Andrejew zostaje wraz z innymi adwokatami wileńskimi przewieziony w głąb Rosji, do miasta Gorkij i tam w sierpniu 1941 roku, osadzony w Więzieniu Nr 1. Według świadectwa adwokata wileńskiego Rutkiewicza również tam więzionego, latem 1941 roku, kiedy w Rosji Sowieckiej formuje się Armia Andersa, części uwięzionych Polaków udaje się wydostać z więzienia. Andrejew pozostaje jednak w zamknięciu i po odparciu hitlerowskiego ataku na Moskwę (grudzień 1941), w lutym 1942 roku zostaje wytoczony Mu proces. Zgodnie z prawem radzieckim - niema adwokata.







Oskarża się Go o "wrogi stosunek do Związku Radzieckiego". Paweł Andrejew nie przyznaje się do winy. Po krótkiej rozprawie, 9 lutego 1942 roku zostaje wydany wyrok kary śmierci. Andrejew odwołuje się od tego wyroku. Odwołanie pisze sam, zwraca w nim uwagę na niewłaściwą kwalifikację prawną wyroku. Apelacja ta zostaje częściowo uwzględniona, bo zostaje zmienione uzasadnienie wyroku, ale kara pozostaje niezmieniona.





W marcu 1942 roku, Sędzia Kolegium Wojskowym Sądu Najwyższego ZSRR, generał Wasyl Ulrich wysyła do Gorkij telegram z poleceniem wykonania wyroku (oryginał w obecnie dostępnych aktach NKWD w Wilnie) i 16 marca 1942 o godzinie 23.00, w czasie gdy Rosja stacza ciężkie walki z Niemcami na froncie wschodnim, Paweł Andrejew zostaje rozstrzelany.









Po wojnie, przez szereg lat władze radzieckie utrzymywały, że Paweł Andrejew został zwolniony z więzienia do Armii Andersa i opuścił Rosję wraz z wojskiem polskim do Pahlevi w Iranie i tam zmarł w wyniku choroby. Dopiero w 1949 roku, przy pomocy Czerwonego Krzyża, udaje się ustalić Jego prawdziwy los, choć informacja o Jego śmierci wtedy udzielona rodzinie jest bardzo ogólnikowa: zmarł w więzieniu. Jego losy w ostatnich miesiącach życia, szczegóły Jego skazania i wykonania kary, zostają ujawnione dopiero po upadku komunizmu. Grób symboliczny Pawła Andrejewa znajduje się na cmentarzu Powązkowskim (dawny Wojskowy) w Warszawie.

Pamięć o znakomitym adwokacie przedwojennego Wilna nie zaginęła. Wielu Wilnian przypomina Go w swoich wspomnieniach. Był człowiekiem, który służył innym.

Strona `In Memoriam - Paweł Andrejew´ powstała w 65-tą rocznicę Jego śmierci przy współpracy wnuków i prawnuków Pawła Andrejewa Facsimile pisma Czesława Miłosza pochodzi z Jego listu do Piotra Andrejewa, napisanego z Berkeley 19 stycznia 1983 roku Fotografie z albumów rodzinnych zostały udostępnione przez Panią Darię Andrejew-Frączek Informacje z archiwum byłego NKWD w Wilnie dostarczył Pan Jan Rutkiewicz


Strona ta ukazuje się w Internecie dzięki pomocy BRCS w Gdyni Wilno dzisiaj: http://www.world-city-photos.org/Vilnius/

słowo o CONRADZIE


Śladami Conrada       

październik 2007

Leszek Szymański:

– ...pewnego razu, będąc na Cejlonie, siedząc pod olbrzymim wachlarzem śmigłowym, zdałem sobie nagle i ostro sprawę, że wędruję śladami Conrada...

Leszku, jeśli pozwolisz – chciałabym zadać Ci kilka pytań na temat Twojej działalności i publikacji, jakich dokonałeś przez kilkadziesiąt lat przebywania poza granicami Polski. Są to sprawy o których nie uczono w szkołach i przez wiele lat nie pisano w gazetach i byłoby dobrze gdyby przedstawiciele młodego pokolenia mogli dowiedzieć się czegoś na ten temat bezpośrednio od Ciebie, a nie z suchych podręcznikowych omówień. A więc wyjechałeś z Polski przeszło pięćdziesiąt lat temu jako młody pisarz, publicysta, redaktor. Przebywałeś w Indiach, na Filipinach, w Australii, Wielkiej Brytanii, w Stanach Zjednoczonych Ameryki. Zacząłeś pisać po angielsku. Już kiedyś się zdarzyło, że, wyjechał z Polski młody człowiek i stał się pisarzem anglojęzycznym. To Joseph Conrad Korzeniowski. Czy wyjeżdżając miałeś świadomość, że wstępujesz w jego ślady?

dr Leszek Szymański, czyli...

– Nie, nigdy nie kojarzyłem siebie jako pisarza z Korzeniowskim. Może bardzo powierzchownie. Pamiętam, że pewnego razu, będąc na Cejlonie, siedząc pod olbrzymim wachlarzem śmigłowym, zdałem sobie nagle i ostro sprawę, że wędruję śladami Conrada, że oglądam resztki imperium brytyjskiego, podziwianego przez Korzeniowskiego za czasów świetności, że może on siedział pod tym samym wachlarzem, na tej samej werandzie popijając herbatę, lub coś mocniejszego. Prócz tego decyzja Korzeniowskiego pobytu za granicą była tylko pół-polityczna. Moja zdecydowanie polityczna.
Słyszałam, że jest wiele faktów w Twoim życiorysie, które są bardzo podobne do faktów z życia Conrada. Podobnie, jak on, wyjechałeś z kraju i nauczyłeś się języka angielskiego w wieku dojrzałym i tak jak on zachowałeś charakterystyczny akcent. Wreszcie, tak samo jak on, przestałeś pisać po polsku. Swoje utwory tworzyłeś już tylko w języku angielskim. Czy możesz powiedzieć coś więcej na temat tych zadziwiających zbieżności, których jest podobno dużo więcej?

– Wyjechałem z Polski do Indii mając skromny, ale ostry dorobek literacki w języku polskim, i osiągnięcia, z których nie zdawałem sobie nawet sprawy. Teraz po przeszło 50 latach okazało się, że prąd literacki i pismo „Współczesność” stały się rozdziałem w Literaturze polskiej, a nawet jak niektórzy uważają epoką, a ja wyrosłem na... legendę! No i co już gorsze stałem się seniorem politycznych polskich pisarzy emigracyjnych

Z angielskim byłem osłuchany od czasów gimnazjalnych. Mój ojciec Kazimierz, świetnie władał tym językiem. Duży wpływ miało na mnie, że mój serdeczny przyjaciel (i członek grupy literackiej „Współczesność”) Hindus, Kedar Nath, choć jego mową rodzinną był Urdu, pisał po angielsku. Pokazało mi to, że można coś osiągnąć w literaturze w cudzym języku. Obecnie i wtedy zjawisko w Polsce wprost unikalne. Dość dużo pisałem rzeczy publicystycznych i dziennikarskich. Najważniejsze były w „Kulturze” i „Wiadomościach (tam też parę opowiadań). Jest to rozsiane po pismach polonijnego świata, zwłaszcza, że o przedrukach redaktorzy nie fatygowali się mnie zawiadamiać.

...Dr Leslie Shyman
Podobno aby pisać w obcym języku trzeba zacząć w nim nie tylko mówić ale i myśleć? Czy tak właśnie było w Twoim przypadku?

– Korzeniowski twierdził, że od lat nim zaczął pisać już myślał po angielsku, że jego pierwsze utwory literackie były w tym języku. Na pewno dużo czytał po angielsku, ja też. Ja zacząłem wpierw tłumaczyć swe opowiadania na angielski, wygładzał mi to zawodowy agent literacki J.C. Walls, któremu wiele zawdzięczam. Pierwszym takim korektorem jeszcze w Polsce był Kedar Nath, doskonały stylista! W pewnym momencie, nagle sobie zdałem sprawę, że łatwiej mi jest pisać po angielsku, choćby z błędami, niż tłumaczyć z polskiego. Często myślałem i myślę po angielsku.
A co z Twoim warszawskim akcentem? Podobno zachowałeś go do dzisiaj?

– Jeśli chodzi o polski akcent, zachowałem go do dziś dnia. Wystarczy mi powiedzieć dzień dobry – „good morning” by pytano mnie z jakiego jestem kraju. Podobnie jak Korzeniowski nie potrafię wymówić dźwięku „th”. Zresztą i po polsku nie wyzbyłem się warszawskiego akcentu i pisząc po polsku często się łapię na tym, że piszę fonetycznie. W angielszczyźnie do tej pory nie uporałem się z rodzajnikami, których brakuje w języku polskim. Wbrew prostym regułom jest tyle wyjątków i idiomatycznych zastosowań, że nie mogę się obyć bez pomocy, kogoś urodzonego w tym języku. Chyba dlatego, że nie jest to mój język ojczysty i muszę się stale korygować, jestem uważany za świetnego stylistę. Choć moja metoda pisarska, a zwłaszcza stylistyka są wprost przeciwieństwem techniki konradowskiej.
Zauważyłam, że mówisz Korzeniowski a nie Conrad. Czy ma to dla Ciebie jakieś głębsze znaczenie?

– Tak. Józef Korzeniowski wystartował jako Joseph Conrad. Jego narodowości jest trudno się domyślić na postawie powieści i opowiadań. Ja na odwrót w literaturze (nawet w amerykańskich i australijskich słownikach pisarzy) jestem odnotowany jako Leszek Szymanski. Natomiast w życiu prywatnym jestem Dr Leslie Shyman. Nazwisko zmieniłem, gdyż jako Polak w Australii, w latach 60-tych nie mogłem dostać lepszej pracy. Pewnego dnia, jakaś sekretarka mi oświadczyła, że mam alfabetyczną zupę zamiast nazwiska. Gdy zmieniłem nazwisko, przynajmniej docierałem do „interviews”. Korzeniowskiemu ani w życiu prywatnym, ani w zawodzie marynarskim nazwisko nie przeszkadzało. Na pewno by mu przeszkodziło w starcie literackim. Konrad było imieniem symbolicznym. Wbrew intencjom rodziców Jozef Teodor Konrad nigdy nie stał się KONRADEM. Ciekawe, że Korzeniowski/Conrad, który nienawidził Rosji, Rosjan i ich literatury, nazwał swego syna Borys. Imieniem kojarzącym się bardziej z Rosją niż Ukrainą, ale już wcale z Polską....
Tak imiona kryją czasem tajemnice, czasem przysparzają kłopotów. Słyszałam, że miałeś kłopoty z powodu swojego imiennika?

– Moje imię Leszek, nadane mi w roku 1933 było wtedy dość rzadkie i długo mylone z Lechem. Dziś od Leszków aż się roi, ale skąd się w Polsce wzięli tak liczni Dariusze intryguje mnie do tej chwili. Nota bene, kiedyś miałem przez te swe pierwsze imię trochę kłopotów. Otóż w Londynie krył się w szpitalu dla psychicznie chorych mój imiennik, który się produkował rzewliwymi religijnymi opowiastkami w „Dzienniku Polskim”. Prasa w PRL miała duży ubaw z domniemanego przestawienia przeze mnie chorągiewki. Nawet Jerzy Giedroyć w to uwierzył. Jak się sprawa wyjaśniła była to już musztarda po obiedzie.

A mówiąc jeszcze o narodowości to obracam się twórczo w kręgu polskim. Choć większość mych opowiadań i powieści jest osadzona na egzotycznym tle bohaterami są Polacy. Bo potrafię wczuć się w psychikę polską, ale nie umiem oddać bohaterów innej narodowości. Osadzić ich w realiach. Conrad wybrnął z tej trudności stwarzając niejako abstrakcyjne postacie, ponadczasowe i stale stosując technikę narratora. Egzotyczne tło to dla niego dekoracja.
Jest jeszcze jedna zbieżność – podobnie jak Joseph Conrad nie wybrałeś sobie na żonę Polki. Czy to był świadomy wybór, czy też głos serca?

– Korzeniowski już jako Conrad przyznawał się, że pociągały go orientalne kobiety, ale że nie odważył się przekroczyć granicy. W ogóle przez przeszło dwadzieścia lat był kawalerem. Mnie te rasowe granice nie przerażały, przekraczanie ich było fascynujące.
Teraz pytanie z rodzaju trudnych. Joseph Conrad spotykał się z zarzutami współczesnych. Krytycy zarzucali mu brak patriotyzmu, wytykali, że porzucił kraj dla korzyści materialnych, że sprzeniewierzył się obowiązkowi narodowemu odchodząc od ojczystego języka i pisząc po angielsku w czasach, gdy ojczyznę zniewolili zaborcy Eliza Orzeszkowa oburzała się, że Korzeniowski wzbogaca kulturę Anglosasów, „którym nawet ptasiego mleka nie brakuje”. Czy Ty też spotykałeś się z zarzutami wynikającymi z faktu, że dla swej twórczości wybrałeś język angielski?

– Zarzuty Orzeszkowej są idiotyczne, zresztą nie tylko jej, bo zabrała głos w ramach szerszej dyskusji, o ucieczce talentów z Polski. Korzeniowski wyjechał z Krakowa jako kilkunastoletni chłopak. O Polsce mało co wiedział. Podobnie jak o życiu ludzi między którymi spędzał urlop na mniej lub więcej egzotycznym lądzie. Wiec jak mógł pisać powieści z polskim tłem? Pisarzem został, gdy żaglowce wyszły z mody i liczył na utrzymanie się z pióra. Gdyby został w Polsce nie wiadomo, czy w ogóle byłby pisarzem. Ojciec Apollo był literatem, ale zasłynął jako niefortunny polityk i konspirator. Zarzuty za wyobcowanie się padły dopiero wtedy, gdy Conrad stal się sławny. Wątpię, aby w Polsce kiedykolwiek stal się sławnym. ... Jeśli o mnie chodzi, to zacząłem pisać po angielsku idąc między innymi za radami Giedroycia i Grydzewskiego. Rynki zbytu dla prawdziwych pisarzy ciągle się kurczyły. Dla pisarzy emigracyjnych piszących po polsku nie istniały. Nigdy nie stałem się sławny. A w Polsce byłem unicestwiony przez cenzurę, więc prawie nic o mnie nie pisano. A tym bardziej o moich sukcesach, które odnosiłem u krytyków ale nie czytelników.
Joseph Conrad Korzeniowski naraził się też rodakom swoim ironicznym stosunkiem do twórczości Henryka Sienkiewicza, którego „Trylogię” nazwał w jednym z listów do Kazimierza Waliszewskiego „Heroiczną ewangelią św. Henryka”. Czy w tym przypadku Twoja opinia jest również zbieżna z opinią Conrada?

– Moje i Conrada gusty literackie są bardzo różne. Ale w tym wypadku się pokrywają. Gdy czytałem ponownie „Trylogię” jako dorosły człowiek uznałem to za bzdury. Z trudem i z obowiązku dobrnąłem do końca tego dzieła.
Myślę, że polscy czytelnicy chcieliby się dowiedzieć czegoś więcej na temat Twojej twórczości z okresu po wyjeździe z Polski. Są to wszystko dzieła, które napisałeś po angielsku. W Polsce nie ukazały się dotychczas tłumaczenia. Może więc opowiesz nam o swoim dorobku literackim.

– Zacznę od tego, że nie jestem powieściopisarzem i nowelistą sensus strictum. Jestem także historykiem i politologiem. Napisałem monografie „Casimir Pulaski in America”. Pokazałem olbrzymią rolę jaką odegrał Pułaski w amerykańskiej wojnie domowej, podkreślam, że to była wojna domowa. Pokazałem jego konflikt z Waszyngtonem. Wyciągnąłem mnóstwo nieznanych dokumentów. Ustaliłem szczegóły i szczególiki. Daty, nazwiska, a nawet jak wyglądały guziki w Legionie Pułaskiego. Kopalnia wiadomości dla „Pułaskologów”.

Następnie opracowałem historię „Solidarności” z punktu widzenia systemowego. Książka znakomicie przyjęta przez zawodowych politologów.

„Living with the Weird Mob” to eseje na temat Australii, Anglii i Filipin. Parę lat temu ukończyłem, proszę mi wybaczyć samochwalstwo, rewelacyjną biografię, choć nie monografię, Pawła Strzeleckiego.

Z książek ściśle literackich wydałem zbiór opowiadań „Escape to the Tropics”. Seria dłuższych opowiadań połączonych osobą bohatera Jana Skrzetuskiego (pseudonim Akowski) to „On the Wallaby Track” – Na Kangurzym Szlaku. Pisane w stylu londonowskim i dzieje się w tropikalnej Australii i na Nowej Gwinei. Opowiadania cieszyły się dość dużym i międzynarodowym powodzeniem, ale nigdy się nie ukazały w formie książkowej. Największe powodzenie zdobyły w Holandii.

„Warsaw Aflame” to historia niemieckiej okupacji Polski”, graficznie współpracował ze mną Czesław Banasiewicz.

„Narzeczone” to „romans” sydnejski z lat 60-tych. Było to drukowane odcinkowo w paru pismach emigracyjnych. Po polsku jest również broszurka „Pulaski Bohater Nieznany”.

W maszynopisach pozostaje jeszcze parę powieści po angielsku i dwa skrypty filmowe.
A nad jakimi dziełami pracujesz teraz? Wiem, że jednym z nich jest monografia Jose Rizala – bohatera filipińskiego. Poza tym słyszałam, że piszesz traktat filozoficzny dotyczący tajemnicy istnienia. Kiedy te dzieła będą wydane i czy ukażą się w języku polskim?

– Moja biografia Jose Rizal’a będzie, mam nadzieję, czymś niezwykłym. Nie chodzi tu tym razem o fakty, opieram się głównie na znanych źródłach, ale są tam liczne interpretacje, tło historyczne i dygresje w sfery filozoficzne i literackie. Staram się też łączyć biografię Filipińskiego bohatera ze sprawami polskimi i ogólnymi. Mam nadzieję, że przez to będzie to książka interesująca nie tylko dla Filipińczyków i Polaków, ale dla międzynarodowego czytelnika.

Co do traktatu filozoficznego to raczej zamierzony „opus”, gdzie „opisuję” swą religio-filozofię. Chcę to opracować bardzo solidnie i w miarę możliwości naukowo, to jest bez sztucznych założeń i prawd objawionych, najwyżej znajdą się tam intuicyjne domysły – prawdy, których nie mogę udowodnić, stąd wynika me określenie religio-filozofii. Nie mogę się tym zająć na serio nim ukończę Rizala. Nie potrafię pisać na raz dwu rzeczy. Jestem jednotorowy. Staram się nasiąknąć XIX wiekiem...

W ogóle mam dużo planów literackich. Zobaczymy, albo nie, co z tego wyjdzie. Jak na razie przekonałem się, po krótkim wypadzie do Polski, po 50 latach !, że na rynek polski nie mam co liczyć, więc ostanę się przy języku angielskim jako narzędziu literackim, więc w tym miejscu kłaniam się panu kapitanowi Józefowi Korzeniowskiemu zwanemu Conradem.
Na zakończenie chciałabym złożyć Ci gratulacje z powodu przyznania Ci w lipcu bieżącego roku przez ”Miasto Literatów” nagrody im. Josepha Conrada Korzeniowskiego.
Dziękuję za rozmowę i życzę dalszych sukcesów.

Wywiad przeprowadziła Jurata Bogna Serafińska

Warszawa, 2007 r.

Dr Leszek Szymański – literat, dziennikarz, założyciel i pierwszy redaktor naczelny legendarnego pisma „Współczesność”. Po wyjeździe z Polski w roku 1958 trafił przez Indie, Filipiny, Australię i Anglię do USA, gdzie mieszka obecnie. Na jesieni 2006r. odwiedził Polskę z okazji obchodów pięćdziesięciolecia powstania „Współczesności”. W lipcu 2007 roku dr Leszek Szymański otrzymał przyznaną mu przez „Miasto Literatów” nagrodę im Josepha Conrada Korzeniowskiego. Uroczystość wręczenia nagrody odbyła się 22 lipca w Orlando na Florydzie.

Wywiad opublikowano w polonijnym Portalu „Miasto Literatów”.

Przeczytaj również: Tajemnica smugi cienia(link)
Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum