Grupka 40 młodych naukowców, którzy jako pierwsi
wzięli udział w programie ministerstwa nauki Top 500 Innovators postawiła sobie
zadanie, którego od z górą 20 lat nie udaje się zrealizować wszystkim polskim
instytucjom razem wziętym. Chcą wyrwać Polskę z innowacyjnej zapaści, i to w
ciągu kilkunastu lat. Jeśli im się powiedzie, to raczej na przekór otoczeniu
instytucjonalnemu.
Młodzi naukowcy niedawno wrócili ze stażu na Uniwersytecie Stanforda, trzecim
na liście najbardziej prestiżowych uczelni na świecie, na którym uczyli się
głównie tego jak ich wynalazki przekształcić w sukces komercyjny. Za nimi na
podobne staże pojadą kolejni. Jeszcze w tym miesiącu na Uniwersytet Stanforda
wyjedzie 40-osobowa grupa polskich naukowców, a w październiku na jedną z
najbardziej prestiżowych światowych uczelni – jeszcze nie wiadomo którą –
wyjedzie następnych 40 uczestników programu. Program
Top 500
Innovators przygotowany został dzięki staraniom prof. Piotra Moncarza,
profesora Uniwersytetu Stanforda.
>
wywiad z prof. Moncarzem
Ministerstwo nauki zakłada, że w ramach programu
Top 500
Innovators staże na najlepszych światowych uczelniach odbędzie łącznie
pięciuset najbardziej obiecujących, innowacyjnych polskich naukowców. Będą oni
podnosić swoje kwalifikacje w zakresie współpracy z gospodarką, zarządzania
badaniami naukowymi i komercjalizacji ich wyników.
Efekty pierwszej edycji programu już teraz są bardzo obiecujące i gdyby
podobne były wyniki kolejnych staży to kto wie, być może grono pięciuset
naukowców wywoła zwrot w polskiej nauce i zmieni obraz Polski jako innowacyjnej
pustyni.
Pierwsza jaskółka
Top 500 Innovators to chyba pierwszy od początku transformacji ustrojowej w
Polsce program, w którym problem innowacyjności polskiej nauki został
potraktowany strategicznie i mógłby być zalążkiem efektywnego systemu wspierania
innowacji z prawdziwego zdarzenia. O tym, że taki system jest potrzebny, a nadal
go nie ma świadczą też doświadczenia uczestników pierwszej edycji programu
ministerstwa nauki.
Anna Czerwoniec jest bioinformatykiem. Niedawno założyła firmę, której jedną
z form działalności jest przeprowadzanie wirtualnych badań przesiewowych, czyli
symulacji komputerowych reakcji związków chemicznych z białkami pochodzącymi z
bakterii innych drobnoustrojów wywołujących choroby. Jej analizy mogłyby
znacznie przyspieszyć badania nad nowymi lekami, a jednocześnie ograniczyć ich
koszty, gdyż do testów rzeczywistych byłyby przeznaczone tylko te substancje,
które pozytywnie przeszły fazę symulacji komputerowej.
Czerwoniec od pewnego czasu zabiega o środki na sfinansowanie dalszych prac.
Prowadziła w tej sprawie negocjacje z funduszami inwestycyjnymi działającymi w
Polsce. Podczas stażu na Uniwersytecie Stanforda zetknęła się z
przedstawicielami tamtejszych funduszy
venture capital, ale nie
próbowała z nimi podejmować rozmów o zaangażowaniu w jej firmę. Te kontakty
wystarczyły jej jednak do dostrzeżenia różnic w oczekiwaniach funduszy
działających w Polsce i Krzemowej Dolinie.
- Polskie fundusze oczekują szybkich zysków, najlepiej już w pierwszym roku
inwestycji, podczas gdy reprezentanci funduszy amerykańskich uważają tak
wyśrubowane wymogi za niemożliwe do spełnienia i są gotowi czekać na zyski nawet
pięć lat. Fundusze amerykańskie chcą inwestować w pakiety mniejszościowe, bo
wiedzą, że założyciel firmy będzie miał motywację do jej rozwijania, jeżeli
zachowa nad nią kontrolę. Polskie fundusze chcą natomiast inwestować w pakiety
kontrolne. Być może dlatego, że nie potrafią obdarzyć partnera zaufaniem, a ono
w takim biznesie jest konieczne – mówi Anna Czerwoniec.
Zwraca też uwagę, że dla zarządzających funduszami amerykańskimi bardzo
ważnym czynnikiem jest to, czy istnieje nić porozumienia między potencjalnymi
wspólnikami i jeżeli między nimi nie pojawia się „chemia” raczej nie będą
skłonni inwestować nawet jeżeli perspektywy przedsięwzięcia wyglądają
obiecująco.
Mimo tych różnic i nawiązanych już kontaktów w Stanach Zjednoczonych, Anna
Czerwoniec szuka inwestorów w Polsce, bo uparła się, że swoje przedsięwzięcie
będzie rozwijać w naszym kraju. Jej podejście należy jednak uznać raczej za
wyjątek, a nie regułę i można przypuszczać, że większość przedsiębiorców znad
Wisły, będąc na jej miejscu pewnie porzuciłaby bez skrupułów tutejszą drogę
przez mękę i z ochotą przeniosła swój biznes do Kalifornii.
Trudno nawet ocenić ile takich przypadków się zdarzyło, bo nikt nie próbuje
prowadzić statystyki, która szacowałaby ilu zdolnych polskich naukowców przenosi
się za granicę, żeby tam realizować swoje pomysły, bo we własnym kraju nie widzą
na to szans.
Pieniądze wydane – badania przerwane
Inna uczestniczka stażu na Uniwersytecie Stanforda, Agnieszka Kurczewska, w
Polsce prowadziła badania nad odzieżą ochronną automatycznie utrzymującą stałą
temperaturę otoczenia ciała niezależnie od zmieniających się warunków
zewnętrznych lub ilości ciepła emitowanego przez ludzki organizm, na przykład
podczas wysiłku związanego z pracą fizyczną.
Dzięki takiemu kombinezonowi osoby pracujące w ekstremalnie niskich
temperaturach, na przykład w chłodniach, nie byłyby narażone na choroby będące
konsekwencją szybkich zmian temperatury otoczenia. Zespół, w którym pracowała
Agnieszka Kurczewska zdołał stworzyć prototypowy egzemplarz nowoczesnego
kombinezonu, ale na wyprodukowanie większej partii, przeznaczonej do testów,
zabrakło pieniędzy.
Bartosz Sakowicz, adiunkt na Politechnice Łódzkiej, pracuje nad urządzeniem,
które na podstawie ruchów głowy pacjenta po urazie kręgosłupa oceniałoby postępy
w rehabilitacji. Dalszym etapem ma być rozbudowanie funkcji urządzenia tak, aby
stało się ono także narzędziem diagnostycznym pomagającym w wykrywaniu schorzeń
kręgosłupa. Podobnie jak inni uczestnicy stażu na Uniwersytecie Stanforda
podkreśla, że zajęcia jeszcze bardziej niż dotychczas uświadomiły mu jak istotne
jest prowadzenie działalności naukowej pod kątem potrzeb ludzi i gospodarki.
- Naukowcy w Polsce są premiowani za publikacje, bez względu na to, jaka jest
ich późniejsza przydatność. Na Stanfordzie wpajano nam, że nasza praca powinna
mieć praktyczne zastosowanie – mówi Bartosz Sakowicz.
Zarówno on, jak i pozostali współuczestnicy programu podkreślają jak duży
nacisk podczas zajęć na Uniwersytecie Stanforda był kładziony na współpracę
naukowców i ośrodków badawczych z biznesem.
Nie stracić impetu
Jacek Pucher, także uczestnik pierwszej edycji programu pracuje w Instytucie
Logistyki i Magazynowania w Poznaniu nad aplikacjami wykorzystywanymi w
telefonach komórkowych do handlu, które mają ułatwić handel internetowy. Po
powrocie ze Stanów uznał, że wspólnie z pozostałymi stażystami Stanforda powinni
przeszczepić na polski grunt nową wiedzę i energię, z którą wrócili z Ameryki.
Dlatego wspólnie z kolegami założył stowarzyszenie, a cele które wspólnie
przyjęli przywodzą na myśl misję Prometeusza.
- Wróciliśmy ze stażu pełni energii. Chcemy ją jakoś podtrzymać, a
jednocześnie działać wspólnie na rzecz poprawy innowacyjności Polski. Jako jeden
z głównych celów stowarzyszenia założyliśmy, że począwszy od 2025 roku wszyscy
absolwenci studiów w Polsce powinni w ramach programu nauczania, przechodzić
również podstawowy kurs przedsiębiorczości – mówi Jacek Pucher.
Założyciele stowarzyszenia chcą też w ciągu kilkunastu najbliższych lat
skłonić całe środowisko naukowe w Polsce do zmiany myślenia o innowacjach.
- Naszym celem jest też znacznie mocniejsze niż dotychczas ukierunkowanie
badań naukowych na potrzeby rynku. Oczywiście wszędzie tam gdzie jest to możliwe
– dodaje Jacek Pucher.
On sam, podobnie jak grono założycieli stowarzyszenia, ma nadzieję, że będzie
się ono powiększać o uczestników kolejnych edycji programu Top 500 Innovators, a
już teraz podtrzymują kontakty, wymieniają się informacjami na temat bieżących
postępów prac, organizują dyskusje, także w Internecie. Do takiej współpracy
chcą też wciągnąć innych pracowników ośrodków naukowych, by w ten sposób
wzmocnić i przyspieszyć efekty działań.
Stanfordzki wzorzec – praktyki u najlepszych
Stowarzyszenie, na wzór stanfordzkich wykładów Ecorner, organizuje też cykl
wykładów zatytułowany Boomerang, prowadzonych przez przedsiębiorców z pierwszymi
sukcesami na koncie, których celem jest przekazanie jak najszerszemu gronu
odbiorców praktycznej wiedzy o prowadzeniu firm. Spotkania będą transmitowane
przez Internet, archiwizowane i udostępniane zainteresowanym.
W ramach Ecorner na Uniwersytecie Stanforda wystąpili Mark Zuckerberg,
założyciela portalu facebook, Larry Page, twórca wyszukiwarki Google, czy Elon
Musk, w przeszłości założyciel i prezes firmy PayPal, obsługującej płatności
elektroniczne, przejętej prez eBay w 2002 roku za 1,5 mld USD. Obecnie jest
właścicielem firmy SpaceX, projektującej nowe statki kosmiczne. Pierwszy wykład
z cyklu Boomerang odbył się 19 kwietnia, a wygłosił go Arkadiusz Skuza,
założyciel firmy Itraff Technology, pracującej nad technologiami rozpoznawania
obrazu, które mogą być wykorzystywane w handlu elektronicznym. Jedna z aplikacji
stworzonych przez iTraff Technology umożliwia rozpoznawanie obiektów
sfotografowanych telefonem komórkowym i przekierowanie do sklepów internetowych
oferujących sfotografowany obiekt.
Wysiłki uczestników pierwszej edycji programu Top 500 Innovators można
postrzegać jako próbę oddolnego tworzenia zalążków systemu wspierania
innowacyjności. Takich inicjatyw jest zresztą więcej. Do nich należy też
zaliczyć tworzenie przez uczelnie centrów transferu technologii, które mają
służyć komercjalizacji wyników badań naukowych, czy pomysł utworzenia
Polsko-Amerykańskiego Instytutu Nowych Inicjatyw. List intencyjny w sprawie jego
powołania podpisali Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej oraz
Eva Blaisdell, Polka zamieszkała na stałe w Kalifornii, inwestująca w firmy
rozwijające technologie mobilne.
- Łącząc kontakty w środowisku firm z Kalifornii, rozwijających nowoczesne
technologie i potencjał polskich przedsiębiorców, zakładamy, że w ciągu dwóch
lat możemy rozwinąć 4-5 firm, które zostaną szybko wprowadzone na giełdę, a w
ciągu dwóch lat każda z nich osiągnie wartość rzędu 1 mld USD – mówi Eva
Blaisdell.
Skuteczne bariery biurokratyczne to polska specjalność
Profesor Joanna Kotowicz-Jawor z Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN,
specjalizująca się od lat w badaniu innowacyjności w Polsce uważa, że program
Top 500 Innovators świadczy o strategicznym podejściu do innowacji, ale dodaje,
że to zaledwie jeden pozytywny impuls, który nie zmienia ogólnej złej oceny
innowacyjności naszego kraju, który przez wiele lat nie potrafił wypracować
dobrego systemu wspierania innowacji.
Profesor Kotowicz-Jawor podkreśla, że kilka lat temu usprawiedliwieniem
słabej innowacyjności Polski mógł być brak środków na badania i rozwój. Od
momentu wejścia do Unii Europejskiej, dzięki funduszom unijnym, jest znacznie
więcej pieniędzy na finansowanie innowacji, a mimo to pozycja Polski w
rankingach innowacyjności na tle innych państw europejskich nie zmieniła
się.
Według prof. Joanny Kotowicz Jawor niski poziom innowacyjności Polski wynika
z różnych przyczyn, także zawinionych przez placówki badawczo-rozwojowe i firmy,
gdyż z jednej strony działalność ośrodków badawczych nie odpowiada na
oczekiwania firm, zaś przedsiębiorstwa nader rzadko źródeł innowacji szukają w
instytucjach badawczych. Jedną z najistotniejszych barier pozostaje od lat
otoczenie instytucjonalne, które powoduje, że znaczna część środków
przeznaczonych na finansowanie programu Innowacyjna Gospodarka może zostać
zmarnotrawiona lub wykorzystana na przedsięwzięcia o znikomej
innowacyjności.
Profesor Kotowicz-Jawor zwraca uwagę, że to polskie urzędy stworzyły machinę
biurokratyczną rozpatrującą wnioski firm starających się o dofinansowanie
innowacji z funduszy unijnych, która potrafi skutecznie zdławić niejeden dobry
pomysł. Efektem tego są przypadki odrzucania wniosków wartościowych pod byle
pretekstem z powodu nieistotnych uchybień proceduralnych. Z drugiej strony
urzędnicy nie pełnią roli pośredników kojarzących ze sobą różne firmy,
składające wnioski o dofinansowanie, działające w zbliżonych obszarach, a gdyby
to robili efekty działań innowacyjnych firm mogłyby być znacznie lepsze.
Kolejny problem to instytucjonalna próżnia, w której działają inkubatory
przedsiębiorczości i centra transferu technologii tworzone oddolnie przez
polskie uczelnie. Władze uczelni nie są w żaden sposób premiowane za tworzenie
takich komórek i osiągane przez nie sukcesy. Joanna Kotowicz-Jawor uważa, że
stworzenie otoczenia instytucjonalnego skutecznie pobudzającego innowacje nie
musi być arcytrudnym wyzwaniem. Wystarczy oprzeć się na doświadczeniach państw,
które dopracowały się najlepszych rozwiązań – krajów skandynawskich i
Niemiec.
Za jedną z najlepszych instytucji europejskich wspierających innowacje i
monitorujących innowacyjność gospodarki uchodzi szwedzka Vinnova. To tę
instytucję jako wzór rekomenduje zespół ekspertów Uczelni Vistula, który
przygotował Raport o Innowacyjności Polskiej Gospodarki 2011.
Sprawne instytucje zamiast góry pieniędzy
Vinnova jest agencją rządu szwedzkiego powołaną do życia w 2001 roku.
Instytucja zatrudniająca 200 pracowników w Sztokholmie i Brukseli dysponuje
rocznie 220 mln euro na inwestycje w innowacyjne przedsięwzięcia. Wielkość i
budżet tej instytucji to chyba jeden z najlepszych przykładów pokazujących o ile
większe znaczenie może mieć dobre rozwiązanie systemowe niż wielkie pieniądze
wydane w sposób mało przemyślany.
Jeśli kwotę jaką dysponuje Vinnova porównać ze środkami unijnymi
przeznaczonymi na finansowanie polskiego programu Innowacyjna Gospodarka w
budżecie na lata 2007-2013, wynoszącymi 8,65 mld euro, wziąwszy nawet pod uwagę,
że Szwecja liczy 8 mln mieszkańców, a Polska 38, można by pomyśleć, że nasz kraj
już dawno powinien być czymś w rodzaju europejskiej Doliny Krzemowej. Tymczasem
w ostatnim rankingu innowacyjności spośród wszystkich dwudziestu siedmiu państw
Unii Europejskiej jesteśmy sklasyfikowani na piątym miejscu… od końca.
Artur
Burak