n e v e r l a n d d

- ANTISOZIALISTISCHE ELEMENTE - *** TA MI OTO PRZYPADŁA KRAINA I CHCE BÓG, BYM W MILCZENIU TU ŻYŁ * ZA TEN GRZECH, ŻE WIDZIAŁEM KAINA ALE ZABIĆ NIE MIAŁEM GO SIŁ *** " DESPOTYZM przemawia dyskretnie, w ludzkim społeczeństwie każda rzecz ma dwoje imion. " ******************** Maria Dąbrowska 17-VI-1947r.: "UB, sądownictwo są całkowicie w ręku żydów. W ciągu tych przeszło dwu lat ani jeden żyd nie miał procesu politycznego. Żydzi osądzają i na kaźń wydają Polaków"

Archiwum

POGODA

LOKALIZATOR

A K T U E L L






bezprawie.pl
"Polska" to kraj bezprawia

wtorek, września 14, 2010

KOR

Nie masz na ziemi, pod ziemią i na niebie środka, którego




nie godzi się użyć narodowi polskiemu dla pognębienia



dumy carów moskiewskich.





Maurycy Mochnacki



1. Mity wokół osoby.





Już samo nazwisko bywało od wielu lat przedmiotem przeinaczeń. Zarówno przyjaciołom jak i nieprzyjaciołom Antoniego Macierewicza (tym drugim jednak częściej) zdarzało się pisać o nim per „Maciarewicz". Tak bywało np. 30 lat temu i tak bywa nadal, zwłaszcza jednak we wpisach anonimowych internautów, wypowiadających się z jaskrawą niechęcią o Antonim Macierewiczu.



Właśnie: niechęcią. Nie od tak dawna jednak kampania robienia wokół Antoniego Macierewicza atmosfery nieprzyjaznej, przedstawiania go jako człowieka, który jest jakoby owładnięty nienawiścią albo jakimiś innymi przykrymi wadami, ma swoją historię. Gdy podczas prac nad tworzeniem rządu mecenasa Olszewskiego, jesienią 1991 r., poseł Antoni Macierewicz był przesłuchiwany przez komisję sejmową jako kandydat na ministra spraw wewnętrznych, rozpowszechniano informację, że jego oczy odznaczały się czymś szczególnym. Mówiąc najprościej - źle mu z oczu patrzyło. To oczywiście miało świadczyć o nienawiści albo innej podobnie grzesznej wadzie charakteru, dyskwalifikującej tego polityka do uczestnictwa w życiu publicznym w ogóle, a już w szczególności - do roli ministra spraw wewnętrznych. Śladem1 tego mogą być następujące, dowcipne słowa: Korzystając z faktu, że ten numer Głosu jeszcze nie będzie wydrukowany jako oficjalny organ Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, pragnąłbym zwrócić uwagę nowego ministra, że wkopał się jak rzadko który kandydat do parlamentu. Hasłem wyborczym Antoniego Macierewicza było - jak pamiętam - zawołanie »Bezpieczna rodzina w bezpiecznej Polsce«. Pod tym hasłem mógłby Antoni startować w wyborach na szeryfa, gdyby w Polsce, wzorem USA, taka funkcja z wyboru istniała. Ponieważ został ministrem od policji i jej podobnych zjawisk, będzie bardzo łatwo rozliczyć go ze spełnienia wyborczych obietnic. Na ucho powiem ministrowi, że podczas uroczystości zaprzysiężenia nowych sędziów Trybunału Stanu jeden z nich z błyskiem w oku rzekł do drugiego »żebyśmy tak mogli sądzić Macierewicza!« Lubią Antoniego! Szczególnie gorąco wita go na stanowisku Gazeta Wyborcza. W Gazecie, która jest pismem światłej inteligencji, argumenty przeciwko Antoniemu są - rzecz jasna - niezwykle racjonalne, a nawet odznaczają się pewną intelektualną błyskotliwością. Analitycy i wyrafinowane mózgi Gazetowe zarzucają Antoniemu Macierewiczowi, że ma coś w oczach. Głównie fanatyzm i nienawiść. Innym poważnym argumentem jest jego miłość do Che Guevary, co widać choćby po brodzie. Postawiono także swego czasu odważną hipotezę, że Macierewicz jest inkarnacją Feliksa Edmundowicza Dzierżyńskiego, Joanna Szczęsna podobno już zaczęła się ukrywać. O Joanno nieszczęsna! Siepacze okrutnego Macierewicza wytropią cię wszędzie! Tak, lubią Antoniego! Wróg czyha wszędzie (Kuroń twierdzi, że Macierewicz jest paranoik.)





















Legenda o „oczach Macierewicza" istniała i była lansowana już wtedy, nie zaś dopiero w związku z lustracją na przełomie maja i czerwca następnego (1992) roku, a więc nie była zemstą za lustrację, lecz miała raczej charakter prewencyjny. Nawiązał2 do niej mimochodem (pisząc głównie o b. premierze Olszewskim nazwiska min. Macierewicza nawet nie wymieniając) inny felietonista już po odejściu Macierewicza z MSW: Jednym z ewenementów polskiego życia publicznego jest to, że panująca opinia o kolejnych premierach tworzona jest nie z perspektywy czasu, na podstawie oceny ich poczynań - ale z góry, w momencie obejmowania urzędu. Nasi dziennikarze są w swej masie niezwykle jednomyślni, którą to jednomyślność groźba środowiskowego ostracyzmu okazała się gwarantować skuteczniej, niż wszystkie sankcje, jakimi ongiś dysponowała cenzura i wydział prasy KC. (...) już na pierwszym spotkaniu z dziennikarzami Jana Olszewskiego dawało się wyczuć niemal fizyczną agresję sali. Głośne parsknięcia, demonstracyjne wzruszanie ramionami i szydercze chichoty, rzucane teatralnym szeptem uwagi w rodzaju »po co nagrywasz, co on niby może mądrze powiedzieć?« - ta atmosfera, przypominająca zachowanie złośliwych i, co tu kryć, bardzo źle wychowanych dzieci podczas lekcji nielubianego nauczyciela, od pierwszej chwili nie pozostawiała wątpliwości co do tonu przyszłych komentarzy. (...) Przyzwyczailiśmy się już, że ocenie podlegają nie konkretne poczynania polityków, ale na przykład ich oczy.



Ten sam felietonista wiosną 1994 r. powrócił3 jeszcze do owego wątku, skupiając uwagę jednak nie na jesieni 1991, lecz na wiośnie 1992 roku, już po obaleniu rządu Olszewskiego: Minister Macierewicz oczywiście - dla udeków to niemal aksjomat - sfałszował archiwa MSW. (...) Grube oskarżenie! Gdzie dowody, a choćby przesłanki? Nie ma. Po co dowody? Kuroń mówi! Wiadomo - skoro Macierewicz jest spoza UD, no to musi być kanalią. Nie to, co pan Milczanowski, o nie, ten jest »swój«, na pewno nic nie sfałszuje. Pan Szeremietiew nie nadawał się na ministra obrony (...) Dlaczego? Dlatego. Onyszkiewicz się nadaje (...) jest »swój«, więc nie ma gadania. By już nie mnożyć przykładów - oto w telewizji wyskakuje jak diabeł z pudełka pan Kuroń i oznajmia, że Olszewski jest człowiekiem »chorym z nienawiści«. Nigdy nie widziałem, by mecenas Olszewski, czerwony z wściekłości, wrzeszczał do mikrofonu, zapluwając się, że ten a ten jest kłamcą, oszustem i facetem, który niszczy Polskę, natomiast Kuronia pokazywano w takiej sytuacji raptem kilka dni wcześniej. No, ale jemu wolno pluć i wrzeszczeć. To nie to, co jakiś Macierewicz, który ma oczy »pełne nienawiści«. To swój chłop, on zawsze jest dobry i jeśli mówi, że ON »nie wierzy«, no to ma rację! (...) Jeśli Pan Bóg dotąd gromem z jasnego nieba tych bezczelnych obłudników nie strzelił, to widocznie ma jakiś cel, którego chrześcijaninowi dochodzić się nie godzi. Ale cóż - bezczelność i hipokryzja stały się w Polsce normą, a nieszczęsny naród, przywalony wrzaskiem mass-mediów nawet już nie zwraca na to uwagi. Jak Kali dorwać stołek, być dobrze; jak kto inny, być źle - oto i cała wykładnia europejskości. Kiedy Wałęsa zabiera udecji posady - jest ciemnym, ksenofobicznym dyktatorem. Gdy daje - wyraża mu się wdzięczność za »uratowanie demokracji«.



Jeśli nawet owa legenda nie mogła zapobiec objęciu przez Macierewicza stanowiska szefa MSW, miała sprzyjać postrzeganiu go jako człowieka niezbyt wiarygodnego, niepoczytalnego z powodu przypisywanej mu nienawiści i fanatyzmu. To zdaje się wskazywać na obecność w anty-Macierewiczowej kampanii czegoś w rodzaju „syndromu Tertulliana-Anzelma": CREDO UT INTELLIGAM, QUIA [ID] ABSURDUM EST. Widocznie pewni ludzie od dawna wiedzieli, że Macierewicz jest nieprzekupny i stąd cały ten raban....



Zauważmy, że opowieść o oczach Antoniego Macierewicza często towarzyszyła ludziom, którzy mają się za szlachetną elitę, za środowisko owładnięte „etosem" i wolne od wszelakich brzydkich przywar. W szczególności owa elita przy wielu okazjach podkreśla, jak bardzo obcy jej jest rasizm. A czymże jest rasizm? Jest wyprowadzaniem wniosków o człowieku na podstawie jego wyglądu. Kolor skóry, kolor włosów, rozstaw kości policzkowych, nachylenie oczu, obecność albo nieobecność zarostu na twarzy - to właśnie są owe cechy wyglądu, z których chce się wywodzić wnioski o cechach charakteru. Dość szeroko znanym stereotypem tego rodzaju jest powiedzonko „rudzi są fałszywi". Jest to tak samo rasistowskie zdanie, jak twierdzenie, że Murzyni są leniwi i zbyt nieopanowani seksualnie, że czerwonoskórzy Indianie i skośnoocy Azjaci są podstępni, itp. stereotypy. Tę samą regułę należałoby odnieść do legendy oczu Macierewicza, ale tu jakoś dziwnie szlachetność i postępowość etosiarzy, ich wstręt do rasizmu zatrzymuje się, staje dęba i nijak nie chce ruszyć do przodu.



Niejednokrotnie (chociaż znacznie rzadziej) można było napotkać informację, że Antoni Macierewicz był iberystą. Nieporozumienie (jeśli to naprawdę jest nieporozumienie) bierze się stąd, że Antoni Macierewicz istotnie pracował przez pewien czas w Katedrze Iberystyki Uniwersytetu Warszawskiego, jednak jako historyk, którym jest z wykształcenia, a nie jako iberysta. W związku z tym Antoniemu Macierewiczowi przypisywano4 fascynację lewackimi ruchami terrorystycznymi w Ameryce Łacińskiej: Antka Macierewicza znałem wcześniej i zapamiętałem, że piętnował mnie jako dosyć zgniłego oportunistę. Był entuzjastą MIR-u, skrajnie lewackiej organizacji chilijskiej, która atakowała Allende z lewa. Był wielbicielem Che Guevary. Pamiętam jego zachwyty nad akcją terrorystyczną Czarnego Września podczas Olimpiady w Monachium w roku 1972. Pamiętam też jego akcję zbierania podpisów przeciwko wizycie Nixona w Polsce - dlatego, że to łajdak, który napada na Wietnam. Macierewicz odpowiadając na to pytanie Piotra Bączka udzielił obszernego wyjaśnienia,5 mówiąc między innymi: Trudno mi jest ustosunkować się do tej wypowiedzi Michnika, gdyż po prostu kłamie. Nie byłem »cheguarystą« [powinno być: »guevarystą« ewentualnie: »che-guevarystą« - dopow. Ł.Ł.], choć jest prawdą, że zajmowałem się analizą działań terrorystycznych zbrojnych grup w krajach III świata, głównie w Ameryce Łacińskiej. (...) W trakcie Marca poczyniłem pewne spostrzeżenia. Zauważyłem mianowicie, że względnie niewielkie środowisko, ale świadome swoich celów, zgrane, ideowo tożsame, jest w stanie kierować dużymi masami zaktywizowanymi na podstawie ogólnikowych haseł. Interesowało mnie to, w jaki sposób ten ogólny potencjał radykalizmu społecznego przetwarzany jest w strukturę organizacyjną. (...) Natomiast wzmianka, że byłem zachwycony akcją »Czarnego Września« z 1972 roku jest dowodem kompleksu samego Michnika. Była rzeczywiście między nami rozmowa o tym zamachu, dyskutowaliśmy też o możliwościach walki zbrojnej. Ale traktowałem to jako zwykłą wymianę zdań, nie myślałem, że o tej rozmowie będzie pamiętał przez tyle lat i w dodatku tak interpretował, wyciągając wnioski, że popierałem »Czarny Wrzesień«. Widocznie musiał to być dla Michnika bardzo zasadniczy problem. W trakcie tej samej rozmowy Michnik sformułował bardzo ciekawą zasadę, mianowicie stwierdził, że punktem odniesienia kwalifikacji ruchu niepodległościowego jest odpowiedź na pytanie, czy uzna [w oryginale: uznana] on granice Izraela, czy też nie (...) dosyć dziwne,6 zwłaszcza, że Polska nie graniczy z państwem izraelskim. Wydawałoby się, że przynajmniej od tego czasu wszystko powinno być jasne, ale mit Macierewicza-lewaka pokutuje do dzisiaj...



Prawdopodobnie u źródeł tego mitu leży także wyolbrzymienie, dokonywane tym chętniej, że adresowane do prawicowego elektoratu, na którego pogłoski o fascynacji Guevarą mogą zrobić przykre wrażenie (w przeciwieństwie rzecz jasna do elektoratu lewicowego, który z założenia nie brzydzi się postaciami zaangażowanymi w komunizm na etapie KPP a potem „utrwalania władzy ludowej"). Rzeczywiście, istnieją ślady ewolucji poglądów Antoniego Macierewicza z lewa na prawo. Założony przezeń miesięcznik Głos, u swych początków starał się licytować w lewicowości, co widać w spostrzeżeniu7 Jarosława Kaczyńskiego: Jesienią 1979 roku (...) Głos już (...) wyraźnie ewoluował w prawo. Wcześniej Głos spierał się o to, kto jest bardziej autentycznie lewicowy... Kiedy tam przyszedłem, Głos zrezygnował już z tych polemik i określał się jako nielewicowy; określenie »chrześcijańsko-narodowy« padło dużo później.



Owszem, przynajmniej jeden ślad tego „licytowania się" (z 1978 r.) widnieje8 na kartach owego miesięcznika: Szermowanie obecnie terminami »prawica«, »lewica« aby rzucić odium na przeciwników utrwala sztywne linie podziału na swoich i obcych wewnątrz opozycji i w żaden sposób nie przyczynia się do krystalizacji autentycznych różnic ideowych. Gdyby zaś nawiązać do tradycji sprzed 70 lat, trzeba by powiedzieć, że prawicę tworzą ci, którym w utrzymywaniu obecnego ustroju społecznego i gospodarczego (...) im bliżej PZPR, tym cechy związane z postawą prawicową są częstsze. Czymże bowiem innym jest dziś ta partia, jak nie gwarantem przywilejów gospodarczych, politycznych, społecznych? Prawica jest więc konserwatywna, chodzi jej jednak nie o konserwowanie wartości, lecz sytuacji. Lewicę widziałbym zaś wśród grup wysuwających program odzyskania niepodległości, kładących nacisk na podmiotowość społeczeństwa, rewindykacje polityczne i społeczno-gospodarcze (...) Jeśli myśl lewicowa ma się dziś w Polsce odrodzić, musi te hasła podjąć na nowo.



Jak widać, tutaj do lewicowości przyłożono znak PLUS a do prawicowości znak MINUS. Kryterium podziału ideowego jest tak ustawione, że biegnie w poprzek linii demarkacyjnej między lewicą a prawicą, rozumianymi obiegowo. Po stronie PLUS znaleźlibyśmy jednak w myśl tego kryterium prawicowca (nacjonalistę) Adolfa NOWACZYŃSKIEGO i lewicowca (socjalistę) Kazimierza PUŻAKA - obaj stracili życie w ubeckich katowniach, po stronie MINUS umieścilibyśmy natomiast prawicowca (nacjonalistę) Bolesława PIASECKIEGO i lewicowca (socjalistę) Józefa CYRANKIEWICZA - obaj cieszyli się wieloletnia pomyślną karierą sowieckich kolaborantów na bardzo wysokich stanowiskach w PRL.















2. Jak to z KOR-em było





Zanim powstał miesięcznik Głos, istniał Komitet Obrony Robotników, przekształcony następnie w Komitet Samoobrony Społecznej KOR. I również tutaj, mocą swoistej bezwładności, dosięga Antoniego Macierewicza nieprzychylna legenda, jakoby zasługi związane z powstaniem i działalnością KOR-u to zasługi Jacka Kuronia i jego przyjaciół, zaś on sam był tam „piątym kołem u wozu", nielubianym i zasługującym na nielubienie. Tymczasem w rzeczywistości było tak, że środowisko Antoniego Macierewicza powołując Komitet najpierw zaprosiło do współpracy działaczy RUCH-u, dopiero po odmowie z tamtej strony zwróciło się do tak wtedy zwanej „lewicy laickiej". Większą skłonność ku temu przejawiał Jacek Kuroń aniżeli np. Adam Michnik - także Kuroń prowadził rozmowy z dwoma przyszłymi współzałożycielami Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela: Andrzejem Czumą i Leszkiem Moczulskim.



Macierewicz sam o tym opowiadał9 następująco: Wpadliśmy na pomysł, żeby odwołać się do ludzi ogólnie znanych, mających społeczną popularność. Pierwsze kroki skierowaliśmy do ludzi z grupy »RUCH«, których uważaliśmy za przedstawicieli środowiska katolickiego, niepodległościowego, prawicowego. Niestety, uznali oni jawną akcję za błąd. Obawiali się, że jest to prowokacja, która doprowadzi do ujawnienia zakonspirowanych elit społecznych i ponowną likwidację najlepszych jednostek. Trwały długie spory i ostatecznie do niczego to nie doprowadziło. Jedynym środowiskiem, które gotowe się było włączyć, była grupa skupiona wokół Jacka Kuronia.



Niedługo później Antoni Macierewicz relacjonował10 ponownie: KOR powstał dzięki środowiskom katolicko-niepodległościowym. Najpierw zwróciliśmy się do ludzi dawnego »Ruchu« Andrzeja Czumy. Oni jednak przestrzegali przed jawną działalnością. Wtedy naszą propozycję przyjęło środowisko rewizjonistyczne. Z czasem lewica laicka zdominowała KOR i w świadomości społecznej zawłaszczyła jego dorobek.



Trochę dokładniej przedstawił11 początki KOR-u Piotr Naimski: Po wydarzeniach w czerwcu 1976 i rozkręceniu akcji pomocy w Ursusie i Radomiu, postanowiliśmy powołać jawny komitet. Szukaliśmy z Mirkiem Chojeckim znanych, cieszących się wówczas publicznym zaufaniem ludzi, którzy zechcieliby do niego wejść. Nazwę Komitet Obrony Robotników wymyślił Macierewicz. (...) Po pewnym czasie doszliśmy z Wojtkiem Onyszkiewiczem i Antkiem Macierewiczem do wniosku, że mamy dość zabiegów i negocjacji, że powołamy KOR - choćby w trzy osoby. (...) Jacek Kuroń był wtedy w wojsku i czasami wypuszczano go na przepustkę. Spotkaliśmy się z nim w mieszkaniu Antka Libery. Był jeszcze Jan Józef Lipski. (...) Wtedy zakomunikowaliśmy Kuroniowi i Lipskiemu, że powstaje KOR. A oni stwierdzili, iż w tej sytuacji przyłączają się. Uzgodniliśmy więc, że Wojtek Onyszkiewicz będzie wyłączony - by naraz wszystkich nie zamknięto. (...) Daliśmy sobie jeden dzień na dotarcie do innych osób. To była nowa sytuacja, już nie występowaliśmy z propozycją tworzenia komitetu, ale z propozycją przyłączenia się do istniejącego Komitetu. Tak: to założyciele KOR-u przyjmowali Jacka Kuronia i Jana Józefa Lipskiego w skład Komitetu.



W grudniu 1976 r. Antoni Macierewicz, Jan Józef Lipski i Jacek Kuroń rozmawiali z Leszkiem Moczulskim na temat przystąpienia jego i jego środowiska do KOR-u. Macierewicz tak to przedstawił12 po latach: Nie wiem, czy fakty, które przytaczał Moczulski, dotyczące jego kontaktów z aparatem władzy[,] były prawdziwe, czy nie, jednak spowodowały, że stałem się ostrożniejszy w tych rozmowach i podchodziłem do nich z dystansem. (...) Bardzo ważną, wręcz strategiczną kwestią był nasz stosunek - w walce politycznej - do ówczesnej struktury władzy i PZPR. (...) czy działalność niezależna ma mieć na celu wymuszenie na reżymie udziału opozycji we władzy, czy ma to być sojusz z liberalnym bądź z narodowym skrzydłem partii, władzy. (...) wszelki kontakt i gra z frakcjami partyjnymi przez środowisko Głosu było pryncypialnie, zarówno ze względów strategicznych jak i moralnych, odrzucane. Z tego powodu między nami a środowiskiem rewizjonistycznym istniał nieustanny spór. Również z tych względów byłem zaniepokojony rozmowami z Moczulskim i nie pragnąłem dalszego ich kontynuowania. (...) późną jesienią '76 roku ukazał się tekst zatytułowany Memoriał. Moczulski zawarł w nim bardzo wiele trafnych i interesujących spostrzeżeń o sytuacji politycznej w Polsce, dynamice i strukturze opozycji, perspektywach na najbliższe lata. (...) W tym bardzo interesującym tekście znalazły się również rozważania o stosunku opozycji do Związku Radzieckiego, do rozgrywek frakcyjnych w partii i dalszych możliwościach. Była tam, krótko mówiąc[,] propozycja koordynowania tych działań z władzą, albo jej częścią, a Moczulski poinformował nas, iż przekazał tam ten memoriał, i to za bardzo szczególnym pośrednictwem. (...) Jeżeli uznamy opis ówczesnego układu za oddający rzeczywistość, tzn. podział partii na frakcję nacjonalistyczną [i] liberałów, czy istnienie lewicowej grupy rewizjonistycznej i nacjonalistycznej, moczarowskiej, to w KOR, zwolennicy gry frakcyjnej orientowali się na liberałów. (...) W publicystyce opozycyjnej trwała głośna dyskusja o możliwościach współpracy z frakcjami partyjnymi. I koledzy rewizjoniści tak jak dzisiaj wypierają się lewicowości, tak wtedy wypierali się swych związków z frakcjami.



Zbliżenie Leszka Moczulskiego i Jacka Kuronia - dwóch polityków nastawionych na prowadzenie gry z frakcjami w obozie rządzących komunistów - być może nastąpiłoby już pod koniec 1976 roku (!) i być może tylko upór Macierewicza sprawił, iż tamci dwaj byli członkowie PZPR przez kilkanaście następnych lat byli postrzegani jako nosiciele dwóch wzajemnie konkurencyjnych ideologii...



Interesująco w tym kontekście brzmi spostrzeżenie13 dotyczące posługiwania się „spiskową teorią historii" po tej stronie, z której najczęściej można usłyszeć wołania przed taką teorią przestrzegające: Notabene mało kto dziś pamięta, o czym przypomina w Dzienniku Brandys, że to właśnie Macierewicz, podówczas student iberysta,14 był rzeczywistym15 twórcą koncepcji KOR-owskiej. Dziennik mimo zdecydowanie lewicowej filozofii autora (a może właśnie dlatego?) pozwala dostrzec, jak z czasem przesunęły się akcenty, kogo późniejsza legenda wykreowała na »ojców założycieli« KOR-u. Dla Mariana Brandysa już wówczas przywódcą nr 1 był Jacek Kuroń (...) Brandys (...) ma świadomość, jak dalece niepopularny jest w społeczeństwie »lewicowy« (tj. post-PZPR-owski) rodowód, mimo to wszystkie dążności prawicowego odłamu KOR-u do politycznego samookreślenia kwituje stereotypami spod znaku, niestety, partyjnej propagandy. Wojciech Ziembiński czy znacznie od niego młodsi bracia Czumowie to w Dzienniku symbole »ciemnych sił nacjonalizmu«, inspirowanych, oczywista, przez bezpiekę i PZPR-owski nacjonalizm Moczara. Smutny to dowód na to, że spiskowa teoria historii nie jest bynajmniej, jak nam się dzisiaj wmawia, wynalazkiem prawicy. Także i »lewica« złapała się w tę komunistyczną sieć.



U przywołanego przez Elżbietę Morawiec autora znajduje się interesująca, (tym bardziej szczera, że pisana bez myśli o druku) relacja16 na ten temat, pochodząca niejako z drugiej strony: Jacek Kuroń opowiadał o swoich usiłowaniach zmierzających do pogodzenia z sobą wszystkich odłamów opozycji. Platformą porozumienia ma się stać Liga17 Obrony Praw Człowieka i Obywatela [!], której deklaracja konstytucyjna jest od dawna przygotowana przez komisję prawną KOR-u w osobach mecenas Anieli Steinsbergowej i doktora Józefa Rybickiego. Kuroń od dłuższego czasu prowadzi rozmowy z przywódcami organizacji niepodległościowej »Ruch«, braćmi Andrzejem i Hubertem Czumami, (...) to trochę jakby próby godzenia ognia z wodą. Czumowie - przy całej swej nieposzlakowanej uczciwości i żarliwym patriotyzmie - dali się już poznać jako fanatyczni nacjonaliści, tymczasem Kuroń (...) pozostał lewicowcem do szpiku kości i nadal jest wierny tym wszystkim pięknym lewicowym zasadom (...) Kuroń nie może zapomnieć, że w ciemnych latach 19681969, kiedy on za swe przekonania siedział w więzieniu, Moczulski był jednym z naczelnych publicystów tygodnika Stolica, uchodzącego za organ frakcji policyjnej generała Moczara.



Widać tu18 nieskrywaną obawę przed utratą przez środowisko lewicowe kierowniczej roli w opozycji: Grupa Leszka Moczulskiego, grupa »Ruchu« oraz paru malkontentów z KOR-u (Ziembiński, Kaczorowski i stumanieni przez nich ks. Zieja i Pajdak) - korzystając z nieobecności Kuronia - odbyli konferencję prasową z korespondentami zagranicznymi, na której oficjalnie podano do wiadomości, że powstał nowy Komitet Obrony Praw Człowieka i Obywatela [!], mający za rzeczników Leszka Moczulskiego i Andrzeja Czumę. Cała rzecz została przeprowadzona tak podstępnie i nielojalnie wobec KOR-u, że wielu dopatruje się w tym prowokacji ciemnych sił. (...) paru »ruchowców« pozostało w KOR-ze w charakterze konia trojańskiego (...) Adam [Michnik - dopisek Ł.Ł.] natomiast widzi w Ruchu Obrony Praw przede wszystkim wykładnik nacjonalizmu polskiego. (...) Po faktycznej likwidacji KOR-u nastąpi drugi akt: przejęcie walki o prawa człowieka przez właśnie na tę ewentualność przygotowany i o wiele łatwiejszy do strawienia dla władz (bo nie występujący z pozycji socjalistycznych) ROPCiO (...) my już wtedy liczyć się nie będziemy (...) wszystko to razem wzięte upoważnia do przypuszczeń, że ROPCiO (...) korzysta z opieki jakiejś frakcji partyjnej jest popierany jako konkurencja i ewentualna namiastka KOR-u. (...) KOR działa całkowicie jawnie i wyraźnie konkretyzuje swe cele, ograniczając się na razie do obrony praworządności. ROPCiO ma dość mętną koncepcję nacjonalistycznoniepodległościową i stara się utworzyć coś w rodzaju tajnej organizacji wojskowej. (...) ROPCiO, który powstał po to, aby z czasem przejąć schedę po KOR-ze, stara się z nim utożsamiać w oczach opinii publicznej, (...) KOR musi się przed tym niebezpiecznym utożsamieniem bronić. Nazwa Komitet Obrony Praw Człowieka i Obywatela to zapewne kontaminacja nazw KOR-u i ROPCiO. Występować „z pozycji socjalistycznych" jest OK, a tylko korzystać z poparcia jednej (pewnie właśnie tej jednej, a nie innej) spośród frakcji partyjnych - bynajmniej nie...



Nowa lewica na Wschodzie i Zachodzie kontynentu miała wspólnie działać przeciwko hegemonii dwóch supermocarstw nad Starym Kontynentem i doprowadzić do jego zjednoczenia pod swoim (tj. lewicowym) sztandarem. W debacie ze znanym polskim pisarzem emigracyjnym odbywający (na zaproszenie prof. Jeana Paula Sartre'a) „podróż studialną" po Europie Zachodniej (po powrocie z niej na początku maja 1977 r. Michnik został członkiem KOR) proklamator nazwy lewica laicka tak oto wypowiadał się19 na „modny" wówczas temat: Po XX Zjeździe KPZR rozpoczął się - tezą Togliattiego o policentryzmie - proces destalinizacji i desatelizacji w międzynarodowym ruchu komunistycznym. Zjawisko »eurokomunizmu« jest fazą tego procesu. Odrzucam »spiskową« teorię historii, która głosi, iż jest to wynik tajemnych planów Kremla. Jest ona równie absurdalna jak teza, że ruch opozycyjny w Europie Wschodniej jest dziełem schizofreników bądź imperialistycznych służb wywiadowczych. (...) Pytanie zasadnicze: kto na Zachodzie jest sojusznikiem ludzi walczących w Europie Wschodniej o prawa człowieka? Na ocenę Cartera jeszcze za wcześnie, ale - moim zdaniem - nie jest tym sojusznikiem polityka amerykańska w swoim wariancie kissingerowsko-sommenfeldtowskim.20 Tę politykę - przepraszam za niemodne sformułowanie - uważam za cyniczną i imperialistyczną. Jej istotą jest dążenie do utrwalenia podziału świata między supermocarstwa, do stabilizacji status quo w Europie Wschodniej i Europie Zachodniej. (...) Doktryna Sonnenfeldta,21 której fundamentalnym założeniem było zamrożenie status quo, spotkała się z jednoznaczną krytyką zachodniej lewicy i wschodnioeuropejskich »dysydentów«. Niestety, obie strony nie do końca zdawały i zdają sobie sprawę z wspólnoty swych interesów. Dlatego trzeba tę wspólnotę tłumaczyć jednym i drugim. Akcja dysydentów w Europie Wschodniej potrzebna jest lewicy - także eurokomunistycznej - tylko bowiem przez przezwyciężenie Świętego Przymierza supermocarstw możliwa jest realizacja projektu »socjalizmu w wolności« na terenie Europy Zachodniej. Akcja lewicy zachodniej jest nam potrzebna, jest ona bowiem czynnikiem destabilizującym Święte Przymierze, jest tym czynnikiem presji na rządy, który może przeobrazić détente w autentyczne odprężenie oparte na respektowaniu praw człowieka w całej Europie. Myślę przeto, że to lewica jest naszym sojusznikiem. (...) Wreszcie doświadczenie hiszpańskie. Przecież to doskonały i zasługujący na szczegółowe studium model walki z totalitarną dyktaturą. Model ewolucyjnego wychodzenia z tej dyktatury ku formom demokratycznym. Hiszpański eurokomunizm może być dla ludzi lewicy z Europy Wschodniej ważną lekcją budowania wspólnego frontu z inaczej myślącymi, lekcją otwartości i lojalnego współdziałania z Kościołem Katolickim, lekcją - wreszcie - budowania niezależnego ruchu robotniczego w warunkach totalitarnej opresji. Myślę tu oczywiście o słynnych »komisjach robotniczych«, niezrównanym instrumencie walki o robotnicze prawa i interesy. Do implementacji w Europie Wschodniej nadaje się zresztą zasadniczy zrąb programu deklarowanego przez eurokomunistów. (...) Niczego innego nie pragnę dla Polski.



Cóż za szybki refleks! Rozmowa Michnika z Herlingiem-Grudzińskim odbyła się 7 marca 1977 r., a więc zaledwie parę dni po madryckim spotkaniu22 (2 i 3 marca) przywódców trzech partii komunistycznych: Enrico Berlinguera z Włoch, Georges'a Marchais'go z Francji i Santiago Carillo z Hiszpanii, co stanowiło jedno z wydarzeń w tym nurcie ruchu komunistycznego, który wtedy właśnie nazywano eurokomunizmem, polegającym m.in. na zbliżeniu partii komunistycznych na Zachodzie do tamtejszych partii socjaldemokratycznych (które swego czasu Józef Stalin zdyskredytował był epitetem socjalfaszyści).



Zwięźle, lecz niebywale przewidująco przedstawił23 znaczenie eurokomunizmu długoletni publicysta PZPR, Leszek Moczulski: Jest tylko jedna sytuacja szczególna, w której eurokomunizm ponownie miałby szansę w Europie Wschodniej. Tę sytuację stworzyć może zakończona powodzeniem rewolucja demokratyczna w ZSRR. Oczywiście, gdyby Związek Radziecki stał się rzeczywiście demokratycznym, opartym o zasady pluralizmu państwem, to nawet przy utrzymywaniu w stanie zależności krajów socjalistycznych - możliwe byłyby identyczne czy podobne przeobrażenia w państwach obozu. Otwarłoby to drogę do eurokomunizmu. Sytuacja opisana w tej wypowiedzi Moczulskiego z kilkunastoletnim wyprzedzeniem odpowiada rokowi 1990.



Gdy jesienią 1977 r. powstał miesięcznik Głos, początkowo był wspólnym pismem KSS KOR, jednakże24 Adam Michnik już (...) w październiku 1977 r. miał ostry konflikt z Antonim Macierewiczem, który w piśmie GŁOS nie chciał opublikować jego artykułu pt. Potrzeba reform, postulującego potrzebę dogadania się z liberałami z PZPR. Tymczasem przed zaistnieniem tego konfliktu lewica KOR-owska nie w Macierewiczu ani w jego grupie upatrywała swojego przeciwnika. Świadczy o tym choćby ten fakt, że - mogąc nie powściągać swych emocji - Brandys pisał25 o Macierewiczu i jego grupie bardzo oględnie, (gdy krytykował: W komitecie zaznaczają się coraz wyraźniej wewnętrzne konflikty. Z jednej strony antysocjalistyczna opozycja staruszków, z drugiej - młodzi radykałowie: Macierewicz, Naimski, Chojecki, Onyszkiewicz. Kuroń zajmuje stanowisko środkowe i najmądrzejsze. Dlatego atakują go z obu stron. Starzy oskarżają go o »wysługiwanie się komunizmowi i masonerii«, młodzi o »nastawienie zbyt pojednawcze«), albo ze współczuciem26 (wobec niego jako obiektu reżymowych szykan: Jeszcze ostrzej i podlej atakowany jest członek KOR-u (...) Antoni Macierewicz (...) władza najbardziej obawia się autorytetów moralnych. Dlatego usiłuje je brukać rynsztokowymi sposobami: posądzeniami o złodziejstwo i o zboczenia seksualne.) Początkowo „chłopcem do bicia" był tam27 Wojciech Ziembiński (a poniekąd i czterej inni członkowie KOR-u) (...) można się spodziewać kwasów na prawym skrzydle. Trzeba pamiętać, że jeszcze ciągle jest członkiem KOR-u jeden z naczelnych działaczy ROPCiO, Wojciech Ziembiński, który konsekwentnie intryguje wśród korowskich staruszków, niezbyt dobrze orientujących się w sytuacji. Pomimo parokrotnych wezwań doktora Józefa Rybickiego, otwarcie stawiającego pod znakiem zapytania lojalność Ziembińskiego, ów trzyma się kurczowo KOR-u (...) Sprawa ta komplikuje się coraz bardziej i większość członków KOR-u zdecydowana jest na usunięcie ze swego grona człowieka Moczulskiego, Wojciecha Ziembińskiego, który zachowuje się rażąco nielojalnie. Owymi „staruszkami" 28 są ponadto: Stefan Kaczorowski, Emil Morgiewicz, Wojciech Ziembiński, Antoni Pajdak, wszyscy podejrzani o to, że stanowią „ludzi Moczulskiego" w KOR-ze, ten zaś urasta wg Brandysa do zupełnie diabolicznej roli eksponenta narodowo-komunistycznej frakcji gen. Mieczysława Moczara... Obrzydzenie lewicy KOR-owskiej do obozu władzy było - jak widać - stopniowalne, zależnie od tego, o której frakcji myślano. Generalnie (poza pewnymi wyjątkami) obowiązywała zasada „nie ma wroga na lewicy".



Już do środowisk opozycji późnych lat siedemdziesiątych reżym adresował (okrężną drogą, aby nie stwarzać wrażenia, jakoby uznawał opozycję lub nawet tylko jakiś jej fragment za partnera godnego rozmów) pewne sygnały. Jeden z takich sygnałów został wychwycony przez niecenzurowany miesięcznik Głos - był to wywiad z ówczesnym redaktorem naczelnym Polityki Mieczysławem Franciszkiem Rakowskim, który przetłumaczono z języka włoskiego. Oto fragmenty29 tej interesującej (jak na tamte czasy) wypowiedzi: (...) musimy pogodzić się z istnieniem grup, które wyznają idee różne od naszych (...) np. sympatii dla eurokomunizmu lub wzrastającej roli socjaldemokracji. Orientacje polityczne opozycjonistów rozciągają się od skrajnej lewicy do skrajnej prawicy. (...) Niektóre osoby, w oparciu o przepisy prawne, mogłyby zostać zaaresztowane, ale taktyka partii jest słusznie przeciwna więzieniu i sądzeniu dysydentów. (...) Często w swoich publikacjach wykorzystują to, co opublikowała oficjalna prasa, atakują niektóre zjawiska, które ja też atakuję. Oczywiście, wiosną 1979 roku miesięcznik wydawany przez środowisko Antoniego Macierewicza był nie nadawcą, lecz przekazicielem owego sygnału ku krajowej opinii publicznej.



W tym samym bowiem czasie, gdy we Włoszech wydrukowano wspomniany wywiad M. F. Rakowskiego, w Polsce ukazał się interesujący artykuł30 J. Kuronia, w którym czytamy: Zasadniczą przesłanką tych rozważań jest obawa, że grozi nam eksplozja społecznego gniewu na skalę większą niż czerwiec 56, grudzień 70[,] czerwiec 76 i marzec 68 roku razem wzięte. (...) Postawmy sprawę jasno, zainicjowany przez nas ruch nacisku staje się (...) społeczną siłą tego ugrupowania w kierownictwie partii, którego program najpełniej realizuje żądania społeczne. (...) Problem, czy tego typu działanie stanowi udział w grze frakcji partyjnych, nie jest nowy, ale za to naiwny. (...) Jeśli chcemy uzyskać ustępstwo władz, to liczymy na to, że zorganizowany przez nas nacisk społeczny jakieś ugrupowanie w kierownictwie zechce wykorzystać do własnych celów. (...) Odrzucać programowo wszelkie działania, które wspierają jakieś ugrupowanie w kierownictwie można tylko wówczas, gdy dąży się już teraz do obalenia systemu lub też przyjmuje się, że eksplozja nie nastąpi, a im jest gorzej w kraju, tym lepiej dla przeciwników systemu (...) W przypadku, gdy zasygnalizowany tu program minimum opozycji stałby się programem ruchu rewindykacji, ruch ten miałby większą kontrolę nad frakcją, która zechciałaby zyskać jego poparcie i większe szanse na usamodzielnienie się. Punkt drugi tego samego tekstu zawiera (na str. 16) m. in. takie oto zdanie: Dążenie do obalenia systemu już teraz - jeśli nie zostaniemy do tego zmuszeni (patrz p. 7 niniejszych notatek) - uważam za awanturnictwo. Można dyskutować słuszność poglądu wyrażonego w tym zdaniu, ale nie o to tutaj chodzi; punkt siódmy (i ew. dalsze) nie31 ukazał[y] się w druku, a co było jego (lub ich) treścią, pozostało tajemnicą autora i kilkorga redaktorów BI. Cenzurować Kuronia?! I to w miesięczniku, który de facto przecież był „jego" pismem? Horribile dictu! A jednak tak się stało...



Podobne do Kuroniowych poglądy wyrażali jego najbliżsi polityczni przyjaciele, z tegoż lewicowego skrzydła KSS KOR - na przykład tymi32 oto słowami: Kuroń słusznie polemizuje z argumentacją, która odwołując się do jakichś mniemanych walk frakcyjnych - proponuje rezygnację z aktywności. (...) Jedynym sensownym poparciem dla frakcji »liberalno-reformatorskiej« jest nacisk na władze jako całość. (...) Bywało, że władza - czy pewne jej ośrodki - próbowała odwoływać się do społeczeństwa. Byłoby absurdem sądzić, że opozycja w takim momencie może uchylić się od zajęcia stanowiska politycznego. (...) Albowiem uznając, że spór o reformę państwa jest po prostu oszukańczą kłótnią między komunistami, opozycja ryzykowałaby samoizolację. (...) To nieprawda, że żadne zmiany inspirowane przez grupy w partii nie mogą być dla społeczeństwa korzystne. (...) Nie jest obojętne (...) jakie koncepcje obrony monopolu władzy wezmą górę w tej partii i na jakie reformy będzie musiała się zdecydować pod naciskiem społeczeństwa. Skala możliwości jest ogromna. W każdej sytuacji opozycja będzie musiała strzec swej tożsamości - lecz nie może założyć, że pod żadnym warunkiem nie podejmie dialogu na konkretny temat wówczas[,] gdy otworzą się szanse poszerzenia swobód obywatelskich w Polsce.



Kolejny numer tego KORowskiego miesięcznika przyniósł deklarację33 jeszcze bardziej (by tak rzec) oficjalną: Opozycja demokratyczna występuje w imię niepodległości, demokracji, sprawiedliwości społecznej - takie są racje jej istnienia. Nie może się wyrzec wizji przyszłej Polski opartej na tych wartościach, bowiem nie może zaprzeczyć samej sobie. Ale nie może poprzestać na deklamowaniu tych haseł, bo wtedy będą pustymi frazesami. Musi szukać sposobów walki o te cele już dzisiaj, w konkretnej rzeczywistości, musi tłumaczyć te hasła na język codziennego doświadczenia. Musi konkretyzować program zmian, możliwy do realizacji, a zarazem w pełni zrozumiały dla polskiego społeczeństwa. Program taki musi zawierać co najmniej postulat autentycznej reprezentacji34 społeczeństwa, praworządności, musi proponować uzdrowienie sytuacji rynkowej, musi żądać zaniechania fałszywej polityki wobec wsi, która opiera się na niszczeniu indywidualnych gospodarstw rodzinnych i wiedzie logicznie ku kolektywizacji. Program taki musi społeczeństwo wywalczyć własnym naciskiem, który może być kosztowny, ale który jest niezbędny, jeśli w polskie życie publiczne ma być wpisana na powrót zasada »nic o nas bez nas«.



Na tym ów artykuł się kończy, ale wcześniej zawiera fragment35 jeszcze bardziej interesujący, zajmujący aż ponad 25% objętości całego artykułu. Zdumiewające, że w podsumowaniu czterech lat opozycji aż tyle przeznaczono na odniesienie się do jednego tylko dnia, stosunkowo bardzo niedawnego: Odpowiedzialności społeczeństwo oczekuje nie tylko od władz. Również od opozycji. Słusznie sformułowano to w Komunikacie Konferencji Episkopatu Polski z grudnia br. »W kraju naszym muszą istnieć takie warunki bezpieczeństwa i ochrony prawnej dla wszystkich, którzy wypowiadają swoją troskę o wspólne dobro, wychodząc z różnych motywacji. Każdy jednak podejmując działanie musi kierować się roztropnością i poczuciem odpowiedzialności za naród, uwzględniając okoliczności miejsca i czasu.«. Przypominamy te słowa Biskupów Polskich w związku z faktem, który wydarzył się w czasie niedawnych obchodów dziewiątej rocznicy wydarzeń grudniowych. Do obchodów tych wezwał KSS »KOR« zapowiadając msze żałobne w Warszawie, Gdańsku, Kaliszu, Krakowie i Wrocławiu i apelując do społeczeństwa innych miejscowości o uczczenie w podobny sposób pamięci ofiar Grudnia. Po zakończeniu Mszy św. w kościele O.O. Kapucynów w Warszawie młody człowiek poinformował obecnych, iż planowana była manifestacja i złożenie wieńców pod pomnikiem Kilińskiego, jednak ze względu na liczne zatrzymania o obawę prowokacji, organizatorzy odstąpili od tego zamiaru. Następnie odczytał tekst podpisany przez 10 osób (B[ronisław] Komorowski, M[arian] Piłka, L[udwik] Dorn, U[rszula] Doroszewska, A[ntoni] Macierewicz, P[iotr] Naimski, A[ndrzej] Czuma, K[azimierz] Janusz, E[mil] Morgiewicz, W[ojciech] Ziembiński), który miał być wygłoszony pod pomnikiem Kilińskiego. Wydaje się nam, że podejmowanie działań polegających na odwołaniu się do demonstracji ulicznych wymaga głębokiego namysłu i precyzyjnej odpowiedzi na pytanie, jakim to celom - konkretnym, obywatelskim, politycznym - taka demonstracja ma służyć. I nie wystarczy tu odpowiedź, że jest to wyraz szacunku dla symbolów. Jeśli bowiem podejmuje się takie działania ze znaczną częstotliwością, to należy poddać publicznej - w miarę możności - dyskusji cele polityczne pełnego cyklu takich poczynań. Są to bowiem sprawy zbyt poważne, by uznać za normę pełną spontaniczność inicjatyw i działania nieprzemyślane. Szukanie każdej okazji do ulicznej demonstracji, do wzmagania napięcia za wszelka cenę, może świadczyć o braku odpowiedzialności, który może społeczeństwo polskie wiele kosztować. I jeszcze jedno: warunkiem koniecznym przy organizowaniu ulicznej manifestacji jest uczciwe uprzedzenie o tym fakcie jej ewentualnych uczestników. Zaskakiwanie demonstracją uliczną ludzi, którzy udali się np. na mszę św. do kościoła, jest postępowaniem nieuczciwym. Jest marnotrawieniem zaufania, które środowiska opozycji demokratycznej uzyskały w społeczeństwie dzięki swej prawdomówności, zaufania, które trudno zdobyć, ale łatwo utracić. Wypowiadamy te słowa z goryczą, zwielokrotnia naszą gorycz fakt, że w trakcie warszawskich obchodów rocznicy masakry grudniowej nadużyto zaufania Kościoła. Jesteśmy najgłębiej przeświadczeni - i wierzymy, że wypowiadamy tu pogląd przytłaczającej większości środowisk opozycyjnych - iż dzisiaj, tak jak od wielu lat, kościół jest miejscem, gdzie wyrażają się religijne, narodowe i obywatelskie aspiracje Polaków. Wszelako teren kościoła nie może być według naszej opinii wykorzystywany do żadnych poczynań, na które władze kościelne nie wyrażają zgody. W tym przedmiocie winna obowiązywać środowiska opozycyjne niezmienna konsekwencja i żelazna lojalność. W przeciwnym razie my, ludzie demokratycznej opozycji, ryzykować będziemy uzasadnioną nieufność ze strony największego autorytetu moralnego w Polsce.



Nie jest jasne czy zdaniem autorów owego tekstu nieuczciwym zaskoczeniem uczestników mszy w kościele oo. kapucynów było samo zaplanowanie demonstracji, mającej rozpocząć się po mszy, czy raczej wystąpienie młodego człowieka odwołującego tę manifestację właśnie w trosce o fizyczne bezpieczeństwo ludzi. Zaskoczeniem jest także sam styl owego fragmentu, mógłby znaleźć się on niemal w całości w liście pasterskim biskupów, już poczynając od zastosowanej ortografii. Można by odnieść wrażenie, że to jakiś katolicki odłam opozycji upomina swoich oddalonych od Kościoła kolegów opozycjonistów, aby nie traktowali Kościoła instrumentalnie w imię jakiejś hurra-opozycyjności. (Rzeczywiście, w tamtych czasach oskarżanie o instrumentalne traktowanie Kościoła bywało adresowane pomiędzy lewicą laicką a opozycją tradycjonalistyczną w obydwu kierunkach ...)



W następnym numerze ukazała się polemika z tą ostatnią wypowiedzią. Autor polemiki (współpracownik KSS KOR) sprzeciwił się dzieleniu opozycji na złą i dobrą, rozwiązaniu pośredniemu pomiędzy dyktaturą PZPR a demokracją parlamentarną oraz przeciwstawianiu demokracji i niepodległości. Pisał36 m. in.: Artykuł Po czterech latach został podpisany przez »zespół redakcyjny« - a więc zbiorowość szerszą niż »komitet« - co sugeruje, że wyrażone w nim opinie są podzielane w pełni przez grupę osób, która się wokół pisma skupia, z nim współpracuje i współtworzy jego linię polityczną. Jest to pierwszy przypadek wystąpienia grupy BI jako odrębnej politycznie zbiorowości. Dotychczas artykuły wyrażające stanowisko komitetu redakcyjnego były sygnowane podpisem »Redaktor«. Pozwala to przypuszczać, że zespół BI postarał się w dyskusji nad tekstem wykluczyć takie sformułowania, które dopuszczałyby do interpretacji sprzecznych z intencjami autorów. (...) Lektura takich akapitów rodzi wątpliwości, do kogo właściwie są one kierowane. (...) Opozycja niejednokrotnie dawała do zrozumienia, że nie jest zainteresowana w paleniu komitetów, ale z zupełnie innych przyczyn niż władze. Konstrukcja wypowiedzi zespołu BI nie wyklucza jednak wniosku, że z owej wspólnoty interesów wynikać może jakaś płaszczyzna porozumienia - także w działaniu. (...) czytelnik czuje się przestraszony perspektywą nieokreślonej »katastrofy« albo odnosi wrażenie, że autorom zależy na tym, by kogoś przestraszyć. Raz jeden sprecyzowano, czym ma być »katastrofa«: wtedy, gdy wspomniano o »płonących komitetach partyjnych«, co sugeruje, że straszy się władze. Inne fragmenty mówią natomiast o »skłonności do działań desperackich« (...) Dotychczas monopol na straszenie miała PZPR: straszono nas, że jeśli nie będziemy posłuszni, to wjadą rosyjskie czołgi. (...) Najczęściej bodaj używanym w artykule słowem jest »odpowiedzialność«. (...) Opozycję demokratyczną w ogólności za odpowiedzialność pochwalono, ale z pewnym wyjątkiem: 10 osobom zarzucono »szukanie każdej okazji do (...) wzmagania napięcia za wszelką cenę«, a więc działania (lub chęci) zwykle określane jako nieodpowiedzialne. To rozdawnictwo pochwał i nagan odczytać można jako sugestię do podziału37 opozycji na odpowiedzialną i nieodpowiedzialną jej część. Autorzy piszą także o kręgach umiarkowanych i radykalizujących się bądź takich, które mogą się zradykalizować. Odnosi się wrażenie, że podziały te nie krzyżują się, lecz nakładają na siebie, to znaczy, że istnieją obecnie w opozycji umiarkowani-odpowiedzialni i nieumiarkowani-nieodpowiedzialni, których działania, a co najmniej skłonności »mogą społeczeństwo polskie wiele kosztować«. (...) Autorzy konstruują (...) antynomię między demokracją i niepodległością, jako hasłami szczytnymi wprawdzie, ale nierealnymi a ponadto podatnymi na degenerację we frazes, [a] codziennymi potrzebami społeczeństwa. Zabieg ten stosowany jest konsekwentnie; po jednej stronie występują określenia »frazesy«, »deklamowanie haseł«, »puste frazesy«, »wizja«, po drugiej: »codzienny, konkretny wymiar«, »konkretna rzeczywistość«, »codzienne doświadczenie«, »w pełni zrozumiałe«. (...) Demokratycznie wybierany parlament jest właśnie »autentyczną reprezentacją« całego społeczeństwa (...) Domyślam się, że autorzy BI podzielają ten pogląd, ale widzą jakieś, możliwe do zrealizowania już dziś, rozwiązanie pośrednie38 między fikcją peerelowskiego Sejmu a demokratycznym parlamentem; rozwiązanie, które, choć niepełne i ułomne, byłoby dla społeczeństwa korzystniejsze niż obecny stan rzeczy. Temu właśnie rozwiązaniu nadali, jeśli dobrze się domyślam, miano »autentycznej reprezentacji«. Tak zatem wyglądał kontekst wypowiedzi Macierewicza o tym, że on i jego grupa z zasady odrzucali uczestnictwo we wzajemnych oddziaływaniach z (którymikolwiek!) frakcjami w kierownictwie PZPR.



W rok po powstaniu Solidarności KSS KOR dokonał samorozwiązania. Ten fakt stał się bodźcem, aby jego czołowych działaczy poprosić o podsumowanie pięcioletniej działalności. J. Kuroń, J. J. Lipski i A. Macierewicz udzielili wywiadu gdańskiemu tygodnikowi Samorządność. Z wywiadów udzielonych przez tych trzech działaczy wynika łącznie, że Kuroń był wtedy zwolennikiem „dogadywania się" i to już nie z liberalną frakcją w PZPR, ale bezpośrednio z Kremlem, kosztem i ponad głowami polskiej kompartii. Opowiadając się za tą ideą J. Kuroń odżegnał się39 od swojego udziału w jej realizowaniu: Uważam, że czas powiedzieć: nie PZPR jest gwarantem sojuszu. I ja to mówię. Tylko istnieje taki sposób czytania, że skoro ja to mówię, to ja chcę się dogadywać. To jest oczywiste nieporozumienie. Nawet, jeśli można by się z nimi dogadać, to musieliby to być ludzie, którzy są dla nich do przyjęcia. Ja jestem ostatnim, który mógłby to zrobić. (...) Nawet gdybym chciał... A nie chcę. Zdystansował się od podejrzeń, jakoby on sam był skłonny (a przynajmniej gotowy) stawać na czele rządu w Warszawie, który miałby ewentualnie zostać wyłoniony w wyniku takiego, polsko-sowieckiego porozumienia, eliminującego PZPR z jej dotychczasowej roli.



Red. Ewa Górska pytała Macierewicza nie tylko na ten sam temat. Oto większość40 tego wywiadu:



PYTANIE: Ze środowiska KOR wyodrębnia się określoną grupę ludzi związanych z Panem i szerzej, redakcją Głosu. Jaką rolę miał odgrywać miesięcznik Głos?



ODPOWIEDŹ: Głos powstał jako pismo komitetu. Taka była jego pierwotna idea. Jednak już pierwsze numery Głosu potwierdziły odmienność naszych poglądów politycznych. Koledzy związani z myślą lewicową lepiej czuli się w redakcji Biuletynu Informacyjnego a później Krytyki. Konsekwencją tych różnic było wykrystalizowanie się grupy politycznej skupionej wokół Głosu, wywodzącej się ze starszoharcerskiej »Gromady Włóczęgów«. (...) Byli to np. P[iotr] Naimski, L[udwik] Dorn, W[ojciech] Onyszkiewicz U[rszula] Doroszewska.



PYTANIE: Czy zgadza się Pan z zasadnością podziału środowiska korowskiego na orientację niepodległościową i lewicę laicką?



ODPOWIEDŹ: Tak. Mam głębokie przekonanie, iż podział ten faktycznie funkcjonuje do dziś. Ostatnio niektórzy koledzy - dotąd utożsamiający się z terminem »lewica laicka« - traktują go jako obelgę. Wydaje mi się to najzwyklejszym nieporozumieniem, gdyż termin ten41 narodził się w ich własnym środowisku i był pozytywnie wartościowany.



PYTANIE: Zatem wokół jakich problemów ogniskował się ten spór?



ODPOWIEDŹ: W KOR, jak i właściwie w całym środowisku opozycyjnym, konflikt ten przebiegał na kilku płaszczyznach. Dotyczył on przede wszystkim stosunku do tradycji niepodległościowej i socjalistycznej, marksizmu, genezy Polski Ludowej, jej przemian i sposobów, w jaki się one dokonywały. Niemnie jednak, problemy ideowe - tak sądzę - były bardzo słabo uzewnętrzniane i formułowane. Funkcjonowały one raczej jako nie werbalizowane podłoże różnic środowiskowych. Istniały natomiast spory stricte polityczne co do wyboru taktyki, metod działania, konkretnych posunięć. Były one znacznie ostrzejsze i wyraźniej artykułowane.



PYTANIE: W numerze styczniowo-lutowym (1980) Głosu, w artykule redakcyjnym pod tytułem Manifestacje i odpowiedzialność, czytamy: »Mimo podkreślonych przez nas różnic z poglądami redakcji Biuletynu Informacyjnego uważamy, że nie przeszkadza to nam we wspólnej działalności. Kierujemy się tu zasadą: współpraca w tym, co nas łączy, tolerancja w tym, co dzieli, solidarność ze wszystkimi walczącymi o demokrację i [tu redakcja zaznaczyła ingerencję państwowej cenzury, kontekst pozwala zgadnąć, że wycięto słowo „niepodległość", które wówczas miałoby wydźwięk antysowiecki - dopow. Ł.Ł.] A to, co nas łączy, jest ważniejsze od tego, co nas dzieli.« Jakiego konfliktu dotyczyły te słowa?



ODPOWIEDŹ: Artykuł ten powstał w bardzo dramatycznym momencie. W rocznicę wydarzeń grudniowych w 1979 r. redakcja Głosu była współorganizatorem manifestacji w Warszawie. Redakcja BI oskarżyła42 nas wówczas o awanturnictwo polityczne, działalność godzącą w realia itd. Przypominając ten fakt chciałbym podkreślić zasadniczą różnicę dzieląca wówczas nasze środowiska. Najpełniej wyraża je dylemat: radykalizm - realizm. Innymi słowy, kwestie polityczne różniły nas tak samo albo nie mniej, niż te do końca nie zwerbalizowane różnice środowiskowe.



PYTANIE: Wydarzenia ostatnich tygodni uczyniły nadal aktualnym ten konflikt. Ma on jednak znacznie poważniejszy wymiar. Myślę o koncepcji Komitetu Ocalenia Narodowego, Frontu Porozumienia Narodowego etc. Pisał Pan w jednym z numerów Głosu Wolnego: »Koncepcja sformułowana przez J. Kuronia i podjęta w Sejmie przez R. Reiffa nasuwa obawy, iż jej skutki znaczyć będą powrót do smutnych czasów z końca XVIII w., kiedy to poszczególne koterie polityczne ubiegały się w rosyjskiej ambasadzie o mandat sprawowania władzy w Polsce.«



ODPOWIEDŹ: Lata sześćdziesiąte przyniosły pewną kontynuację koncepcji działania politycznego w Polsce realizowanej chyba najpełniej przez ludzi, którzy po 56 r. mniej lub bardziej zerwali z partią komunistyczną. Koncepcji, której działania społeczno-polityczne nakierowane były na zmianę centrum partii, na jej demokratyzację. W ramach tej koncepcji zakładano, iż wśród aparatu partyjnego i elity przywódczej toczy się walka między liberałami a dogmatykami, w której należy poprzeć tych pierwszych. Upatrywano w tym rękojmię pozytywnych zmian. Otóż powstanie KOR było zaprzeczeniem tego typu myślenia politycznego. Nasza działalność nakierowana była na społeczeństwo, na tworzenie niezależnych instytucji społecznych, a nie na ewolucje partii komunistycznej. W tej sprawie, w samym KOR, były bardzo daleko idące spory które przede wszystkim uzewnętrzniały się w stosunku do kwestii manifestacji, wolnych związków zawodowych, bojkotu wyborów. Kulminacją tego sporu był rok 1979, kiedy to Kuroń opublikował w BI artykuł43 traktujący o sytuacji opozycji. Sformułował w nim tezę, iż program organizowania społeczeństwa wokół niezależnych instytucji poniósł klęskę, oraz twierdził, że należy zacząć się liczyć z możliwością współpracy z ta frakcja partyjną, która przeciwstawi się ówczesnemu centrum. To nas zawsze różniło i myślę, że różni nas nadal. W koncepcji KON [Komitetu Ocalenia Narodowego - dopow. Ł.Ł.] osobiście widzę kontynuację tego myślenia. Nie chcę przypisywać złych intencji Jackowi Kuroniowi, sądzę jednak, że nie docenia on diabła, którego można wypuścić z butelki. Myślę, że jest to po prostu nierozsądne. Cóż, być może jest to spór miedzy myślą lewicową a myślą niepodległościową, czy też między realizmem a radykalizmem...





Również inna inicjatywa J. Kuronia z jesieni 1981 r. świadczy o pewnej podobnej kalkulacji politycznej. W dniu 16 listopada 1981 roku w Łodzi, w obecności piszącego te słowa, rozmawiali dwaj tamtejsi działacze lewego skrzydła opozycji post-korowskiej. Jeden z nich, Tomasz Filipczak, objaśniał swojemu rozmówcy celowość inicjatywy44 Kuronia, która doprowadziła niewiele później (22 listopada 1981 r.) do powołania Klubów Rzeczypospolitej Samorządnej „Wolność - Sprawiedliwość - Niepodległość". Otóż, według wiadomości posiadanych wtedy przez J. Kuronia - tak mówił Filipczak do drugiego łodzianina - istniał już wówczas projekt przekształcenia PZPR w partię o nazwie45 „Polska Socjalistyczna Partia Robotnicza" (analogicznie do nazwy Magyar Szocialista Munkáspárt - Węgierska Socjalistyczna Partia Robotnicza dla kompartii na Węgrzech po zainstalowaniu tam kolaboranckiej ekipy Kádára przez Armię Czerwoną w 1956 r.), której przywódcą miałby zostać np. Tadeusz Fiszbach46 (a w każdym razie ktoś uchodzący powszechnie w ówczesnej Polsce za nie- skompromitowanego działacza PZPR). Filipczak wtrącił przy tym, że „nasi koledzy z prawicy" różnią się tym od „nas" (ma się rozumieć: niekorzystnie), że nie chcieliby mieć w ogóle żadnych kontaktów ze wschodnim supermocarstwem. Filipczak prawdopodobnie bezwiednie ulegał stereotypowi propagandowemu PRL, w myśl którego niechęć do Związku Sowieckiego jest nieodłączna od prawicowości; być może, że miał na myśli głównie lub tylko taką „prawicę" jak KPN. Zdaniem Filipczaka, Kuroniowi w zamyśle chodziło o to, aby ubiec (oficjalnych) komunistów, niedopuszczając ich do monopolu ani nawet do pierwszeństwa w tworzeniu socjaldemokracji.



Co podczas tej samej jesieni robił Macierewicz i jego środowisko? Zainicjował m. in. z Wojciechem Ziembińskim i z Aleksandrem Hallem powstały 28 września 1981 r. Klub Służby Niepodległości47. Daleko - zarówno od potencjalnej PSPR, jak też od realnie powstałych o dwa miesiące później KRS WSN.













3. Orientacje w polskiej polityce





We wspomnianym już wywiadzie48 udzielonym włoskiej gazecie, Rakowski poruszył także międzynarodowy aspekt istnienia opozycji w Polsce: Uważam wszakże, iż wiele ich propozycji ma charakter awanturniczy, zwłaszcza te, które dotyczą roli Polski w tej części [chyba brakuje słowa: „Europy" - dopow. Ł.Ł.] i naszych stosunków z ZSRR. (...) Ktoś już podniósł49 problem finlandyzacji Polski. Nieprzyjazne stosunki z Rosją kosztowały nas ogromne ofiary i dlatego powtarzam, że uważam za swojego zasadniczego przeciwnika politycznego każdego, kto chciałby poddać stosunki z Rosją pod dyskusję. Jesienią 1979 r. tenże Rakowski, bardziej skąpym językiem, ale za to w Polsce i po polsku, na łamach swojej gazety skrytykował50 obecne wśród odradzającej się opozycji tendencje antysowieckie: Jest to wielki sukces tego pokolenia, które jeszcze w okresie drugiej wojny światowej obrało orientację realistyczną i płodną dla polityki przyszłej, niepodległej Polski. Jej autorami byli przedstawiciele obozu radykalnej lewicy z Polska Partią Robotniczą na czele. (...) Istotą zwycięskiej orientacji (...) było założenie, że Polska (...) powinna raz na zawsze odejść od tradycyjnej polskiej polityki antyrosyjskiej i przystąpić do ustanowienia przyjaznych stosunków z narodami tworzącymi Związek Radziecki. (...) Naszym naturalnym sojusznikiem na dziś, jutro i pojutrze może być jedynie Związek Radziecki, narody zamieszkujące ten olbrzymi kraj, a zwłaszcza Rosjanie, Ukraińcy i Białorusini. (...) Nie przeraża mnie, ale zdumiewa i niepokoi, iż są wśród nas ludzie, którzy lekceważąc podstawowe interesy narodowe próbują ożywić skompromitowany kierunek antyradziecki.



Środowisko lewicy laickiej zareagowało51 następująco: W Polityce z dnia 10 XI 1979 ukazał się artykuł naczelnego jej redaktora Mieczysława Franciszka Rakowskiego pt. Orientacja Główna. Autor pisze o niebezpieczeństwie postaw antyradzieckich w Polsce, o »głupocie« tych, którzy rzekomo te nastroje podniecają. Sprawa ma istotne znaczenie i nie można tego wystąpienia Polityki pozostawić bez odpowiedzi. (...) Artykuł mówi o »polskiej racji stanu«, o konieczności sojuszu i przyjaźni ze Związkiem Radzieckim wobec ewentualnego zagrożenia Polski ze strony Niemiec. Sojusz ze Związkiem Radzieckim w imię stabilizacji Polski, dla zabezpieczenia się przeciw terytorialnym roszczeniom niemieckim! (Niestety eskalacji tych roszczeń nie można nie doceniać, jak o tym świadczą wypadki ostatnie, spotęgują się one na pewno po dojściu do władzy Straussa). Zapewne sojusz ten jest na pewno usprawiedliwiony obecnym układem sił w Europie. Przyszłości nikt z nas nie może przewidzieć. (...) Rakowski usiłuje budzić nastroje antyzachodnie. (...) Już tu prof. Lipiński mimochodem wzmacnia propagandę PRL, nakłaniającą Polaków do pogodzenia się z zależnością od Moskwy strachem przed zachodnioniemieckimi odwetowcami, dybiącymi na nasze Ziemie Odzyskane.



Ale czytajmy52 dalej: Polityka ubolewa i grozi moralnym i politycznym potępieniem ludziom, którzy »z własnej głupoty bądź też z poduszczenia działają na rzecz ożywienia wspomnianej orientacji« (to jest - antyradzieckiej). Zapewniamy, że ludzi takich nie ma, (...) nie słyszeliśmy53 o istnieniu grup politycznych w Polsce, które by nie stały na stanowisku, że sojusz z Rosją stanowi konieczność historyczną. Ale jest poza tym jasne, że Polska stanowi część Zachodu i musi się bronić przeciw temu ze wszystkich sił, ponieważ wierzymy w wolność, w sprzeczności, w swobodę myśli, w kreatywną moc ducha ludzkiego, który kwitnie tylko w atmosferze wolności. Duch »Wschodu« przynosi nam zniewolenie umysłu, ubezwłasnowolnienie człowieka i narodu. (...) uważamy, że zmuszenie Polski do utożsamienia się z systemem i polityką Rosji jest największym nieszczęściem, jakie nasz naród mogło w historii spotkać. Sam jestem socjalistą, ale ten typ »socjalizmu«, jaki istnieje w ZSRR[,] z socjalizmem nie ma nic wspólnego. (...) Jesteśmy dobrymi katolikami, gotowi jesteśmy Rosji wiele wybaczyć i mieć z nią nie tylko sojusz, ale nawet żywić uczucie przyjaźni, pod warunkiem, że stworzona zostanie odpowiednia atmosfera tej przyjaźni. (...)



Tu już można po prostu się dziwić. Artykuł prof. Lipińskiego na pierwszy rzut oka (począwszy od tytułu) sprawia wrażenie, że stanowi jakąś bardzo zasadniczą polemikę z artykułem red. Rakowskiego, ale potem okazuje się, że to tylko wrażenie. Zdaniem Lipińskiego, chociaż nasz kraj może mieć bardzo poważne pretensje do Sowietów (włącznie z tym, że w 1945 r. podbiły nas zamiast wyzwolić), to uznaje sojusz z tym mocarstwem nie tylko za konieczny, ale także możliwy, ba! dodaje, że za możliwą uważa nawet przyjaźń. Deklaruje socjalizm (chociaż nie taki, jak w Sowietach), deklaruje katolicyzm (w cudzym imieniu, sam wtedy nie wyznawał tej wiary, powrócił do katolicyzmu dopiero na łożu śmierci), ale możliwość i celowość zastąpienia wymuszonego sojuszu z Moskwą przez sojusz dobrowolny (i to motywowany podobnie jak w propagandzie PRL, czyli obawami przed zagrożeniem niemieckim) to coś, co mógłby powiedzieć ktoś z całkiem przeciwnego krańca polskiego spektrum politycznego, np. prof. Maciej Giertych54 albo podobny mu narodowiec.



Jest to w gruncie rzeczy propozycja zamiany jednej orientacji moskiewskiej na inną orientację moskiewską, a zatem jeszcze mniejszy wybór, niż zamiana orientacji moskiewskiej na berlińską (albo odwrotnie). Od czasów, kiedy pomiędzy zaborcami Polski w XIX wieku nasilały się przejawy współzawodnictwa, kolejne pokolenia polityków polskich dzieliły się na różne tzw. orientacje, nad czym ubolewało55 środowisko Macierewicza: Ponieważ (...) jakąś »orientację« poważny polityk polski mieć powinien, pojawiła się, ze znacznym nasileniem w końcu lat siedemdziesiątych, »orientacja moskiewska«, program reformowania ustroju w Polsce w oparciu o Sowiety, ich przyzwolenie i zgodę. Rzecz w tym jednak, że program reformowania ustroju dzięki poparciu Kremla skutecznie od lat blisko czterdziestu realizuje PZPR, więc w naszych warunkach »orientacja moskiewska« sprowadza się do prób wyślizgania tej organizacji z roli funkcji namiestniczych. Wyślizgiwanie za pomocą perswazji oznacza przekonanie Kremla, że PZPR nie sprawdza się w powierzonej jej roli; wyślizgiwanie za pomocą siły to pomysł groźniejszy: polega na stwarzaniu przez praktyczną działalność polityczną takich sytuacji, w których PZPR rzeczywiście się nie sprawdza, co jeszcze nie jest niczym złym. Liczy się przy tym na to, że Moskwa nie chcąc lub nie mogąc interweniować zgodzi się na przekazanie władzy w niekomunistyczne, ale mniej pewne ręce. Elementy takiego pomysłu zawierał opublikowany już po 13 grudnia w prasie podziemnej tekst, który zalecał Polakom uderzenie siłą w centra władzy przy jednoczesnym sformułowaniu programu i ekipy kompromisowo nastawionej wobec ZSRR, która dzięki mobilizacji, poparciu społecznemu i zgodzie Moskwy przejmie z rąk PZPR i WRON-y władzę nad krajem.



W dziewięć lat później, przy okazji komentowania postawy mec. Władysława Siły-Nowickiego, Macierewicz nawiązał do dwóch apeli J. Kuronia opublikowanych w podziemnej prasie. Mowa o dwóch wypowiedziach internowanego w Białołęce pod Warszawą działacza. Pierwszy apel zawierał56 m. in. słowa: (...) kierownictwo ruchu oporu musi jednocześnie przygotowywać społeczeństwo polskie do nawet najdalej idących ustępstw w kompromisie z władzą i do zlikwidowania okupacji w zbiorowym, zorganizowanym wystąpieniu. Sądzę, że wystąpienie takie może polegać na równoczesnym uderzeniu na wszystkie ośrodki władzy i informacji w całym kraju. (...) trzeba już dziś robić wszystko, co można, aby uświadomić kierownictwu ZSRR, że przy odrobinie dobrej woli z ich strony porozumienie narodowe Polaków - nawet bez udziału obecnych władz PRL - nie naruszy ich militarnych interesów, a dla ekonomicznych będzie niezwykle korzystne. (...) Przez wiele lat swojej opozycyjnej działalności głosiłem zasadę unikania wszelkiej przemocy. Poczuwam się więc do obowiązku zabrania głosu, aby oświadczyć, że obecnie przygotowywanie obalenia okupacji w zbiorowym wystąpieniu uważam za zło najmniejsze.



W drugim57 apelu Kuroń dopowiedział: Trzeba przyjąć założenie, że przemoc ustępuje tylko wobec przemocy, i zapowiedzieć wyraźnie, że ruch nie cofnie się przed użyciem siły. (...) Jeśli (...) nie zapewnimy sobie współdziałania zdecydowanej większości żołnierzy i milicjantów, to strajk należałoby połączyć z uderzeniem na wybrane ośrodki władzy i informacji (...). Jest to jawne wezwanie do rewolty o to, aby potem móc z carem negocjować przestrzeganie konstytucji Priwiślańskiego Kraju przysłanie lepszego namiestnika w miejsce dotychczasowego, jak tego domagano się w 1830 roku.



Otóż komentarz Macierewicza do tego wezwania brzmi58 tak: Obserwowaliśmy postawę Siły-Nowickiego w czasie majowego strajku w 1988 roku w Stoczni Gdańskiej, gdzie jak polityczny dement dawał się zwodzić enigmatycznym telefonom od Kiszczaka. Tamta uległość Siły-Nowickiego była ceną nieporównanie mniejszą niż ta, którą płacilibyśmy za politykę Jacka Kuronia w rodzaju apelu, by uderzyć w centra władzy w roku 82., kierowane do polskiej młodzieży z gołymi rękoma.



Na słowa jednego z dziennikarzy (sporządzających ten wywiad-rzekę): Niech pan to powie Kornelowi Morawieckiemu, który będąc w podziemiu tworzył »Solidarność Walczącą« i nie wyrzekał się działalności terrorystycznej, A. Macierewicz w odpowiedzi przypomniał, że w owych apelach J. Kuronia są dwa elementy: jeden odnosi się do komunistów rządzących w Moskwie jako do faktycznego suwerena w imperium sowieckim, a drugi do komunistów w Warszawie, czyli do ekipy sowieckich namiestników: Tyle, że Kornel Morawiecki nie pisał później tekstu, w którym stwierdzałby, że gdyby się nie udało i przegralibyśmy w tym starciu, to tak czy inaczej zrobimy z komunistami kompromis. Przeczytajcie panowie oba teksty Kuronia. Pierwszy z lutego '82, o uderzeniu w centra władzy, drugi z marca '82: jak się nie uda, to się wtedy dogadamy. Zbrojna walka w nadziei na wynegocjowanie z Moskwą lepszego namiestnictwa w Warszawie niż istniejące, byłaby po półtorawieczu zaryzykowaniem powtórki błędu Powstania Listopadowego, które w pierwszych dwóch miesiącach toczyło się jeszcze nie o niepodległość, lecz tylko o wymuszenie na Rosji przestrzegania autonomii tzw. Królestwa Polskiego i jej ewentualne rozszerzenie na pozostały obszar zaboru rosyjskiego. A przecież to było jedyne z polskich powstań antyrosyjskich, gdzie po naszej stronie uczestniczyło regularne, nominalnie polskie wojsko, dzięki czemu powstanie miało jakąś szansę na sukces...



Zaraz po fragmencie mówiącym o „wyślizgiwaniu" PZPR z roli namiestniczki Moskwy, w wypowiedzi59 zespołu Głosu dostrzegamy następujące, zasadnicze stanowisko: Podsumowując może nieco brutalnie: »orientacja moskiewska« to program stworzenia nowej, niemarksistowskiej, autentycznie i szczerze polskiej Targowicy. »Orientacja moskiewska« rozkwitła w polskiej publicystce niezależnej w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, ale jej początki są daleko wcześniejsze. W tej dziedzinie należy uznać i docenić prekursorską rolę Bolesława Piaseckiego. Stworzona przez niego organizacja PAX miała być niemarksistowską, katolicko-postępową, alternatywną wobec PZPR bazą rządów radzieckich w Polsce. (...) W 1981 roku nie tylko Kania, Jaruzelski, Siwak jeździli do Moskwy. Jeździł tam też, i co dziwniejsze, publicznie w mowie i piśmie tym się chwalił, Stefan Bratkowski. Częścią jego zabiegów był tak zwany »list 35«, w którym przekonywano Sowiety, że PZPR nie powinna mieć monopolu na urzędowe wdrażanie przyjaznych uczuć wobec ZSRR. (...) Trzeba powiedzieć jasno, że w tej sprawie nie powinno być najmniejszych wątpliwości: »orientacja moskiewska« musi być z polskiego myślenia i działania wykreślona. Przemawiają za tym wszelkie możliwe powody: moralne, narodowe, polityczne. Wysiłki Bratkowskiego miały przybliżać sukces w Moskwie bez potrzeby odbywania zbrojnego starcia z reżymem PRL-owskim.



Środowisko Antoniego Macierewicza zdecydowanie zdystansowało się od pomysłów na orientację prorosyjską. Zdaniem60 zespołu Głosu należy odstąpić od nieszczęsnego w polskich dziejach oscylowania pomiędzy różnymi tzw. „orientacjami" w każdym razie zaś - pomiędzy orientacjami związanymi z państwami zaborczymi: Polska myśl polityczna ma od dawna to do siebie, że czuje się w obowiązku posiadania jakiejś »orientacji«, czyli programu oparcia polskich wysiłków narodowych na jakiejś zewnętrznej sile. Przed 1918 rokiem było to nawet dosyć łatwe: zaborców było trzech i - stosownie do tego - istniały w polityce polskiej trzy orientacje: rosyjska, niemiecka i austriacka. Po Jałcie zaborca był jeden, a zaboru dokonał za wiedzą i zgodą Potęg Sprzymierzonych. (...) Skoro odrzuca się »orientację moskiewską«, to czy można zarysować inne, realne rozwiązanie »kwestii radzieckiej«? Nazwijmy je »orientacją polską«. Zwiększenia niezależności Polski od ZSRR nie uzyska się drogą rozmów, konkurencji z PZPR czy WRON-ą, zabiegania o łaski Kremla. Wzrost niezależności Polski można uzyskać jedynie drogą faktów dokonanych, przez podejmowanie decyzji o najistotniejszych dla kraju sprawach niezależnie od woli Kremla. Aby móc postawić Moskwę wobec faktów dokonanych[,] naród musi dysponować wszystkimi elementami swojej siły; tu świadomość narodowa, poczucie moralnej racji i sprawiedliwości nie wystarczy, tu potrzebna jest siła wręcz fizycznie określona - a więc potrzebne jest wojsko. Porozumienie narodowe[,] jeśli się w Polsce dokona, to niezależnie od Kremla i przeciw niemu, choć nie musi prowadzić do bezpośredniej walki zbrojnej. Ale warunkiem powodzenia takiej operacji jest udział w niej armii. Dlatego z porozumienia narodowego nikt[,] kto nie staje na pozycji Targowicy[,] nie może być wyłączony. Nawet ludzie, których dziś nienawidzimy. Może ktoś zapytać, czy tak się godzi. Godzi się! »Nie masz na ziemi, pod ziemią i na niebie - pisał wielki ideolog niepodległości, Maurycy Mochnacki61 - środka, którego nie godzi się użyć narodowi polskiemu dla pognębienia dumy carów moskiewskich«.



Antoni Macierewicz i jego współpracownicy odrzucali zatem koncepcję rywalizowania z komunistami o inwestyturę udzielaną przez Kreml, nie zamierzali (przynajmniej w swych deklaracjach) przelicytować polskich komunistów w zabieganiu o względy Sowietów ani (w szczególności) zastępować PZPR w roli siły pełniącej rolę namiestnika centrum imperium sowieckiego we władaniu Polską. Tak więc ów projekt sojuszu (podziemnej) Solidarności z [Ludowym] Wojskiem Polskim miał na celu coś innego, niż zastąpienie PZPR przez LWP w roli struktury sprawującej kontrolę nad naszym krajem. Czy taki pomysł był realny, to osobna kwestia. Najcenniejsze w tej wypowiedzi jest właśnie stwierdzenie, że jedyną dopuszczalną dla Polaków powinna być orientacja polska.



Jeszcze w Polsce stacjonowały liczne oddziały Armii Czerwonej, a już Głos - jako jeden z nielicznych środków przekazu - uwrażliwiał62 Polaków na aktualność tego, co trochę dawniej63 nazywano teorią dwóch wrogów: Konflikt bliskowschodni uczynił Niemcy niemal hegemonem Europy. I Związek Sowiecki[,] i USA musiały podwyższyć cenę[,] jaką gotowe są zapłacić za związanie z sobą nowego mocarstwa. Stąd przyspieszona - bowiem wyznaczona już na 3 października - data zjednoczenia Niemiec (a faktycznie wchłonięcia NRD do RFN). Stąd też sowiecka propozycja (wciąż jeszcze nieoficjalna)[,] by Niemcy stały się członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ. Ta propozycja ma oczywiście przede wszystkim wymiar praktyczny - Niemcy stają się w ten sposób mocarstwem współrządzącym światem. Ale jest w tym także bardzo charakterystyczny moment symboliczny - po 45 latach od zakończenia II wojny światowej państwo niemieckie staje na czele organizacji międzynarodowej, która powstała z wojennego aliansu skierowanego przeciwko Niemcom. Dominacja Niemiec w Europie i sojusz Moskwa-Berlin nastąpiły szybciej[,] niż ktokolwiek tego się spodziewał.



W rok później ten sam autor, choć nie w tym samym miejscu, alarmował64 ponownie: Niewątpliwie mamy do czynienia ze zmianą narzędzi sowieckiego dążenia do dominacji nad Europą Środkowowschodnią, a w szczególności nad Polską. Nie powinno bowiem być cienia wątpliwości co do tego, że Polska jest w Europie Centralnej punktem zasadniczym, czy to dla przyszłych władz imperium sowieckiego, czy dla konstrukcji Europy niepodległych narodów. (...) Otóż, jak sądzę, polityka sowiecka podjęła rzeczywiście w ciągu ostatnich trzech miesięcy (...) próbę rekonstrukcji imperium czy też długofalowy plan, na razie dyplomatyczny, takiej rekonstrukcji. Wyraża się to w próbie zastąpienia Paktu Warszawskiego strukturą wzajemnych porozumień i umów, które stworzyłyby z Europy Środkowowschodniej strefę sfinlandyzowaną. (...) Naprawdę fundamentalnym zagrożeniem, jakie przed nami stoi, jest perspektywa porozumienia niemiecko-sowieckiego. Trzeba zdać sobie sprawę z tego, że proces ten został już zapoczątkowany - jego zasadniczym przejawem jest sposób, w jaki dokonało się zjednoczenie Niemiec. Dokonało się ono przez porozumienie z Sowietami, przez zawarcie do dziś niejasnych układów, na mocy których państwo niemieckie, nie wiadomo w jakim stopniu, złożyło przyrzecznie co do swej neutralności. W związku z tym, nie wiadomo, czy i na ile grozi nam wycofanie się USA na linię Renu. Jest bardzo prawdopodobne, że w ciągu najbliższych lat staniemy w obliczu faktycznego sojuszu niemiecko-sowieckiego. Jest to dla nas zagrożenie, ale otwiera też przed nami perspektywę, pewną nadzieję refleksji ze strony USA nad niebezpieczeństwem zdominowania całej Europy przez sojusz niemieckorosyjski.



Oba te alarmy na szczęście chybiły, gdy chodzi o ich sens dosłowny, zjednoczone Niemcy nie weszły do grona członków Rady Bezpieczeństwa ONZ ani nie stały się państwem neutralnym występując z NATO. Jednak współdziałanie niemiecko-rosyjskie, zwłaszcza w dziedzinie zaopatrywania krajów europejskich w rosyjski gaz ziemny, od lat trwa, nabiera rozmachu i kto wie, jakie jeszcze skutki wywoła.



Zjednoczenie Niemiec na sowieckich warunkach? W 1981 r. Amerykanin Paul Erdman w powieści65 Ostatnie dni Ameryki opisał historię, kiedy to zachodnioniemiecki kanclerz Franz Joseph Strauss w 1987 r. w wyniku skomplikowanego ciągu intryg zawiera z Sowietami sojusz zbrojny, nazywany dla niepoznaki paktem o nieagresji, po czym następuje wystąpienie obu republik niemieckich z dotychczasowych koalicji zbrojnych oraz szybka (dwumiesięczna!) ewakuacja wojsk obu supermocarstw z Niemiec Wschodnich i Zachodnich. W intrygach mieści się zarówno nuklearny szantaż zbrojeniowy Bonn wobec Moskwy, jak też - będąca po myśli Kremla - „finlandyzacja" całych Niemiec, a efektem jest powrót USA w bardzo znacznej mierze do polityki izolacjonistycznej.



Współdziałanie Niemiec i Rosji związane z gazociągiem jamalskim? W powieści66 Larry'ego Bonda pt. Kocioł, której akcja toczy się w latach 1997-98, (powieść z roku 1993) jest mowa o konflikcie - najpierw politycznym a potem zbrojnym - między dwoma głównymi państwami Unii Europejskiej (w powieści nazywającej się „Konfederacją Europejską"), tj. Francją i Niemcami a państwami tzw. Czworokąta Wyszehradzkiego (z powodu ich niechęci do przystąpienia do KE). Kanclerzem Niemiec jest niejaki Schraeder (w rzeczywistym świecie niedługo później kanclerzem Niemiec został ktoś o bardzo podobnym nazwisku: Schroeder). Początkowo (tj. zanim CIA udaje się zrobić w Moskwie zamach stanu obalający nacjonalistyczną wielkoruską dyktaturę) Niemcom i Francji sprzyja Rosja, wywierając nacisk na Polskę poprzez wstrzymanie dopływu gazu w świeżo zbudowanym rurociągu „Przyjaźń-2" (powieściowy odpowiednik rzeczywistej gaz-rury Jamał - Europa). W tej powieści jest happy end: zbrojna pomoc amerykańsko-brytyjska szybko kończy wojnę, ratując napadniętą Polskę i całą środkową Europę.



Można oczywiście łatwo dyskwalifikować polityków czerpiących swoje pomysły z powieści należących do gatunku political fiction. Niemniej jednak może właśnie politycy zawodowi, wykształceni w rozmaitych Harvardach i innych uznanych uczelniach mają wyobraźnię wtłoczoną w koleiny takiej albo innej odmiany political correcteness? Może właśnie im jest trudniej dostrzec to, co widzą pisarze?





4. Wyszydzić, aby naśladować?





W czasie, gdy papież Jan Paweł II po raz drugi przebywał w Polsce, pojawiła się propozycja zespołu Głosu. Najpierw autor[zy] porusza[ją] kwestię pomysłu na ułożenie się Solidarności i PZPR, który pochodził sprzed 2,5 roku - mianowicie oferty red. Jerzego Urbana (jej istota zawiera się w następującym67 zdaniu: Chodzi o zawarcie czegoś w rodzaju wewnątrzpolskiego układu jałtańskiego) i rychłej odpowiedzi Stefana Kawalca (był nią jeden z referatów68 wygłoszonych w lutym 1981 r. we Wrocławiu na ogólnopolskiej sesji na temat realizacji umów społecznych; istota odpowiedzi zawiera się w następującym69 zdaniu: Konieczne jest zawarcie porozumienia, o którym pisał Jerzy Urban w Polityce z 31.01.81 r.), udzielonej zapewne nie tylko we własnym imieniu zwraca bowiem uwagę użycie liczby mnogiej i odwołanie się do instytucji. Można tam70 przeczytać: Przedstawiamy tutaj zarys projektu (...) zawiera rozważania i propozycje dyskutowane uprzednio przez Radę Programową Ośrodka Badań Społecznych NSZZ »Solidarność« - Region Mazowsze.



Dalsze rozumowanie zespołu Głosu przebiega71 następująco: Z koncepcji umowy społecznej zrezygnowano jeszcze przed wprowadzeniem stanu wojennego. Rozważana pod koniec 1981 roku koncepcja tak zwanego Frontu Porozumienia Narodowego, sygnalizowana spotkaniami Wielkiej Trójki (Glemp, Wałęsa, Jaruzelski), wykraczała daleko poza konstrukcje polityczne oparte na pomyśle umowy społecznej. 13 grudnia zlikwidował problem umowy społecznej. (...) Nie chodzi o to, żeby zmusić władzę do porozumienia, bo nie z władzą jako ogólną kategorią rządzących może być zawarte. Rzeczywiste porozumienie dotyczyć może jedynie realnych, zakorzenionych w życiu narodowym i niezbędnych Polsce instytucji: Kościoła katolickiego, »Solidarności« i wojska. (...) W kategoriach najogólniejszych sprowadzałoby się to do wysoce uprzywilejowanej roli wojska w rządzie i administracji państwowej, uznania decydującego dla życia duchowego i ideowego Polaków znaczenia Kościoła katolickiego i przez to eksponowanej roli związanego z hierarchią laikatu (skupionego w Prymasowskiej i Biskupich Radach Społecznych) w cywilnym życiu politycznym oraz zagwarantowania podmiotowego charakteru społeczeństwa przez samorządy terytorialne, stowarzyszenia społeczne i przede wszystkim silny ruch pracowniczy (związki zawodowe) jako jeden z podstawowych składników nowej konstrukcji politycznej. Cały powyższy wywód (...) można nie bez racji uznać za palcem na wodzie pisany. (...) Jednakże program porozumienia mimo wszystko formułować trzeba, nawet jeśli się wie, że szanse jego realizacji są niewielkie, liczą się na parę procent lub promili. Po 13 grudnia 1981 kwestia państwa jest dla Polaków zadaniem pierwszorzędnym, życiowej wagi, a rozwiązać je można tylko przez porozumienie. Oczywiście do porozumienia może nie dojść (...) O porozumienie ciągle trzeba walczyć i żaden środek, poza wojną domową, nie może być z tej walki wyłączony.



Nie trzeba było długo czekać na to, aby ten pomysł wykpiono. Oto jeden z pierwszych przykładów72 takiego szydzenia: Ci z nas, którzy dali się ogłupić bądź tym importowanym spekulacjom, bądź staropolskiemu sentymentowi do munduru, roili już o »trzeciej sile« albo o sprowadzającym partię do zera sojuszu wojska, Kościoła i »Solidarności«. No i co widzimy w Polsce po trzech bez mała latach generalskiego reżimu? Góra rozbudzonych nadziei urodziła dobrze nam znaną, wyliniałą mysz partyjnego, ideologicznego realsocjalizmu.



W tym samym artykule autor wyraził73 też niewiarę w szansę na porozumienie z obozem władzy (a przynajmniej z ekipą Jaruzelskiego), gdy pisał: Jednym z najświętszych polskich mitów ostatnich lat jest nadzieja, że jednak »jak Polak z Polakiem«, że jednak wcześniej czy później ktoś z kimś siądzie do stołu i przy tym mitycznym meblu narodzi się lepsza Polska. Niestety, »cudu nad stołem« nie będzie, w każdym razie nie będzie w obrębie linii i ekipy dziś w Polsce dominującej. (...) Mój pesymizm w tej kwestii płynie nie tylko z obecności Czernienki na Kremlu, co wybitnie utrudnia przyzwolenie dla opcji reformatorskiej i porozumieniowej, gdyby taka dobiła się do głosu w Warszawie po Jaruzelskim. (...) Istotnie, Konstantin Czernienko, jako wódz całego obozu komunistycznego, uchodził za kontynuatora polityki Leonida Breżniewa, czyli tzw. stagnacji... Od jesieni 1978 r. spodziewano się, że zostanie bezpośrednim następcą Breżniewa, tym jednak okazał się Jurij Władimirowicz Andropow, dawniej długoletni szef sowieckiej bezpieki.



Otóż za kadencji Andropowa jako sekretarza generalnego KC KPZS, tenże autor był bardziej optymistycznie nastawiony i napisał74 to pod własnym nazwiskiem. Być może to ten właśnie autor, Jerzy Surdykowski, jako pierwszy publicznie zaproponował okrągły stół jako formę dogadania się dwóch odłamów lewicy w Polsce - aktualnej elity PZPR i byłych działaczy tej partii: Do 13 grudnia 1981 roku przy ewentualnym »okrągłym stole« narodowego porozumienia zasiąść mogli trzej partnerzy: (...) partia (...), »Solidarność« i wreszcie Kościół. (...) Stan wojenny przyniósł burzliwą przebudowę tego trójbiegunowego (...) układu na dwubiegunowy (...) Wydawać by się mogło, że właśnie polska lewica i jej różne odcienie powinny być naturalnym zapleczem sojuszniczym dla partii komunistycznej, (...) nader często różne grupy lewicy niekomunistycznej sprowadzane były do roli wrogów, podczas gdy na Zachodzie, gdzie komuniści nie sprawują władzy, właśnie takie ugrupowania są bazą do budowy szerszych sojuszy lewicy. (...) Małe porozumienie [między Kościołem a PZPR - dopow. Ł.Ł.] byłoby otwarciem drogi do takiego »świętego przymierza«, substytutem »wielkiego porozumienia« [trójbiegunowego - dopow. Ł.Ł.] (...) »Wielkie porozumienie«, wciąż przecież możliwe (...) nie może się obyć zarówno bez Kościoła, jak i bez tak rozumianej niekomunistycznej lewicy politycznej.



Wtedy jednak Surdykowski75 nie uznał za potrzebne odnieść się (a w szczególności - odnieść się życzliwiej) do propozycji Głosu. Tak samo potem (gdy już trwały przygotowania do okrągłego stołu), nie dezawuował swojego pesymizmu z 1984 r. co do szans dogadania się z ekipą Jaruzelskiego. Natomiast zgon Konstatntina Ustinowicza Czernienki w dniu 10 marca 1984 r. i zastąpienie go nazajutrz przez Michaiła Siergiejewicza Gorbaczowa zostały jednak bardzo szybko zrozumiane76 jako zdarzenia istotne: Można sobie wyobrazić, że (...) jedna z grup walczących o władzę w Związku Radzieckim rzeczywiście postawi na rozbrojenie i reformy (...) może się okazać, że jedyna droga do rozbrojenia, na którym zależy przywódcom sowieckim, wiedzie przez neutralizację i demilitaryzację środkowej Europy. Czyżby już wtedy powszechnie wiedziano, że tak jak Czernienko był protegowanym Breżniewa, tak Gorbaczow - Andropowa?



Jak się okazuje,77 rozkaz wykpiwania pomysłu Macierewicza sprzed ćwierćwiecza nie został w pewnych środowiskach odwołany nawet w XXI stuleciu: Macierewicz próbował przekonać do swojego pomysłu Bogdana Borusewicza. Ten stukał się w głowę. Koncepcję Macierewicza wyśmiała cała opozycja. Tomasz Wołek w podziemnej Polityce Polskiej z 1984 roku pisał, że jest to karykatura Realpolitik. »Ludowe Wojsko Polskie jest strukturą skrajnie ideologizowaną, upolitycznioną i upartyjnioną. Upatrywanie w nim zdrowych sił, jakichś czynników ‘narodowo-patriotycznych' jest absurdem i mrzonką«. Po latach Wołek na łamach Gazety zastanawiał się: »dlaczego Macierewicz, forsując tak niebezpieczną, pełną tylu pułapek strategię w 1983 roku, odrzucił o wiele dla Polski korzystniejszą (choć też niewolną od ryzyka i pozbawioną gwarancji sukcesu) ideę Okrągłego Stołu? Czyżby wierzył w 1983 roku, że to on jako orędownik ‘narodowego porozumienia' odegra w nim poczesną rolę? Lecz przecież wtedy to on musiałby ściskać, choćby i bez wylewności, generalskie dłonie Jaruzelskiego, Kiszczaka, Baryły, Pożogi. Wtedy byłoby to stosowne? A w 1989 roku już nie?«



Obrzydzenie moralne wobec (potencjalnej) wymiany uścisków dłoni z wodzami PRL-owskiej soldateski byłoby może niezłym argumentem przeciwko Macierewiczowi, gdyby nie wyszło ze strony środowiska, które tego obrzydzenia nie doznawało; akceptowało bowiem nie tylko okrągły stół (i towarzyszącą mu wymianę uprzejmości), ale również późniejszą publiczną, daleko idącą (!) fraternizację Adama Michnika z generałami Czesławem Kiszczakiem i Wojciechem Jaruzelskim.



Jak powiedział w wywiadzie78 mec. Olszewski: Bodaj w 1983 czy w 1984 roku grupa Głosu wysunęła pomysł przełamania impasu politycznego w Polsce poprzez porozumienie trzech liczących się w kraju sił: »Solidarności«, Kościoła i wojska. Pomysł był przez niektóre kręgi opozycji wyśmiany, przez większość przemilczany. W 1989 r. został w istocie zrealizowany w postaci umowy »okrągłego stołu«. Po stronie »Solidarności« jego największymi entuzjastami okazali się ci, którzy najgłośniej poprzednio z niego szydzili. Była to jednak jedyna realna forma paktu antykryzysowego.



Nominalnie tym trzecim biegunem była reaktywowana Solidarność (albo raczej: neo-Solidarność), w istocie pod jej szyldem funkcjonowała niekomunistyczna lewica, jak nazwał ją Surdykowski. Uprzednie szydzenie z wykorzystanego pomysłu nastąpiło tylko po to, aby to właśnie „niekomunistyczna lewica" (a nie środowisko narodowo-katolickie) miała monopol na dzierżenie trzeciego bieguna. Z kolei „komunistyczna lewica" to w znacznej mierze armia, uosabiana przez generałów Kiszczaka, Jaruzelskiego i Siwickiego, więc i w tym szczególe skorzystano z pomysłu rzuconego w 1983 r. przez grupę Macierewicza.



Jeden z pierwszych przejawów przesterowywania się ku realizacji takiego właśnie pomysłu można dostrzec w następujących79 słowach: Wypuszczenie wszystkich więźniów politycznych jest - i warto to podkreślić - ruchem w pewnym sensie swobodnym, nie wymuszonym bezpośrednio przez żadne siły zewnętrzne. (...) wypuszczanie odbyło się jak gdyby bocznymi drzwiami, a w całej sprawie najważniejszą rolę odgrywa policja. Dlaczego to policja robi amnestię? Dlaczego nie Sejm czy Jaruzelski? (...) Oto okazało się, że czołową siłą polityczną w kraju jest policja. Przesłuchania w więzieniach i aresztach, rozmowy z gen. Kiszczakiem i jego podwładnymi nie były tym, za co je braliśmy - rutynowymi działaniami policyjnymi, lecz przeciwnie - negocjacjami politycznymi. (...) Nie wiem, co to oznacza, ale być może rola policji okaże się ważniejsza, niż wojska po 13 XII.



W artykule mowa o wypuszczeniu z inicjatywy ministra spraw wewnętrznych Kiszczaka pozostałych więźniów politycznych w dniu 11 września 1986 r., których nie obejmowała uchwalona w lipcu tegoż roku „ustawa abolicyjna." Niedługo później Jacek Kuroń rozwinął80 tę myśl Lityńskiego: Oparta na zmianie ustaw polityka unikania sądowej represji karnej stwarza możliwość działania na znacznie szerszą skalę niż przed 11 września, zwłaszcza działania jawnego. Okazuje się, że 11 września 1986 roku jest w polskiej polityce wewnętrznej doniosłą cezurą, bowiem autor kilkakrotnie powtórzył81 tę datę: (...) do 11 września władza rzeczywiście była niewrażliwa na nacisk społeczny i tym samym nasz ruch nie mógł bezpośrednio wpływać na jej politykę. (...) Po 11 września wołanie o program stało się naprawdę dramatyczne. (...) władze stają się wrażliwe na nacisk społeczny - tych, z którymi chcą współpracować. Niewykluczone też, że działają pod wpływem ZSRR, który dla wiarygodności swojej ofensywy pokojowej potrzebuje spokoju w Polsce. To tak, jak gdyby do wielokrotnych proklamacji gen. Jaruzelskiego, że nie ma powrotu ani przed 31 sierpnia 1980 roku, ani przed 13 grudnia 1981 roku, Kuroń dodał, że również przed 11 września 1986 roku powrotu nie będzie.





Po latach można było przeczytać: W wywiadzie telewizyjnym w 1993 roku gen. Jaruzelski określił to tak: »już w 1986 roku partia doszła do wniosku, że należy zmienić ekipę«. Jest to stwierdzenie być może dosadne, ale jakże prawdziwe. (...) potwierdza ono, że już w pierwszej połowie lat 80-tych komuniści przygotowali plan dla Polski w oparciu o tzw. rewolucję bez rewolucji - czyli okrągły stół, ale przede wszystkim dlatego, że potwierdza ono z najbardziej wiarygodnego źródła, że chodziło tylko o zmianę ekipy - a nie o zmianę systemu.



Zatem nieoczekiwanie potwierdzenie82 nadeszło ze strony przeciwnej i to od osoby najbardziej autorytatywnej.





5. PRL-owski plan Balcerowicza





Jeden z młodych wtedy, a zarazem zdolnych polityków z tzw. drużyny Wałęsy, otwarcie83 napisał, że: (...) logika sytuacji wieść może nas tylko w jedną stronę: w stronę rzeczywistej wielkiej koalicji politycznej części PZPR i »dotychczasowej demokratycznej opozycji«. Wkrótce potem dość mocno zaprzeczano temu. Za współuczestników starań, które doprowadziły do utworzenia rządu Mazowieckiego uchodzą Lech i Jarosław Kaczyńscy. Nic dziwnego, że starali się84 uzasadnić swój wysiłek dążeniem do urzeczywistnienia ewentualności lepszej aniżeli inna, również wtedy prawdopodobna: Jedni chcieli rządu w koalicji z PZPR, z - jak to mówili - reformatorami tej partii...a druga koncepcja oznaczałaby oparcie rządu na trzech siłach, tzn. dwu stronnictwach i »Solidarności«. Właściwie Leszek [Lech Kaczyński, brat Jarosława] i ja w tym kierunku myśleliśmy. W ślad za sen. J. Kaczyńskim powtórzył85 (to może również nie zaskakuje...) po kilkunastu miesiącach tę samą ocenę red. P. Wierzbicki: (...) latem 1989 roku, gdy Lech Wałęsa tworzył swą koalicję, z której wyrósł rząd Mazowieckiego, pan Geremek wraz ze swoją kompanią umawiali się skrycie na całkiem inną polityczną koalicję: lewica »Solidarności« - reformatorzy z PZPR.



Niemniej jednak w tym samym numerze co Jarosław Kaczyński, wypowiedział się86 redaktor naczelny: W ten sposób powstał rząd Mazowieckiego, który jest niespodziewaną wersją »wielkiej koalicji«, jakiej domagał się przed wyborami gen. Jaruzelski. Wtedy taką samą interpretację faktów wyraził87 tam jeszcze inny autor: Dlatego mówienie o koalicji OKP, ZSL i SD jest mylące, gdyż sugeruje, że jest to koalicja bez PZPR, a tymczasem jest to nieco zmodyfikowana wersja wielkiej koalicji z zachowaniem istotnej roli dla partii. Może zbieżność z redaktorem naczelnym tłumaczy się tym, że mniej więcej właśnie wtedy obaj - Antoni Macierewicz i Stefan Myszkiewicz-Niesiołowski - zaczęli być kolegami partyjnymi (w ZCh-N), a przy tym ten pierwszy był wtedy w kierownictwie tej partii.



Swój stosunek do ciągu przemian politycznych w Polsce, zapoczątkowanych uzgodnieniami z Magdalenki w 1988 r. i obradami konferencji okrągłego stołu w 1989 r., Antoni Macierewicz coraz bardziej zasadniczo wyrażał w kolejnych komentarzach. Początkowo ostrożnie, jak gdyby tylko potwierdzając88 ziszczanie się projektu Urbana ze stycznia 1981 roku, że odium z komunistów będzie przechodzić na zaproszonych do współrządzenia katolików, symbolizowanych przez premiera-katolika: Ale rząd Mazowieckiego[,] choć tak różny89 od projektowanej koalicji[,] nie mógł przekroczyć zasad umowy »okrągłego stołu«. (...) przyjął na siebie mordercze warunki przeprowadzenia rynkowej reformy gospodarczej przy zachowaniu nomenklatury (...) reforma jak dotąd - poza deklaracjami - sprowadza się do horrendalnych podwyżek cen i heroicznych wysiłków uzyskania pożyczek zachodnich. Na Mazowieckiego ma więc spaść odium za pauperyzację społeczeństwa, co więcej[,] z biegiem czasu coraz bardziej będzie ujawniać się prawda, że realna władza leży poza gabinetem URM i jest niepodzielnie skoncentrowana w rękach generała-prezydenta.



Rychło jednakże Macierewicz przyspieszył90 owo demaskowanie: Skład nowych partii socjaldemokratycznych na razie nie jest odmienny od ich komunistycznych poprzedniczek - to w swej masie ci sami ludzie (...) Dominującą rolę w tych formacjach odgrywają środowiska lewicowe i »postępowe«, które wcześniej z partii komunistycznej na poszczególnych etapach bywały wyrzucane lub same ją opuszczały. (...) Nomenklatura jako taka ma zostać rozbita: jej wojskowo-policyjna część rządzi zasłonięta przez lewicowo-dysydenckie »ogólnonarodowe« fronty, jej część gospodarcza przejmuje na własność zakłady i aktywa stając się klasą nowych kapitalistów.



Tak, to przecież tego domagał się Surdykowski w 1983 roku: dopuszczenia z powrotem w krąg „świateł rampy" byłych towarzyszy, którzy z PZPR wystąpili albo zostali skreśleni z listy jej członków! Ale to i tak miał być tylko ten lewicowo-dysydencki front, który w Polsce chciano powołać w grudniu 1989 r., podczas sympozjum,91 bardzo wtedy nagłośnionego, który stanowiłby zasłonę dymną dla Tego, Co Tygrysy Lubią Najbardziej.



Szczególnie dobitnie jednak to Macierewiczowe demaskowanie zabrzmiało92 w następującym tekście: Zlikwidowano partię komunistyczną i powstały formacje socjaldemokratyczne. Przeprowadzono »prawie wolne« wybory a Front Jedności i PRON próbowano zastąpić Komitetami Obywatelskimi, w których lewica miała odgrywać decydującą rolę. (...) Powstał w ten sposób pseudodemokratyczny system polityczny, który w majestacie prawa i głosami posłów wyrosłych z dawnej opozycji umacnia w przyspieszonym tempie siłę aparatu policyjnego i przekształca dawną nomenklaturę w warstwę pseudokapitalistyczną. W operacji tej kluczową rolę odgrywają środowiska lewicowe niegdyś działające w opozycji i w »Solidarności« a wywodzące się z ruchu komunistycznego i dziś doń wracające. Wybitni przywódcy tego ruchu - Bronisław Geremek, Adam Michnik i Jacek Kuroń zarówno w latach 70-tych jak i 80-tych mimo całej antykomunistycznej frazeologii podtrzymywali tezę o konieczności sojuszu z liberalnym skrzydłem w PZPR. Charakterystyczna też była ich najpierw antyniepodległościowa a później »antynacjonalistyczna« kampania ideowa utożsamiająca polskie narodowe katolickie tradycje oraz wartości z szowinizmem, ksenofobią i antysemityzmem. (...) Frazeologia demokratyczna szła w parze z pogardą dla systemu demokracji parlamentarnej opartego na jasnych podziałach ideowych, partiach politycznych i szacunku dla woli większości. Ta właśnie formacja przejęła na siebie rolę reformatora systemu komunistycznego. Zasadniczym punktem tej reformy był plan Balcerowicza.



Nieco dalej93 ten sam komentator dodał: Balcerowicz wymagał wyrzeczeń, choć zbyt dokładnie ich nie precyzował. Obiecywał likwidację inflacji i szybkie przekształcenie gospodarki komunistycznej w kapitalistyczną. W Parlamencie programu dokładnie nie analizowano i zatwierdzono olbrzymią większością głosów. Nie chciano przyjmować do wiadomości ostrzeżeń (...) Nie jest (...) prawdą, że program Balcerowicza został przyjęty przez całe społeczeństwo i że nie formułowano innych rozwiązań. Lecz program ten był integralną częścią polityczno-gospodarczej pod nazwą »okrągły stół« i siły dominujące na polskiej scenie politycznej uniemożliwiły jakąkolwiek poważną nad nim dyskusję. (...) Na pierwszy plan wysuwają się (...) korzyści dla władz i dla zachodnich wierzycieli. Władze rękoma dotychczasowej opozycji utożsamianej z »Solidarnością« obniżyły poziom życia społeczeństwa o ponad 30%, zachód uzyskał kontynuację spłaty obsługi długów. (...) Spektakularnie zahamowana inflacja zaczęła znowu rosnąć w marcu i w maju osiągnęła ponad 8% tzn. ponad 150% w skali rocznej, (...) recesja wielokrotnie przekroczyła zakładane 5% i w maju osiągnęła ponad 30%. Wszystko to oznacza załamanie się programu Balcerowicza (...) U źródeł politycznej filozofii, która stała się programem Balcerowicza[,] legło przyjęcie za dobrą monetę obietnic politycznej lewicy. Jej polityczne przesłanie z lat 70-tych i 80-tych brzmiało: dajcie nam władzę, a my już zaciśniemy pas na brzuchach społeczeństwa. (...) chłopi milczeli, robotnicy nie strajkowali[,] a część inteligencji i kleru nawet czynnie zaangażowały się na rzecz umowy okrągłego stołu. (...) lewica wykazała zdolności polityczne i organizacyjne. (...) zdyscyplinowano posłów i senatorów OKP[,] a oponentów zepchnięto na margines, część elit b. opozycji wchłonięta przez aparat państwowy została zneutralizowana, prasę i telewizję zdominowała propaganda wolności i sukcesu. (...) blok z Magdalenki stoi w obliczu przegranej. Stało się tak dlatego, że sojusz lewicowy doprowadził do konfliktu na zbyt wielu polach równocześnie i ukazał się społeczeństwu jako zliberalizowana i unowocześniona wersja systemu komunistycznego. (...) Było jasne, że spadnie stopa życiowa - nie spodziewano się jednak, że nowa władza będzie z tak jawną determinacją ochraniała i wspierała uwłaszczenia się dawnej nomenklatury, a prominentom komunistycznym zagwarantuje szczególne przywileje.



Trzeba przyznać, że to mocne słowa. Wreszcie znajdujemy tam94 wniosek następujący: Wałęsa ponosi odpowiedzialność za układ z Magdalenki, powinien więc też wziąć na siebie ciężar jego zmiany, świadczący o tym, że być może Antoni Macierewicz liczył wtedy jeszcze na realizację przedwyborczego rozliczeniowego programu Lecha Wałęsy.



Plan Balcerowicza widziany oczami tego komentatora95 to projekt zachowania możliwie jak najdogodniejszych warunków dla dalszych karier ludzi z aparatu partyjnego i aparatu przemocy - chodzi tu zwłaszcza o przywileje ekonomiczne: A jednak środowiska lewicowe nie zrezygnowały ze swych dążeń, lecz próbują odbudować - nawet za cenę działań pozornych - całościowy obóz polityczny mieszczący lewicową lewicę, lewicowe centrum i lewicową prawicę. (...) Co dziś łączy nowa lewicę? Z pewnością istotne znaczenie ma wspólnota poglądów ideowych. (...) Ale tym[,] co naprawdę spaja i czyni z tych grup jednolitą siłę polityczną[,] jest przede wszystkim udział we władzy i zdecydowane poparcie dla systemu politycznego wywodzącego się z umowy »okrągłego stołu«. Chodzi też o kontynuację planu Balcerowicza (...) Kilka słów o teorii i praktyce tego bloku. Teoria to tzw. filozofia96 rządu Mazowieckiego. Filozofię tę streszcza najlepiej powiedzenie97 premiera »odkreślamy przeszłość grubą kreską«. (...) Gruba kreska robi się coraz dłuższa i grubsza, a w miejsce jawności działań, dialogu ze społeczeństwem i otwartości mamy ukrywanie danych, zaskakujące decyzje, uparte dążenie do monopolizacji środków masowego przekazu. (...) Dwie decyzje odsłoniły niedawno na mgnienie oka prawdziwą filozofię obecnego systemu władzy. Pierwsza to rewizja98 u p. Fredro Bonieckiego[,] podczas której zarekwirowano wszelkie materiały (w tym maszynopis książki) dotyczących śmierci ks. Popiełuszki. Druga to decyzja sejmu i senatu przyznająca zwalnianym w ramach weryfikacji z urzędów centralnych (w tym oczywiście z MSW) prawo do 6 miesięcznego [!] okresu pobierania pensji w trakcie poszukiwania pracy. (Przypomnijmy, że pracownicy innych resortów zwalniani z pracy z winy zakładu pracy mają otrzymywać półtora miesięczne [!] odprawy). Obie te sprawy łączy to, że chodzi przede wszystkim o interesy Służby Bezpieczeństwa. W obu wypadkach filozofia grubej kreski podtrzymuje ich bezkarność i chroni ich interesy materialne. (...) Oto sejm i senat zaakceptowały ten projekt[,] choć rząd nie poinformował izb - ani oczywiście opinii publicznej - jakie będą koszty tej operacji. (...) W czasach »trudnego pieniądza« wypadałoby to wiedzieć. (...) Dodajmy, że prezydent Jaruzelski już przedtem zablokował99 decyzję odebrania byłym prominentom komunistycznym rent specjalnych. Są one więc nadal wypłacane!



Po upływie niespełna roku niewiele zostało100 do dodania: (...) proces, zwany »uwłaszczeniem nomenklatury«, zyskał nawet sankcję ideologiczno-polityczną. Nawróceni na liberalizm eks-komuniści przekonują, że to właśnie była nomenklatura mająca, wraz z zachodnim kapitałem, wytworzyć w Polsce konieczną warstwę posiadaczy uruchamiających mechanizmy wolnego rynku. Taki jest społeczno-polityczny sens planu p. Balcerowicza. (...)



Czyż można zatem dziwić się temu, że Antoni Macierewicz wzbudził kampanię niechęci do siebie przez sam fakt kandydowania na ministra spraw wewnętrznych po wyborach na jesieni 1991 roku? Nie była to wszak (bo nie mogła być) zemsta za lustrację z przełomu maja i czerwca 1992 r., bo na to było za wcześnie. Była to zemsta za owe demaskatorskie komentarze pokazujące, że prawdziwymi beneficjentami planu Balcerowicza są komuniści (zwani socjaldemokratami) i ich bezpieczniacy (zwani fachowcami). Jednak nie było (i nadal nie jest) zręcznie ludziom ancien régime´u jawnie powiedzieć, że o to im chodzi, stąd legenda o nienawistnych oczach „oszołoma".



Aby jednak dowiedzieć się, że reformy firmowane nazwiskiem Balcerowicza to kontynuacja a nie przełom, nie potrzeba skupiać się na lekturze tekstów napisanych przez ludzi znanych z posługiwania się argumentacją radykalnie antykomunistyczną. Wystarczy ograniczyć się nawet tylko do pewnych wypowiedzi komunistów albo - oględniej ich nazywając - osób, które były zaangażowane w służbę PRL-owskiemu reżymowi na bardzo wysokich szczeblach. I tak na przykład Marcin Nurowski, minister rynku wewnętrznego w rządzie Mieczysława F. Rakowskiego, przyznał101 wprost i bez owijania w bawełnę: Przecież tzw. plan Balcerowicza w zasadniczych swych punktach jest zbieżny z tym, co chciał zrobić nasz rząd, ale przecież (...) realizacja takiego programu gospodarczego w naszym wykonaniu doprowadziłaby do gigantycznej awantury w kraju. (...)



Potwierdzili to jego koledzy z tego samego rządu, którzy na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku uchodzili za żywe symbole PZPRowskiego „kapitalizmu". Oto, co powiedział102 Mieczysław Wilczek, minister przemysłu: Myśmy zainicjowali to, co obecny rząd robi. Nam nie pozwolono dokończyć. Z kolei103 Ireneusz Sekuła, b. wicepremier: (...) stosunki z premierem Balcerowiczem uważam za bardzo dobre. Powiedziałem już, że w warstwie celów nasze programy są identyczne. Mam więc dzisiaj osobistą satysfakcję, że nowy rząd wywodzący się z innej siły politycznej chce osiągnąć te same cele (...). Nawet J. Urban (minister - rzecznik prasowy w rządach Jaruzelskiego, Messnera i Rakowskiego) z zastanawiająca szczerością104 wyznał: Osobiście wierzę w sukces gospodarczy programu Balcerowicza, który mi imponuje radykalizmem i śmiałością. Ja w każdym razie jestem »za« (...) gospodarka wymagała radykalnego, bolesnego cięcia. (...) Wiem świetnie, że akurat ten rząd [Mazowieckiego - dopow. Ł.Ł.] jest dla kraju darem o tyle szczęśliwym, że my tego rodzaju głębokich reform [tzw. programu Balcerowicza - dopow. Ł.Ł.] przeprowadzić byśmy nie mogli. Rakowski próbował, ale wówczas było to niemożliwe, bo wymagało takiego poparcia społecznego, jakiego nikt o barwie czerwonej na pewno by nie uzyskał".



Potwierdził105 te opinie także najbliższy współpracownik Leszka Balcerowicza jako ministra (wiceminister finansów i pierwszy zastępca) Marek Dąbrowski: Myślę, że można - i słusznie - poszukać wielu podobieństw między programem wicepremiera Balcerowicza, a programem, który przygotował w połowie tego roku p. Wróblewski (minister finansów w ekipie Rakowskiego). W przytoczonych wypowiedziach [podkreślenia w nich pochodzą ode mnie - dopow. Ł.Ł.] jest powiedziane wprost, że niepopularne reformy zostały przekazane do wykonania ekipie, która nie kojarzyła się wyborcom z „kolorem czerwonym" (tylko: „nie kojarzyła się" wcale nie znaczy, że nie miała komunistycznego rodowodu). Jednak to Macierewiczowi przyprawiono gębę oszołoma, tamci politycy o PZPR-owskim rodowodzie - chociaż również mówili, że to kontynuacja zamiast przełomu - takiego dyskomfortu nie doznali.



Stosunek lidera prawego skrzydła dawnego KSS KOR do reform kojarzonych z min. Balcerowiczem pozostawał niezmienny, choć niekiedy106 wyrażany bardziej lapidarnie: To jest po prostu niedopuszczalne! To nie prowadzi nas ani w kierunku wolnego rynku, ani nie kreuje warstwy średniej. To prowadzi nas wprost do Boliwii. A przykrywane jest to wszystko Sachsowsko-Balcerowiczowskim hasłem wolnego rynku, liberalizmu itd. Po paru latach inny autor, ale w piśmie wydawanym przez Antoniego Macierewicza i jego środowisko, podobnie przyrównał107 osławiony plan Balcerowicza do wcześniejszych osiągnięć socjalizmu w polskiej gospodarce: (...) plan ten utrzymał w mocy sowiecki, komunistyczny system płac (...) przewidział zastąpienie tzw. państwowej siatki płac przez ustawę o popiwku, która jest równoważna z ustawowym zakazem wolnego rynku pracy[,] co również eliminuje gospodarkę rynkową. (...) dywidenda, która niestety w Polsce jest obecnie pseudodywidendą, a to dlatego, że nie jest ona - tak jak to ma miejsce w gospodarce rynkowej - ustalana przez firmę, która fundusze wypracowała (...) tzw. zadłużenia przemysłu z tytułu popiwku i dywidendy nie są wcale zadłużeniami rzeczywistymi. Są to tylko zadłużenia pozorne i konwencjonalne. (...) polski pracownik produktywny opodatkowany jest globalnie około 90 proc. W następnym numerze tenże108 autor dodał: To dlatego wielu Polakom wydaje się, że za czasów socjalistycznych było lepiej. Bo było lepiej! Właśnie dlatego, że było lepiej, partia zmieniła ekipę! A zmieniają ją po to, aby partii było lepiej! No cóż, znakomitej większości Polaków jest dziś gorzej! A partia już nigdy nie powróci do czasów, kiedy było jej gorzej! Tak, zamiast rewolucji bez rewolucji jest kapitalizm bez kapitalizmu...





6. Za Międzymorzem, przeciwko Osi





Jeszcze w czasach działalności rządu Tadeusza Mazowieckiego można było w piśmie redagowanym przez Macierewicza znaleźć następującą109 przestrogę: (...) w Moskwie doszedł do władzy zespół ludzi, który zdecydował o podjęciu (...) powtórzenia leninowskiej rewolucji (...) Z tego wyrósł Gorbaczowowski program demokratycznego socjalizmu i wspólnego europejskiego domu. (...) Czyż nie taki jest prawdziwy sens hasła »wspólny europejski dom« czyż nie taki jest cel gry kartą niemiecką, gry, w której niewątpliwie inicjatywa należy do ZSRR?



Przestrzeganie Polaków przed Niemcami i Rosją zarazem, głoszenie (przez cały okres PRL wykpiwanej w propagandzie i oświacie!) teorii dwóch wrogów, to nie jest straszenie wydumanym niebezpieczeństwem. Niemniej jednak mało kto zdobywa się na to. Zwykle piętnując jednego z owych dwu wrogów, przemilcza się pozostałego, jak gdyby polskie myślenie geopolityczne było skazane na wahanie się między orientacją niemiecką i rosyjską, jak na wybór pomiędzy Scyllą a Charybdą. Antoni Macierewicz przeciwstawił się konieczności posiadaniu jakiejś tego rodzaju orientacji już w pamiętnym materiale przygotowanym przez zespół Głosu w 1983 roku.



Tymczasem istnieją, może zwłaszcza w Rosji, wpływowe kręgi dążące do tego, aby niemiecko-rosyjskie (a nawet szersze) współdziałanie (między innymi na niekorzyść Polski) było realizowane w praktyce. W otoczeniu Władimira Putina (najpierw premiera Rosji, potem przez dwie kadencje jej prezydenta, teraz ponownie premiera) od lat jest obecny ideolog eurazjatyzmu, Aleksander Heliowicz Dugin, który powiada110 tak: Idea osi Moskwa-Berlin-Paryż, o której mówił niedawno Jelcyn, jest wprost zaczerpnięta z moich pism. (...) Trzeba organizować zamachy, zajmować się sabotażem, podpalać, wysadzać w powietrze mosty. (...) Dlatego tak bliska jest mi Nowa Lewica, Czerwone Brygady, Rote Armee Fraktion. Tak naprawdę geopolitycznym szatanem jest dla nacjonal-bolszewizmu (inna nazwa Duginowskiego eurazjatyzmu) nie tyle Zachód jako całość, ile raczej111 Stany Zjednoczone Ameryki Północnej: Dugin nie uważa Europy Zachodniej za wroga Rosji, (...) Stany Zjednoczone (...) są jedynym prawdziwym wrogiem - geopolitycznym Antychrystem. (...) Zdaniem Dugina, (...) Problemem w realizacji tych planów może być Polska (...) oraz Ukraina, o której Dugin pisze następująco: »Fakt istnienia niepodległej Ukrainy jest na płaszczyźnie geopolitycznej wypowiedzeniem Rosji geopolitycznej wojny«. A zarazem protestantyzm, prawosławie, także buddyzm i masoneria nie wadzą narodowemu bolszewizmowi. Katolicyzm wadzi jak najbardziej. Dugin dopatruje się mentalnego pokrewieństwa112 między Rosją a Niemcami: Rosyjscy »eurazjaci« powtarzają, że Niemcy staną się ich naturalnym sojusznikiem, jeśli skłaniający się ku Wschodowi duch protestanckich Prus zwycięży w nich nad duchem ciążącej ku Zachodowi katolickiej Bawarii. Warto w tym miejscu przypomnieć myśl Feliksa Konecznego, który w swym monumentalnym dziele, wraz z Rosją, do »cywilizacji bizantyjskiej« zaliczył również Prusy. Do tej pory tylko dwie siły miały szansę, by pokonać »społeczeństwo otwarte«: faszyzm i komunizm. Dugin ubolewa, że nie doszło do trwałego sojuszu tych sił (nie licząc epizodu z lat 1939-41), (...) Dugin wierzy jednak w realizację takiego sojuszu w przyszłości. (...) widzi już koniec historii, którym będzie jednak nie demokracja liberalna, lecz Królestwo Nacjonal-Bolszewizmu - »doskonała realizacja największej Rewolucji historii, kontynentalnej i uniwersalnej«. Na sztandarze owego Imperium Końca widnieć będą: krzyż, sierp i młot oraz swastyka.



Aleksander Dugin dla wzmocnienia swojej ideologii odwołał się113 nawet do... przepowiedni: (...) z wielką nadzieją powitałem objęcie władzy przez Władimira Władimirowicza Putina. Stawiam na Putina. Jest to stawka historyczna, geopolityczna i metafizyczna. (...) Nie mogę powiedzieć, czy stanie się on nowym Iwanem Groźnym czy nie, ale z pewnością jego rządy są krokiem w dobrym kierunku. (...) Chciałbym zwrócić uwagę na pewien fakt. - Putin zaczął pełnić obowiązki premiera 9 sierpnia 1999 roku, w dniu, kiedy wszyscy oczekiwali zaćmienia słońca. Zgodnie z przepowiedniami Nostradamusa,114 tego dnia powinien objąć rządy wielki i straszny władca (...) myślę, że nieprzypadkowo Putin zjawił się w tym właśnie przejściowym okresie naszej historii. Na nim powinny spełnić się określone proroctwa dotyczące losów ziemi i świata.



Eurazjatyzm nie brzydzi się przepowiedniami (na co jednak komunizm nie mógł sobie pozwolić), ale... komunizmem (przynajmniej rosyjskim) również115 się nie brzydzi: Przez cały rok 1999 gęstniała atmosfera: (...) jawne pogróżki wobec Zachodu i Stanów Zjednoczonych, zacieśnienie stosunków z Chinami. Po raz kolejny Zachód zostaje zaskoczony: kim jest Putin? Czekista, szpieg, mistrz judo, człowiek z nikąd nagle zostaje prawą ręką Jelcyna i jego następcą. Nie zapomina o kolegach, nie odcina korzeni, ani jednego złego słowa o Związku Sowieckim i komunizmie. Budowanie konstelacji euroazjatyckich może Polakom kojarzyć się jak najgorzej: Przypomnieć116 należy, ponieważ w Polsce mało ludzi pamięta, że w latach 30-tych zorganizowano Oś Rzym-Berlin-Moskwa-Tokio. Przypomnieć należy również, że to właśnie Polska była we wrześniu 1939 r. jedną z ofiar tej Osi, bowiem miała nieszczęście znaleźć się między Berlinem a Moskwą. Tak, podczas obowiązywania paktu Hitler-Stalin, także Związek Sowiecki należał do Osi.



Nieco odmiennego geograficznie wariantu złowrogiej osi dopatruje się117 inny publicysta tej samej gazety (wtedy partią rządzącą w Niemczech była SPD, a więc - socjaliści): Ocieplenie na linii Moskwa-Berlin może świadczyć, że Niemcy dokonały już wyboru (...) W momencie utworzenia trwalszej osi Berlin-Moskwa-Pekin-Phenian Rosja mogłaby wygrać rywalizację ze Stanami Zjednoczonymi i odzyskać utraconą pozycję supermocarstwa, (...) Polska zajmuje w Eurazji bardzo ważne miejsce (...) opanowanie Europy środkowo-wschodniej prowadzi do władania całą Europą, kto zaś opanuje Eurazję ... ten będzie miał otwartą drogę do zawładnięcia całym światem. Z Paryżem a bez Phenianu czy odwrotnie - tak czy owak (biorąc pod uwagę to, które partie były u władzy wówczas w Niemczech i we Francji), eurazjatycka oś byłaby socjalistyczna.



Nieustanną aktualność teorii dwóch wrogów potwierdził118 sam A. Macierewicz na łamach swojego tygodnika w dwa lata później: (...) ani Niemcy, ani Rosja nigdy nie traktowały Polski jako partnera i sojusznika. Stanowiliśmy tylko przeszkodę na drodze do europejskiej lub eurazjatyckiej ekspansji. (...) naszym sprzymierzeńcem jest każdy, kto sprzeciwiać się będzie zdominowaniu Europy przez Rosję lub przez Niemcy. (...) Finalizację tych zamiarów przewiduje się na początek drugiej dekady XXI wieku. (...) Rosja wejdzie do Unii Europejskiej już za dziesięć lat. (...) Jest tylko jeden kraj na świecie, dla którego taka perspektywa jest nie do przyjęcia. (...) Tym krajem są Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Dla Polski porozumienie Niemiec i Rosji oznaczało zawsze rozbiory, likwidację naszej podmiotowości politycznej i groźbę dla bytu Narodu. Dla USA sojusz euroazjatycki to perspektywa katastrofy geopolitycznej. (...) Czy w tej sytuacji należy się dziwić, że komisarz Verheugen żegnając się w Warszawie z p. Millerem powiedział »spasiba« [po rosyjsku „dziękuję" - dopow. Ł.Ł.]? Rzeczywiście Niemcy i Rosjanie mają za co dziękować Millerowi i SLD: czyni bowiem z Polski korytarz łączący oba kraje i umożliwia powstanie eurazjatyckiego superpaństwa, (...) Nie jest przypadkiem, że są to przeważnie ludzie wyrośli z tradycji komunistycznej, którzy w przeszłości nie widzieli alternatywy wobec sowietów, potem wobec »okrągłego stołu«, a następnie wobec polityki Balcerowicza. Wszystkie te rozwiązania były dla Polski katastrofalne, choć korzystne dla grupy spadkobierców sowieckich najeźdźców. Uderz w stół, a nożyce się odezwą...



Zbieżność interesu Polski i USA w tworzeniu środkowoeuropejskiego bufora rozdzielającego Niemcy i Rosję oraz bodaj największa na obszarze kontynentalnej części Europy proamerykańskość Polaków to właśnie jest to, co nie podoba się nie tylko A. Duginowi, ale również J. Urbanowi. Urban sprzyjałby119 prorosyjskiej polityce zagranicznej Polski: Styl, w jakim pisze Nie o polskiej polityce zagranicznej, nie jest jednak ślepym atakiem. Daje się tu wyraźnie wyczuć pewną linię zbieżną z poglądami twardogłowej - i jak się wydaje, przeważającej - części naszych postkomunistów. (...) Czasem gorliwość redaktorów Nie posuwa się nawet dalej niż propagandowe argumenty władz rosyjskich, (...) Pismo Urbana nie ukrywa, że uważa za błąd odsunięcie się Polski od Wschodu w kierunku NATO i Unii Europejskiej, sugerując (...) że w interesie naszego kraju leży związanie go sojuszem gospodarczym i obronnym ze Wspólnotą Niepodległych Państw. Sprzyjałby także120 proniemieckiej polityce Polski: Wspieranie przez Polskę linii Busha wpisuje się w długą tradycję polskiej polityki idiotycznej i samobójczej polegającej na równoczesnym drażnieniu Niemiec i Rosji. Nazwę ją polityką imienia Powstania Warszawskiego. (...) Sukcesy dziewiętnastowiecznych powstań Polaków i polityki rządu londyńskiego z okresu drugiej wojny światowej są tego przykładami. Jeszcze nie weszliśmy do Unii Europejskiej, a już wspieramy polityczne w niej rozłamy. Odwracamy się do niej tyłkiem to kupując nieeuropejski samolot, to profilując się na proamerykańską enklawę w Europie. (...) jednostronnie proamerykańska orientacja Polski idąca na przekór interesom Niemiec i wzniecająca lęki Rosji nie zabezpiecza przyszłości naszego kraju dlatego między innymi, że według zgodnych prognoz dominacja Stanów Zjednoczonych nad światem wkrótce zacznie słabnąć. Jeśli federacja europejska nie stanie się mocarstwowym równoważnikiem federacji północnoamerykańskiej, władztwo Ameryki nad światem zbalansują w pojedynkę Chiny. (...) premier zapewne pojedzie do Pekinu, by załatwić chińskie bazy wojskowe w Polsce, które wzmocnią nasze państwo buforowe porzucone przez amerykańskiego sojusznika.



Warto pamiętać, że ten Urbanowy defetyzm pro-moskiewski, a może także (albo - zwłaszcza?) pro-pekiński, przejawił się w czasie, kiedy prezydentem i premierem Polski nie byli bynajmniej bracia Kaczyńscy, lecz... dwaj towarzysze Urbana z PZPR: Kwaśniewski i Miller, którym wszak J. Urban spektakularnie, przed kamerami telewizyjnymi, gratulował ich sukcesów wyborczych w latach 1995 i 2001. To im, post-PRL-owskim politykom, swoim współtowarzyszom zarzucał - niemiłe dla Moskwy i Berlina - podporządkowanie Polski Stanom Zjednoczonym!



Sojusznikiem w takich poczynaniach mógłby dla J. Urbana być Andrzej Lepper jako rzecznik121 związania Polski z Rosją: (...) delegacja Samoobrony (...) uczestniczyła w Międzynarodowym Spotkaniu Słowiańskich Partii i Organizacji Społecznych »Słowianie w warunkach globalizacji«. (...) rosyjskie środowiska panslawistyczne widzą w Samoobronie nie tylko partnera do rozmów, ale także ideowego sprzymierzeńca. Tymczasem odradzająca się w Rosji idea utworzenia słowiańskiego imperium, obejmującego kraje dawnego Układu Warszawskiego, posiada zdecydowanie cechy antypolskie i antykatolickie. (...) Jednym z głównych rosyjskich guru tego nurtu jest Aleksander Dugin (...) pomysłem, mającym ukształtować elitę rosyjską jest »długi marsz przez instytucje«. Jego zwolennicy powinni wchodzić do instytucji politycznych, finansowych oraz mediów (...) Dugin głosił, że (...) potrzebne jest antyamerykańskie porozumienie euroazjatyckich stolic. Twierdził, że tylko współpraca Tokio, Pekinu, Delhi, Teheranu, Berlina, Paryża oraz Moskwy uwolni Eurazję od obcej kulturowo dominacji. (...) poglądy Dugina stały się także popularne w Polsce w radykalnych organizacjach młodzieżowych, odwołujących się do tradycji narodowych. Ostatnio prasa informowała, że część działaczy z tych środowisk zasiliła Samoobronę.



Przypadek czy zaplanowany scenariusz? Widać122 w tym konsekwencję Samoobrony: Do pierwszego spotkania Andrzeja Leppera i szefa Jednej Rosji Borysa Gryzkowa doszło podczas ubiegłotygodniowej konferencji Rady Europy, która odbyła się w Moskwie. (...) obaj politycy uzgadniali tam zasady współpracy pomiędzy Samoobroną a Jedną Rosją. Trzeba pamiętać, że partia Jedna Rosja to de facto partia rządząca123 w Rosji: Jedna Rosja to w tej chwili największa partia w kraju. (...) Należą do niej niemal wszyscy pracownicy aparatu państwowego. (...) Jedną Rosję otwarcie popiera sam Putin. Ta zresztą nie pozostaje mu dłużna.



W polityce lidera Samoobrony widać także pro-pekiński124 składnik: (...) Andrzej Lepper stworzył nawet koncepcje zwaną Czworokątem Eurazjatyckim, w skład którego miałyby wejść Polska, Niemcy, Francja i właśnie Rosja. (...) Partia kierowana przez Andrzeja Leppera utrzymuje (...) bardzo zażyłe stosunki z Chinami. Ta współpraca polega przede wszystkim na prowadzeniu wymiany młodzieży z Chińską Partią Komunistyczną. Inny, bardziej jawnie postkomunistyczny fragment polskiego spektrum politycznego, czyli SLD, odważył się realizować podobne zbliżenie z najbardziej komunistycznym państwem w dziejach: Koreańską Republiką Ludowo-Demokratyczną, o czym pisano125 już wcześniej: Polska może zostać poproszona o złożenie wyjaśnień w tej sprawie. Korea Północna obok Iranu, Iraku, Chin i Rosji znalazła się na amerykańskiej liście państw tworzących tzw. »oś zła«. »Komunistycznym partiom trudno ukryć prawdziwe oblicze« - skomentował incydent (...) emerytowany weteran wojny koreańskiej, generał Clyde F. Autio. Dodał, że nie powinno się tej podróży traktować jako inicjatywy pojedynczego polityka. Mowa o jednym z tych państw, których polityka bywa wymieniana jako uzasadnienie dla planowanego obecnie tworzenia tzw. tarczy antyrakietowej!



Koniec hegemonii USA w świecie i zastąpienie jej przez euroazjatycką oś Niemiec, Rosji i Chin to jest to, na co postkomuniści tacy jak Urban liczą, a czego obawia się126 środowisko Macierewiczowego Głosu: (...) Przebieg wojny w Iraku i jej skutki międzynarodowe dla Stanów Zjednoczonych przy uwzględnieniu innych światowych czynników, jak dynamiczny rozwój Chin, wskazują, że za 15-20 lat skończy się rola hegemona USA. Ten fakt uwzględniają rosyjscy analitycy, przygotowując perspektywicznie warunki do odzyskania wpływów rosyjskich jako nie tylko mocarstwa europejskiego, ale i światowego. (...) Iran jest wspierany przez Rosję i Chiny za to, że jest krajem antyamerykańskim. Obok Iranu mamy inne kraje, jak Syria i Sudan, które zagrażają światu, wspomagając ruchy terrorystyczne. (...) w przeszłości Niemcy i Rosja realizowały swe cele ekspansjonistyczne bez względu na liczbę ofiar. (...) Postawa UE jest zdeterminowana przez Niemcy i Francję. Polityka rządów określają firmy tych krajów, które szukają partnerów w Rosji. (...) Wizyta potwierdziła niemieckie dążenie do zbudowania rosyjsko-niemieckiego partnerstwa strategicznego. (...) Rosji odpowiada taka sytuacja, żeby UE była zbiorem konkurencyjnych państw, a forsując oś Paryż - Berlin - Moskwa osłabi NATO. Widać zatem, że między grupą Głosu a postkomunistami zachodzi konflikt nie tylko ideologiczny (prawica - lewica), ale również geopolityczny (atlantyzm - eurazjatyzm).



Grupa Głosu od lat konsekwentnie wskazuje na to, że obszar międzymorza bałtycko-czarnomorskiego powinien rozdzielać Niemcy i Rosję, nienależąc do strefy wpływów żadnego z tych mocarstw. Dla Polski jest to kwestia być albo nie być.



Nie tylko dla Polski! Także dla Ukrainy, Litwy, Łotwy, Białorusi, Estonii, Słowacji, Czech... To dlatego samodzielność Ukrainy bardzo irytuje Dugina, niemal tak samo jak istnienie USA! Przecież ewentualny rurociąg Odessa - Brody - Gdańsk przebiegałby (dosłownie i w przenośni) w poprzek rosyjskich interesów. Oś Warszawa - Kijów podobnie czyniłaby wbrew osi Berlin - Moskwa... Dlatego też Antoni Macierewicz doceniał127 - cząstkowe i nieodznaczające się dużą trwałością sukcesy polityki zagranicznej rządów Mazowieckiego i Bieleckiego, do których miał przecież bardzo krytyczny stosunek: Uważam, że polska polityka zagraniczna była nie tylko kreatorem idei »trójkąta«, lecz także z ogromnym trudem przebiła się przez trudności tworzone z wielu stron (sowieckiej, niemieckiej), a wreszcie doprowadziła do pozyskania na rzecz tej opcji opiniotwórczych środowisk polityki amerykańskiej. W tym miejscu należy oddać hołd p. Brzezińskiemu, który włożył wiele wysiłku w to, by koncepcja ta mogła zaistnieć i zyskać przychylność Amerykanów. Mowa tu rzecz jasna o konstruowaniu Grupy Wyszehradzkiej, co poniekąd było inspirowane także sugestiami prof. Zbigniewa Brzezińskiego na temat ewentualnej konfederacji polsko-czechosłowackiej. Rzeczywiście, istotna rola w tego rodzaju konstelacjach przypada USA.



Dla Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej jest to kwestia zapobieżenia powstaniu osi, sięgającej przez całą Eurazję od Atlantyku po Pacyfik. Ugruntowanie jej byłoby przedostatnim etapem przed sięgnięciem przez ową eurazjatycką oś po hegemonię na całej planecie. Zatem, chociaż w trochę odleglejszej perspektywie, również dla Amerykanów to jest kwestia być albo nie być. Na tym zasadza się zbieżność interesów między USA a Polską. I to jest bardzo wyraźna, stała cecha tego, co A. Macierewicz i jego środowisko głoszą w ostatnich latach.





7. Hajże na Mochnackiego!?





Nieodparcie nasuwa się porównanie niektórych postaci życia publicznego najnowszych dziejów Polski do Maurycego Mochnackiego. Jedną z nich jest właśnie bohater tych rozważań, Antoni Macierewicz. Gdy w latach 1990 i 1991 co miesiąc lub rzadziej, w późnych godzinach wieczornych Telewizja Polska udostępniała Macierewiczowi kilka minut na wygłaszanie komentarzy, mało kto zapewne je słyszał. Nie był to wszak żaden z programów reprezentujących punkt widzenia okrągłostołowej elity, które zwykle nadawano w paśmie wysokiej oglądalności. Komentarze tego autora identyczne (przynajmniej co do ogólnego wydźwięku) z komentarzami drukowanymi przezeń w niskonakładowym miesięczniku Głos, miewały charakter kasandryczny. Przestrzegał, że zachwyty nad sukcesem odniesionym w 1989 roku i spodziewanym ich dalszym ciągiem są bardzo słabo uzasadnione.



Jakże to przypomina początki128 powstania listopadowego: Patrząc na przebieg pierwszych dni powstania Mochnacki widział grożący mu upadek. Utworzony w miejsce Rady Rząd Tymczasowy wciąż łudził się, że można pertraktować z Rosją. (...) Nie chciał przyjąć do wiadomości, że rewolucja oznacza zerwanie i że nie może się już cofnąć - chyba w niewolę. Powołany na dyktatora Chłopicki nie chce walczyć, a tylko układać się z carem. Jego wyobraźnia polityczna nie sięga niepodległości. Nie brak oczywiście kontrakcji. Sugeruje się nieuczciwość Macierewicza (tak jak niegdyś Mochnackiego) głosząc, że udaje prawicowca, tradycjonalistę, a naprawdę to jakiś lewak, wielbiciel Guevary albo jeszcze gorzej.



Autor, którego nie sposób posądzać o intencje sprzyjania Macierewiczowi (ale także nie o posługiwanie się argumentami wywodzonymi z niechęci do Żydów) sygnalizuje,129 że niektórzy w kampanii wrogości do tego polityka posługiwali się twierdzeniami, jakoby Macierewicz nie jest Polakiem, katolikiem zaś tylko na pokaz, przyjął bowiem chrzest dopiero w ośrodku odosobnienia dla internowanych w Łupkowie w 1982 roku: Z prawdziwą furią zazdrości o. Rydzyka zaatakował Macierewicza jego dawny polityczny wychowanek, szef »S« z Ursusa Zygmunt Wrzodak. Wytoczył charakterystyczne dla siebie działa, te najbardziej raniące, w Radiu Maryja sugerując, że Macierewicz to przechrzta, KOR-owiec i »piąta kolumna«. Owszem, pojawiają się informacje, że Antoni Macierewicz nie jest Polakiem lecz Żydem nazywającym się jakoby Izaak Singer. Można o tym przeczytać zwykle na „listach" domniemanych i prawdziwych Żydów, (kolportowanych od dość dawna na papierze a ostatnio również w Internecie) obfitujących często w epitety bardzo nieprzyjazne wobec wymienianych tam osób. Intencją autorów tych „list" jest przypisanie żydowskiego pochodzenia komu tylko się da, bez względu na rzeczywistość.



Na tych samych „listach" wymieniano osoby będące Żydami albo Polakami żydowskiego pochodzenia, jak też inne, niemające z pochodzeniem żydowskim nic wspólnego. W niektórych wypadkach wskazywano autentyczne wcześniejsze nazwiska, w innych zaś zupełnie zmyślone. Np. warszawskiemu matematykowi Stanisławowi Krajewskiemu, (który jest Żydem w znaczeniu narodowościowym i żydem w znaczeniu wyznaniowym) jako prawdziwe nazwisko przypisano pseudonim „Abel Kainer", pod którym publikował w podziemnej prasie podczas stanu wojennego. Tymczasem poprzednikiem nazwiska „Krajewski" jest w wypadku tej rodziny nazwisko „Stein", jakie nosił jego dziadek („Krajewski" to jego pseudonim konspiracyjny jako działacza Komunistycznej Partii Polski).



Janowi Lityńskiemu owe „listy" prawdziwych i nieprawdziwych Żydów przypisują zwykle nazwisko „Jakub Leman", podczas gdy jego nazwisko naprawdę brzmi „Perl" (ojciec Jana Lityńskiego nazywał się Ryszard Perl-Lityński, zaś bratem owego Ryszarda był słynny działacz PPS Feliks Perl). Interesująco pisze130 o tym Antoni Zambrowski. Autorzy owych „list Żydów" próbują osiągać dwojaki cel: osoby tam wymienione mają zostać skompromitowane w oczach czytelników, podatnych na argumenty wzniecające niechęć do Żydów, ukazywanych jako źródło wszelkiego społecznego zła; zarazem ludzie kolportujący te „listy", kompromitują siebie samych wobec tych, którzy nie przyjmowali aż tak prostackiej wizji świata. To zjawisko oczywiście sprzyja stereotypowi Polaków jako narodu nieprzyjaznego Żydom. W ten sposób pomieszanie prawdy i kłamstwa znakomicie pomaga uwiarygodniać kłamstwo, a przy tym i prawda, i kłamstwo jednocześnie służą niegodziwym (chociaż odmiennym) celom.



Głosi się, że Macierewicz jest oszołomem, człowiekiem niebezpiecznym, niespełna rozumu (który leczył się psychiatrycznie), owładniętym nienawiścią a przynajmniej manią prześladowczą. Zarzucano mu nawet zamiar dokonania zbrojnego przewrotu w celu usunięcia prezydenta Wałęsy (mec. Olszewski miał zostać wtedy prezydentem, a Macierewicz premierem).



Znowu podobnie jak z kampanią zaszczuwania131 Mochnackiego: Okrzykują go wichrzycielem, wyciągają, że kiedyś pracował w cenzurze, że siedząc w więzieniu napisał wiernopoddańczy memoriał.132 (...) Maurycy (...) 3 grudnia przemawia: »Mija czas kosztowny (...) Nie ufajmy imionom historycznym. Generał Chłopicki zdradza rewolucję - idźmy wszyscy razem z bronią w ręku i postanówmy rząd rewolucyjny«. W tym miejscu przerywają mu okrzyki: Precz! Zebrani zarzucają mu zdradę, jakobinizm, świętokradztwo narodowe. Referendarz Albert Grzymała zabiera głos i tłumaczy, że wypuszczenie Konstantego przyniesie Polsce korzyści, bo zliberalizuje Rosjan i zjedna nam tam stronników. Adwokat Wojciech Wołowski (...) potępia (...) śmiałość młodego i nieznanego człowieka, który »ośmiela się siać nieufność do najlepszych mężów narodu«. Wezwany na świadka przyjaciel Mochnackiego, Bronikowski (...) załamuje się i »dla dobra narodu« oświadcza, że »rząd działa rewolucyjnie«. Przeciwko Mochnackiemu wyciągają się pistolety; jest oszczercą, zdrajcą narodu. Wymyka się ścigany przekleństwami, ktoś go goni, ktoś ciska kamienie, ktoś tylko spluwa. Mochnacki nie daje za wygraną. 4. grudnia (...) tłumaczy oficerom i żołnierzom[,] czym grozi zwłoka w walce. Wojskowi[,] wierząc jednak w dyktatora, przepędzają go tak samo jak wczorajsi patrioci. (...) Mochnacki zostaje sam. (...) Nie wie, że tłum, który wybiegł na ulice[,] właśnie jego szuka, że szubienice, które na placach stawiają - stawiają dla niego. (...) Przeciwko samodzielnie myślącemu od razu podnoszą się głosy: »To wichrzyciel! burzyciel! Mówi i pisze za pruskie talary, za ruble moskiewskie«. (...) Na kilka godzin przed upadkiem powstania Mochnacki czekał na ratuszu na śmierć z rąk rodaków. Aż tak źle nie było, rozgorączkowany tłum szubienicy dla Macierewicza nie stawiał.



Niemniej jednak grożenie śmiercią nastąpiło, jak twierdzi133 sam zainteresowany w tym samym wywiadzie-rzece. Najpierw grożenie śmiercią fizyczną, a zaraz potem śmiercią tzw. cywilną.



PYTANIE: Kiedy nastąpił gest poderżnięcia gardła?



ODPOWIEDŹ: Podczas drugiej rozmowy, gdy byliśmy sami. (...)



PYTANIE: Jaki tekst towarzyszył »poderżnięciu« gardła?



ODPOWIEDŹ: Pierwsza kwestia dotyczyła Chmielnickiego. Pan Wachowski stwierdził, że jeśliby coś w sprawie Pana Prezydenta zostało przekazane, to, jak oświadczył, Chmielnicki to przy nim betka. Takie słowa padły - »Chmielnicki to przy mnie betka« i temu towarzyszył ten gest.



PYTANIE: Jeśli Pan ujawni Wałęsę?



ODPOWIEDŹ: Jeśli »chociaż cień padnie na imię wodza«.



PYTANIE: Czym jeszcze groził Wachowski?



ODPOWIEDŹ: Sprawą mojej rodziny. Sugerował, że jestem tajnym współpracownikiem, ponieważ Macierewicz to takie rzadkie nazwisko, a on się z nim zapoznał w archiwum. Tam rzeczywiście tkwi nazwisko jednego z moich krewnych jako kandydata na tajnego współpracownika To prawda, on sam o tym nie wiedział. (To się zdarzało, jak wiadomo.) Odpowiedziałem Wachowskiemu, że może sobie z moim krewnym porozmawiać na równej stopie.





Nie dziwota, że Antoni Macierewicz w gorących dniach na przełomie maja i czerwca 1992 r. korzystał jako minister ze wzmocnionej ochrony osobistej. Już wtedy - a w związku z weryfikacją żołnierzy WSI ponownie - kierowano przeciw niemu zarzuty o działanie na korzyść obcych państw poprzez rzekome narażanie na zemstę (ze strony tych państw) ludzi działających na rzecz polskich służb wywiadowczych. W zestawieniu z tym zarzut, że Macierewicz ośmiela się siać nieufność do najlepszych mężów narodu jest stosunkowo mniejszego kalibru...



Na szczęście nie sprawdził się dalszy ciąg134 podobieństwa do losów Maurycego Mochnackiego: W pewnym momencie, gdy brak mu pieniędzy na papier, Mochnacki zwraca się po pomoc do władz emigracyjnych. (...) Dawni przeciwnicy polityczni Mochnackiego nie odmawiają sobie okazji, by go poniżyć i opluć. Niektórzy dochodzą do wniosku, że jego jakobinizm był przyczyną upadku powstania. Prasa emigracyjna zamieszcza ataki przedstawiające Mochnackiego jako wichrzyciela i zdrajcę. Nawet exprzyjaciel Ostrowski nazywa go »człowiekiem oplutym i wyrzuconym za drzwi przez wszystkie stronnictwa, odartym ze czci moralnie i politycznie«. (...) Mochnacki (...) umiera 20 grudnia 1834 roku. 23 grudnia ukazuje się ostatni atak - zbiorowy list kilku biednych jak i on emigrantów. Nie wiedząc jeszcze nic o jego śmierci protestowali oni przeciwko pismom Mochnackiego, jego samego przeklinając jako politycznego kuglarza i zdrajcę bez czci i wiary.



Mochnacki przeżył tylko trzydzieści jeden lat, zmarł na emigracji we Francji na gruźlicę. Zapewne do jego bardzo przedwczesnej śmierci przyczynił się trudny los wygnańca, dodatkowo znacznie utrudniony dalszym ciągiem kampanii nienawiści ze strony rodaków współwygnańców, nadal tam prowadzonej przeciwko niemu. Opatrzność pozwoliła, że w pierwszą niedzielę sierpnia 2008 r. Antoni Macierewicz ukończył lat sześćdziesiąt i nie jest wykluczone, że jeszcze niemało lat a także dokonań jest przed nim. Ad multos annos - daj mu, Boże!



Przywołany tu wcześniej obszerny materiał Anity Gargas, Tomasza Sakiewicza i Piotra Wierzbickiego z Gazety Polskiej to ankieta rozpisana wśród czytelników tego tygodnika z pytaniem, kto ich zdaniem byłby najlepszym prawicowym rywalem Aleksandra Kwaśniewskiego w wyborach, mających nastąpić w rok później. Owa ankieta (przez tych troje dziennikarzy nazwana „prawyborami"), objęła osiem postaci życia publicznego - w kolejności alfabetycznej: Alicję Grześkowiak, Lecha Kaczyńskiego, Edmunda Krasowskiego, Antoniego Macierewicza, Jana Olszewskiego, Jana Parysa, Zbigniewa Romaszewskiego i Adama Strzembosza. Każdej z tych osób redakcja poświęciła jednostronicowe omówienie życia i dorobku, a także wskazała punkty słabe i punkty mocne.



Opis wad Antoniego Macierewicza jest tam135 następujący: Zamknięty w sobie, spięty, chorobliwie niemal nieufny. Jako polityk wykazywał zawsze specyficzną skłonność do zamykania się w kilkuosobowym kółku najwierniejszych współpracowników i niezdolność do poszerzania ich kręgu. Antytalent w dziedzinie zjednywania sobie ludzi. Niepowodzenia w budowie większego politycznego zaplecza próbuje bezskutecznie zneutralizować chwytliwym (krytyka kapitalizmu) programem ekonomiczno-społecznym. Nie zna się na gospodarce. Jego sposób bycia przed kamerą ułatwił przedstawienie go szerszej opinii publicznej jako osobnika, którego trzeba się wystrzegać.



Zalety jako kandydata na prezydenta natomiast według tejże prezentacji136 to: Piękna karta walki z komunistycznym systemem. Samodzielność. Zacięcie wodzowskie. Będąc członkiem KOR nie podporządkował się Kuroniowi i Michnikowi i stał się jednym z pionierów pluralizmu politycznego w szeregach opozycji. Okazał się znakomitym ministrem spraw wewnętrznych. Rozpoczął akcję lustracyjną z rozmachem, odwagą, brawurą i choćby tylko za to zapewnił sobie miejsce137 w historii Polski. Udowodnił, że jest człowiekiem zdolnym do szybkiego decydowania i działania w skrajnie trudnych warunkach. Byłby zapewne prezydentem twardym, trudnym do wyprowadzenia w pole przez wrogów Polski.



Co do sposobu bycia przed kamerą - dość powszechnie już wiadomo, jak niewiele zależy od pokazywanej osoby a jak wiele właśnie - od pokazujących. Można przecież manipulować dość łatwo nawet wzrostem polityka, którego się pokazuje, oddziałując przy tym rozmaitymi skojarzeniami na podświadomość telewidzów... Czy natomiast kilkuosobowe kółko najwierniejszych współpracowników to nie jest raczej niewielka garstka, nieliczna, ruchoma, przenośna rzeczpospolita nieustraszonych, którzy własny pożytek, pokój i wygodę nigdy na równej szali nie kładli z czcią narodu i korzyścią ogółu, jak napisał138 kiedyś Maurycy Mochnacki?



Własnego pożytku, pokoju i wygody nie kładł nigdy wysoko. Domu mieszkalnego, należącego do rodziny Macierewiczów (a przed wojną zajmowanego przez nią) rodzina ta nie odzyskała do tej pory - nawet w tych czasach, kiedy Antoni Macierewicz pełnił bardzo wysokie funkcje państwowe: szefa MSW i później szefa SKW. Nadal mieszka w niewielkim (56 metrów kwadratowych) lokalu w bloku mieszkalnym na warszawskim Marymoncie, tak jak w czasach, gdy był członkiem KSS KOR. Dom rodziny Macierewiczów na Saskiej Kępie zaraz po II wojnie światowej zajął pewien oficer bezpieki (który dziś już nie żyje, jednak został skazany za niezwykle okrutne zbrodnie komunistyczne) i rodzina tego „wybitnego" bolszewika nadal go zajmuje ...



Sam Antoni Macierewicz nigdy nie poznał swojego ojca, żołnierza AK; będąc bardzo małym dzieckiem stracił go, zapewne wskutek morderstwa popełnionego przez bezpiekę. I to kogoś takiego jego nieprzyjaciele usiłują przedstawiać opinii publicznej jako człowieka ogarniętego mściwością i nienawiścią...



Odwaga jest oczywiście zaletą i to taką, której Antoniemu Macierewiczowi nie sposób odmówić. (Także odwaga przyznawania się przy okazji udzielania różnych wywiadów do odczuwania strachu i opowiadania o przezwyciężaniu go.) Natomiast brawura nie bardzo pasuje do zalet, to chyba raczej odwaga nadmierna, lekkomyślna, której trudno dopatrzeć się u Macierewicza. Interesującą ilustracją do ostatniego zdania, zawartego w opisie zalet Macierewicza, może być następujący fakt. W dniu 11 września 2001 r. (pamiętnym poprzez słynny zamach terrorystyczny na World Trade Center w Nowym Jorku; (nawiasem była to także 124. rocznica urodzin tow. Feliksa Edmundowicza Dzierżyńskiego) po południu Telewizja Polska zaprosiła kilka osób, aby na gorąco komentowały atak terrorystyczny, dokonany kilka godzin wcześniej w USA. Wśród zaproszonych byli m. in. gen. Gromosław Czempiński i gen. Czesław Petelicki, był w tym gronie także A. Macierewicz, który (o ile wiem) jest co najwyżej szeregowcem. Tamci dwaj generałowie o PRL-owskim rodowodzie w tajnych służbach (tzw. fachowcy!) powinni byli łatwiej sformułować jakieś hipotezy na temat sprawstwa kierowniczego owej nowojorskiej tragedii. Lecz to nie oni, zawodowi bezpieczniacy, a historyk Antoni Macierewicz zdobył się na wyrażenie takiej hipotezy. Powiedział, że za zamachem stoi Moskwa albo Pekin, „ze wskazaniem" na Pekin.



Zważmy, że aby sformułować i jakoś uzasadnić139 prawie dokładnie taką samą hipotezę, dość znany amerykański autor potrzebował jednak co najmniej kilku tygodni, a nie - kilku minut. Tym razem to nie amerykański pisarz (Paul Erdman albo Larry Bond) mógł służyć Antoniemu Macierewiczowi jako ew. źródło inspiracji. Kto wie, czy w przypadku Gordona Thomasa nie było właśnie odwrotnie?



Powróćmy do owej ankiety. Po kilku tygodniach jej trwania można było przeczytać,140 że A. Macierewicz zajął wśród owej ósemki czwarte miejsce. Wyprzedził w ówczesnych „prawyborach" tego, który - co prawda nie rok, a dopiero jedenaście lat później - na prezydenta Polski kandydował i to z sukcesem, tj. Lecha Kaczyńskiego! Dokładniej wyniki są takie: Jan Olszewski - 4639 głosów (25,8%), Adam Strzembosz - 3380 głosów (18,8%), Alicja Grześkowiak - 2966 głosów (16,5%), Antoni Macierewicz - 1708 głosów (9,5%), Lech Kaczyński - 1549 głosów (8,6%), Jan Parys - 1466 głosów (8,2%), Zbigniew Romaszewski - 1402 głosy (7,8%) i Edmund Krasowski - 850 głosów (4,7%). Cyfry wymowne. Oby dały do myślenia...





Taki polityk jest Polsce potrzebny, aby dalej wytrwale uświadamiał rodakom, co leży w naszym narodowym interesie. I taki lider jest potrzebny, aby w myśl tej koncepcji współtworzył politykę państwa polskiego, realizując orientację polską - naszą orientację najprawdziwiej główną.







Przypisy:



1 „Podziomek" (właśc. Piotr Zakrzewski), Pogłoski, „Głos. Niezależne pismo społeczno-polityczne" nr 5(76-77) wrzesień/grudzień 1991 r., s. 122; podkreślenie moje - Ł.Ł.



2 Rafał A. Ziemkiewicz, Hormony premiera, „Najwyższy Czas!" nr 34(125) z 22 sierpnia 1992 r., s. XII; podkreślenie moje - Ł.Ł.



3 Rafał Ziemkiewicz, Kali zabrać krowy, cyt. wg Rafał Ziemkiewicz, Zero zdziwień, P.W.H. NEPO, Warszawa 1995, s. 118-119; podkreślenia moje - Ł.Ł.



4 Antoni Macierewicz, Jesteśmy skazani na drogę sprzeciwu... z Antonim Macierewiczem rozmawia Piotr R. Bączek. Rozmowa pierwsza (lipiec 1991), „Antyk" nr 9/10/11/12 z 1993 r., s. 27. Przywołane tu słowa są cytatem z innego wywiadu, a mianowicie - z Adamem Michnikiem, opublikowanego w „Polityce Polskiej" nr 18 z 1990 r. Anagram MIR to skrót hiszpańskiej nazwy „Movimiento de la Izquierda Revolucionaria" czyli „Ruch Lewicy Rewolucyjnej". „Che Guevara" to nieprawidłowa nazwa osobowa południowoamerykańskiego rewolucjonisty szeroko znanego pod pseudonimem „Che", którym był Ernesto Rafael Guevara de la Serna (1928 - 1967), Argentyńczyk, z wykształcenia lekarz.



5 Antoni Macierewicz, Jesteśmy skazani na drogę sprzeciwu... z Antonim Macierewiczem rozmawia Piotr R. Bączek. Rozmowa pierwsza (lipiec 1991), „Antyk" nr 9/10/11/12 z 1993 r., s. 27 i 28.



6 Jeszcze w czasach KOR-owskich interesująco zwrócił na to uwagę prof. Grzegorczyk: Powstaje tu np. problem inteligencji żydowskiej, który trzeba opisać sine ira et studio. Inteligencja żydowska (czyli prawie 100% populacji żydowskiej powojennej, bo biedota żydowska została wymordowana w czasie wojny, a przetrwała tylko część inteligencji) - stanęła na usługach nowej komunistycznej władzy i procent jej w stalinowskim aparacie ucisku był niemały. Tworzyła przy tym dobrze popierającą się wspólnotę interesów i dzięki temu stanowiła coś w rodzaju klasy dyskretnie uprzywilejowanej. [...] Sprawa konfliktu Izraela z Arabami wywoływała w środowisku Znakowym w owym czasie mocne emocje. [...] O Izraelu nie można było w tym środowisku wypowiadać się równie swobodnie i bez oporów jak o Chile, Portugalii, Tanzanii lub Kanadzie. Nie chcę twierdzić, jakoby konflikt żydowski był podstawą wszystkich podziałów. [...] Jednakże uważam, że element konfliktu etnicznego przy okazji mówienia o lewicy laickiej [...] powinien być wzięty pod uwagę. [...] Uważam, że najlepszym lekarstwem na niejasności i napięcia w sprawie żydowskiej nie jest urąganie na antysemityzm, tylko rzeczowy opis historycznych identyfikacji i konfliktów interesów. (Andrzej Grzegorczyk, Kilka myśli na marginesie książki A. Michnika: »Kościół, lewica dialog«, „Spotkania" nr 5-6 [reedycja paryska], s. 339. Niebanalne rozjaśnienie kwestii... Andrzej Grzegorczyk to jednak (wtedy - najpóźniej w 1978 r.) zaledwie profesor doktor habilitowany. Natomiast po kilkunastu latach doctor honoris causa Lech Wałęsa dokonał właściwego (zaznaczam: właściwego!) „skrótu myślowego". Oto relacja z wiecu w Łodzi w dniu 22 lutego 1989 r., w którym uczestniczył Lech Wałęsa: Dlaczego ostatnio otaczasz się ekspertami z lewicy laickiej? - pytano. »W Polsce jak ktoś mądry, to zaraz mówią, że Żyd - odpowiadał Lech Wałęsa. - Dziś nie ma problemu Żydów, jest Polska, kto idzie z Polską, ten brat.« (P. H. [Paweł Hofer, właśc. Helena Łuczywo] Będę rozmawiał i z szatanem. Lech Wałęsa w Łodzi, „Tygodnik Mazowsze" nr 283 z 22 lutego 1989 r., s. 4). Naprawdę, rzecz jasna, było tak, że i w PZPR osoby narodowości żydowskiej znajdowały się nie tylko we „frakcji puławskiej" (tzw. „Żydy"), ale również we „frakcji natolińskiej" (tzw. „Chamy"), a także - i zwłaszcza to warto tu podkreślić - w środowiskach opozycyjnych podział ideologiczny krzyżował (a nie pokrywał) się z narodowościowym: wśród lewicy laickiej były także osoby nie-żydowskiego pochodzenia (jak np. Jan Józef Lipski i Jacek Kuroń), a wśród jej ówczesnych i późniejszych krytyków można było spotkać Żydów (np. Ludwika Dorna albo Antoniego Zambrowskiego).



7 Odwrotna strona medalu. Z Jarosławem Kaczyńskim rozmawia Teresa Bochwic, Oficyna Wydawnicza MOST, Wydawnictwo VERBA, Warszawa 1991, s. 9.



8 Antoni Macierewicz, Tradycje polityczne w PRL, „Głos. Niezależny miesięcznik społeczno-polityczny" nr 4, wg: Głos. Niezależny miesięcznik społeczno-polityczny. Dokumenty. Biblioteka Kultury tom 315, Instytut Literacki Paryż 1980, s. 30/31.



9 Antoni Macierewicz, Jesteśmy skazani na drogę sprzeciwu... z Antonim Macierewiczem rozmawia Piotr R. Bączek. Rozmowa pierwsza (lipiec 1991), „Antyk" nr 9/10/11/12 z 1993 r., s. 30.



10 A[nita] G[argas], T[omasz] S[akiewicz], P[iotr] W[ierzbicki], Wybieramy prezydenta prawej strony, „Gazeta Polska" nr 38(62) z 22 września 1994 r., s. 5.



11 Anita Gargas, O »Czarnej Jedynce«, KOR-ze i warszawskich intelektualistach, „Gazeta Polska" nr 20(200) z 14 maja 1997 r., s. 12; podkreślenie moje - Ł.Ł.



12 Antoni Macierewicz, Jesteśmy skazani na drogę sprzeciwu... z Antonim Macierewiczem rozmawia Piotr R. Bączek. Rozmowa pierwsza (lipiec 1991), „Antyk" nr 9/10/11/12 z 1993 r., s. 31-32.



13 Elżbieta Morawiec, KOR i inni w: Małe lustra albo długi cień PRL-u, wydawnictwo Arcana, Kraków 1999, s. 95-96.



14 Macierewicz w 1976 r. już nie był studentem, zaś iberystą nie był nigdy w życiu; również wbrew słowom cytowanej autorki filozofia (Mariana Brandysa albo jakakolwiek inna) z zasady nie może być „lewicowa", podobnie jak nie może być na przykład „owalna", „fioletowa", „siedmiowymiarowa" ani „egzoenergetyczna". Jednak cóż dziwnego w tym, że Elżbieta Morawiec uległa sugestii, skoro mąż Haliny Mikołajskiej, należącej do KOR-u od września 1976 r. pamiętał, że Aniela Steinsbergowa była adwokatem i broniła przed wojną Ozjasza Szechtera (ojca Adama Michnika), gdy był sądzony za działalność w KPP, ale nie był zorientowany, pisząc: [...] młody uczony iberysta Antoni Macierewicz [...] młodemu historykowi Piotrowi Naimskiemu (Marian Brandys, Dziennik 1976-1977, Iskry, Warszawa 1996, s. 77-78, zapis z dnia 14 stycznia 1977). Tymczasem Macierewicz jest historykiem, a Naimski - biochemikiem. Świadczy to o tym, że owe dwa środowiska (lewica i prawica KOR-u) bardzo słabo kontaktowały się ze sobą na gruncie prywatnym, toteż niezbyt znały siebie nawzajem.



15 Jacek Kuroń kiedyś wypowiedział się w sposób ostrożnie dający do zrozumienia, że pierwszeństwo w utworzeniu KOR-u należy do Macierewicza: Tak prawdę mówiąc, dwóch ludzi to sobie uświadomiło równocześnie i niezależnie od siebie - ja i Antek Macierewicz. [...] No i, ja napisałem to szybciej, i powstały »Myśli o programie działania«. Napisałem - on nie napisał. I zawsze pamiętam, że to on wymyślił, że ma się to nazywać Komitet Obrony Robotników. Zwykle mnie to się przypisuje. Trochę się tego wstydzę. (Ewa Górska, Żeby dać świadectwo prawdzie. Z Jackiem Kuroniem rozmawia Ewa Górska, „Samorządność. Tygodnik Społeczno-Polityczny" nr 3(179) z 14 grudnia 1981 r., s. 8).



16 Marian Brandys, Dziennik 1976-1977, Iskry, Warszawa 1996, s. 146-147, zapis z dnia 14 marca 1977 r.; podkreślenia moje - Ł.Ł.



17 Czyżby to była tzw. „Freudowska pomyłka" (przywołująca lewicową organizację z lat 1921-37 rozwiązaną przez sanacyjne władze)? Być może jednak pierwotnie nazwa miała być taka właśnie, a zamiana słowa „Liga" na „Ruch" nastąpiła wskutek zerwania negocjacji zjednoczeniowych z grupą Kuronia?



18 Marian Brandys, Dziennik 1976-1977, Iskry, Warszawa 1996, s. 159 (zapis z dnia 26 marca 1977 r.); s. 160 (zapis z dnia 28 marca 1977 r.); s. 223 (zapis z dnia 10 maja 1977 r.); s. 247 (zapis z dnia 19 maja 1977 r.); s. 287 (zapis z dnia 8 czerwca 1977 r.); s. 291 (zapis z dnia 10 czerwca 1977 r.)



19 Gustaw Herling-Grudziński i Adam Michnik Dwugłos o eurokomunizmie, w: S. Carillo, G. Herling-Grudziński, K.S. Karol, H. Kissinger, B. Kreisky, L. Kołakowski, A. Michnik, L. Moczulski, Eurokomunizm, Niezależna Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1977, s. 41 i 44/45; podkreślenia moje - Ł.Ł.



20 Powinno być raczej sonnenfeldtowskim.



21 Doktryna Sonnenfeldta, zwana także „doktryną Sonnenfeldta-Kisingera", została wypracowana przez dwóch polityków amerykańskich: Henry'ego Kissingera (sekretarza stanu) i Helmuta Sonnenfeldta (jego głównego współpracownika) w latach 70. ubiegłego wieku, zakładała celowość podtrzymywania podziału świata (a przynajmniej Europy) na strefy wpływów Stanów Zjednoczonych i Związku Sowieckiego gwoli zapobieżenia III wojnie światowej. W grudniu 1975 r. Sonnenfeldt miał zakomunikować tę doktrynę amerykańskim ambasadorom na tajnej naradzie w Londynie. Pisali o tym Rowland Evans i Robert Novak w artykule zatytułowanym Doktryna Sonnenfeldta w „Herald Tribune" z 22 marca 1976 r. (zob. także np. niepodpisany artykuł Doktryna Sonnenfeldta, „Kultura" nr 5(344) z maja 1976 r., s. 48-59).



22 Powstała niemal równocześnie (ale nieprzeznaczona wtedy do publikacji) refleksja gorliwego zwolennika lewicy KORowskiej była mniej optymistyczna niż zdanie przyszłego członka KOR, Michnika: Spotkanie szefów partii eurokomunistycznych w Madrycie okazało się niewypałem. Przynajmniej dla ruchu obrońców praw człowieka w Europie Wschodniej. Podobno Moskwa przesłała po cichu Berlinguerowi i Marchais'mu ostrzeżenie, że publiczne oświadczenia w sprawie obrony praw człowieka uzna za wtrącanie się w swoje interesy wewnętrzne. I wystarczyło. Eurokomuniści, do niedawna tak niezależni, nabrali wody w usta. Być może, iż Moskwa przypomniała, że to ona dysponuje wspólną kasą. Dla Kuronia, który na eurokomunistów liczy, musi to być cios. (Marian Brandys, Dziennik 1976-1977, Iskry, Warszawa 1996, s. 133-134, zapis z dnia 5 marca 1977). Za to bardzo optymistycznie brzmi u tegoż autora ocena roli podróży studialnej Michnika: O, to było z ich strony lekkomyślne posuniecie, to danie mu paszportu. [...] Jego blisko roczny pobyt we Francji, Anglii, Włoszech i Niemczech stał się dla postępowej opinii publicznej wolnego świata wielką lekcją na temat prawdziwej sytuacji w Polsce. Ludzie, którzy przyjeżdżają z zagranicy, nawet różniący się od Adama światopoglądem, przyznają, że już dawno nikt nie zrobił tyle dla dobrego imienia Polski, co on. A teraz powraca, otoczony ogólnoeuropejskim rozgłosem i szacunkiem; [...] Oj, nie udał się ten perfidny pomysł z »wypuszczeniem« Adama. Na pewno ktoś wyleci za to z posady. (Marian Brandys, Dziennik 1976-1977, Iskry, Warszawa 1996, s. 130, zapis z dnia 2 marca 1977 r.; Michnik naprawdę wrócił do kraju dopiero o dwa miesiące później).



23 Leszek Moczulski Spojrzenie z boku, w S. Carillo, G. Herling-Grudziński, K.S. Karol, H. Kissinger, B. Kreisky, L. Kołakowski, A. Michnik, L. Moczulski, Eurokomunizm, Niezależna Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1977, s. 35.



24 Antoni Lenkiewicz, Typy i typki postkomunizmu, Wydawnictwo - Biuro Tłumaczeń, Wrocław 1997, s. 87.



25 Marian Brandys, Dziennik 1976-1977, Iskry, Warszawa 1996, s. 118/119, zapis z dn. 21 lutego 1977 r.



26 Marian Brandys, Dziennik 1976-1977, Iskry, Warszawa 1996, s. 77/78, zapis z dn. 14 stycznia 1977 r.



27 Marian Brandys, Dziennik 1976-1977, Warszawa Iskry 1996, s. 291/292 (zapis z dn. 10 czerwca 1977 r.); s. 308 (zapis z dn. 23 czerwca 1977 r.)



28 Marian Brandys, Dziennik 1976-1977, Iskry, Warszawa 1996, s. 134 (zapis z dn. 5 marca 1977 r.); s. 159 (zapis z dn. 26 marca 1977 r.)



29 Zob. Dlaczego Polska toleruje dysydentów? Wywiad Mieczysława F. Rakowskiego, udzielony »Corierre della Sera« i opublikowany 5 marca 1979 roku, przedruk: „Głos. Niezależny miesięcznik społeczno-polityczny" nr 2(14) z 1979 r., s. 22-23. Tytuł »Corierre della Sera« można by przetłumaczyć na polski jako: „Posłaniec Światła"; czyżby ten znamiennie brzmiący tytuł nawiązywał do powiedzenia Ex oriente lux? W każdym razie była to gazeta chyba ulubiona (bo niejednokrotnie wykorzystywana) przez komunistów moskiewskiej „obediencji" jako tuba ich półoficjalnej propagandy.



30 Jacek Kuroń, Sytuacja kraju a program opozycji, „Biuletyn Informacyjny" nr 3(29) marzec 1979 r., s. 15 i 17-18; podkreślenia moje - Ł.Ł.



31 Zamiast punktu siódmego, i zapewne ostatniego, redakcja zamieściła krótką notatkę pt. Rocznica Konstytucji 3 maja, wypełniającą - w górnej części s. 19 tego wydania „BI" - tylko około połowy miejsca, zaoszczędzonego na opuszczeniu punktu siódmego artykułu J. Kuronia. Na tym polegało ocenzurowanie Kuronia: bez pozostawienia samej tylko białej plamy.



32 Jan Józef Lipski, Adam Michnik, Uwagi o opozycji i sytuacji w kraju, „Biuletyn Informacyjny" nr 7(33) październik 1979 r., s. 39-41; podkreślenia moje - Ł.Ł.



33 por. ZESPÓŁ REDAKCYJNY BIULETYNU INFORMACYJNEGO, Po czterech latach, „Biuletyn Informacyjny" nr 8(34) listopad-grudzień 1979 r., s. 4; podkreślenie moje - Ł.Ł.



34 Po 6 latach jeden z działaczy tego środowiska skonkretyzował: Niezbędny - choć moim zdaniem nieprawdopodobny - jest wariant kompromisu z ekipą Jaruzelskiego; niezbędny jest też projekt kompromisu z tej ekipy następcami. Niezbędna wreszcie jest praca nad wariantami porozumienia polsko-rosyjskiego. [...] »Solidarność« powinna odrzucić filozofię »wszystko albo nic«. Dotyczy to zarówno stosunku do ZSRR jak do polskich komunistów [...] Wyjściem mogłoby być rozwiązanie umożliwiające społeczeństwu autentyczny wybór do Sejmu choćby 30 procent spośród deputowanych. (Adam Michnik, Takie czasy... Rzecz o kompromisie, wydawnictwo ANEKS, Londyn 1985, s. 99 i 138).



35 por. ZESPÓŁ REDAKCYJNY BIULETYNU INFORMACYJNEGO, Po czterech latach, „Biuletyn Informacyjny" nr 8(34) listopad-grudzień 1979 r., s. 3-4. Podobne obawy już o dwa i pół roku wcześniej, w dyskrecji swojego Dziennika, wyrażał mąż Haliny Mikołajskiej (zresztą w ślad za nią): Powodem zmartwień Haliny są »młodzi radykałowie« Wojtka Onyszkiewicza, marzącego nieustannie o gwałtownych, efektownych demonstracjach, przy zupełnym nieliczeniu się z wymogami aktualnej sytuacji ogólnej. (Marian Brandys, Dziennik 1976-1977, Iskry, Warszawa 1996, s. 292, zapis z dn. 10 czerwca 1977 r.); podkreślenia moje - Ł.Ł.



36 Ludwik Dorn, Interesujący bilans, „Biuletyn Informacyjny" nr 1(35) styczeń 1980 r., s. 41-44; podkreślenia moje - Ł.Ł.



37 Ten podział powrócił po 10 latach, kiedy opozycję dzielono na „konstruktywną" i „niekonstruktywną", tj. akceptującą i nieakceptującą porozumienie z komunistami, zawierane przy okrągłym stole. „Lewica laicka" zaliczała się w 1979 r. do opozycji „odpowiedzialnej" a w 1989 r. (w zmienionym nazewnictwie) do „konstruktywnej" ma się rozumieć.



38 Takim „pośrednim rozwiązaniem" okazała się IX kadencja Sejmu PRL (1989-91), w którym posłami zostali między innymi Jacek Kuroń i Adam Michnik; fragment Sejmu poddany w czerwcu 1989 r. wyborowi okazał się nawet o 5 punktów procentowych większy, niż to proponował kilka lat wcześniej (przebywając w areszcie śledczym MSW przy ul. Rakowieckiej w Warszawie) Adam Michnik, bo stanowił aż 35% całości izby.



39 Ewa Górska, Żeby dać świadectwo prawdzie. Z Jackiem Kuroniem rozmawia Ewa Górska, „Samorządność. Tygodnik Społeczno-Polityczny" nr 3(179) z 14 grudnia 1981 r., s. 8 i 10. Wbrew dacie, wymienione wydanie tego tygodnika zdążyło ukazać się tuż przed ogłoszeniem stanu wojennego.



40 Ewa Górska, Realizm i radykalizm, Rozmowa z Antonim Macierewiczem, „Samorządność. Tygodnik Społeczno-Polityczny" nr 3(179) z 14 grudnia 1981 r., s. 9 i 10; podkreślenia moje - Ł.Ł.



41 Bardzo emocjonalnie sprzeciwił się temu poglądowi doc. Jan Józef Lipski, co można przeczytać tuż obok, na tej samej stronicy: Absolutnie się z tym nie zgadzam! [...] uważam, że nadużyty jest termin »lewica laicka«. Adam Michnik sformułował ten termin w swej książce »Kościół, lewica, dialog« dla określenia problematyki światopoglądowej. Co prawda, słowo lewica wskazuje na jej sens polityczny, niemniej jednak, było to określenie pewnej generalnej postawy. [...] Na przykład Henryk Wujec, działacz KIK, katolik, na pewno nie jest gorszy od Antka Macierewicza. Nie wiem, dlaczego zresztą mieliby pod tym względem konkurować ze sobą? Więc przepraszam bardzo, czy Henryk Wujec to jakaś »lewica laicka«? Już w czasach istnienia Klubu Krzywego Koła ja i moi przyjaciele jasno sformułowaliśmy pogląd, że łączy nas stosunek do sprawy niepodległości i suwerenności Polski, do dyktatury partii. Natomiast nigdy nas nie dzielił stosunek do Boga, bez względu na to, czy ktoś wierzył czy nie. [...] Mnie, żołnierzowi AK, który nigdy nie zmienił poglądu, iż Polska winna być niepodległa czy to od Niemiec, czy to od ZSRR, powiedzieć, że nie jestem w nurcie niepodległościowym tylko dlatego, że nie jestem z Macierewiczem, jest oburzające. [...] nie znam ani jednego człowieka w KOR, którego poglądy nie byłyby niepodległościowe. (Ewa Górska, Lewica: laicka czy niepodległościowa? Rozmowa z Janem Józefem Lipskim, „Samorządność. Tygodnik Społeczno-Polityczny" nr 3(179) z 14 grudnia 1981 r., s. 10).



42 Mowa o materiale sygnowanym przez ZESPÓŁ REDAKCYJNY BIULETYNU INFORMACYJNEGO, pt. Po czterech latach, opublikowanym w „Biuletynie Informacyjnym" nr 8(34) z listopada-grudnia 1979 r. Można tam (na s. 3) przeczytać m. in.: Odpowiedzialności społeczeństwo oczekuje nie tylko od władz. Również od opozycji. Słusznie sformułowano to w Komunikacie Konferencji Episkopatu Polski z grudnia br. (słowa wyżej cytowane wraz z kontekstem).



43 Macierewicz najprawdopodobniej miał na myśli artykuł Jacka Kuronia pt. Sytuacja kraju a program opozycji, opublikowany w „Biuletynie Informacyjnym" nr 3(29) z marca 1979 r. s. 15-19.



44 Oto, co (m. in.) po latach napisał o „rewizjonistach" jeden z działaczy pierwszego NZS: Nurt rewizjonistyczny unika wyodrębnienia się w ugrupowania o charakterze partii politycznej. Jedyną taką próbą były Komitety Samorządnej Rzeczypospolitej, istniejące krótko przed stanem wojennym. (Wojciech Bogaczyk, Dwa nurty, „Głos. Niezależne pismo społeczno-polityczne" nr 1(56/57) styczeń-luty 1990 r., s. 78).



45 Taka nazwa została użyta po raz pierwszy podobno właśnie w... Łodzi. Red. Dariusz Fikus w książce Foksal 80 mianowicie tak m. in. pisał o Stefanie Bratkowskim: Brnął w nią [tj. w politykę - dopow. Ł.Ł.] [...] popierając pomysł robotniczych zespołów partyjnych w Łodzi o zmianie nazwy partii na Polską Socjalistyczną Partię Robotniczą [...] (Dariusz Fikus, Lato'80 - polityka - SDP, „Vacat" nr 19/20, lato 1984 r., s. 81; podkreślenie moje - Ł.Ł.). Wbrew trochę późniejszemu hasłu propagandy PZPR (partia ta sama, choć nie taka sama - głoszonemu z okazji 40-lecia PPR w 1982 r.) była[by] to realizacja hasła partia taka sama, choć nie ta sama. Czyżby spiritus lodzensis = genius loci?...



46 Tadeusz Fiszbach rzeczywiście został (ale mniej więcej o dekadę później) przywódcą partii tego rodzaju - Polskiej Unii Socjaldemokratycznej, ale i on, i cała PUS poszły wkrótce w zapomnienie.



47 Istniejący jesienią 1981 roku Klub Służby Niepodległości był próbą skupienia wszystkich, poza KPN-em, organizacji nurtu tradycjonalistycznego, w tym również wywodzącej się z Komitetu Obrony Robotników Grupy »Głosu«. O ile bowiem ROPCiO [Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela - dopow. Ł.Ł.] był organizacją w całości tradycjonalistyczną, o tyle KOR skupiał środowiska wywodzące się z obu nurtów. Przy czym tradycjonalistyczne, kierowane przez Antoniego Macierewicza, harcerskie środowisko, występujące później pod nazwą Grupa »Głosu«, odegrało zasadniczą rolę w utworzeniu i pierwszym okresie działalności Komitetu. (Wojciech Bogaczyk, Dwa nurty, „Głos. Niezależne pismo społeczno-polityczne" nr 1(56/57) styczeń-luty 1990 r., s. 75).



48 Zob. Dlaczego Polska toleruje dysydentów? Wywiad Mieczysława F. Rakowskiego, udzielony »Corierre della Sera« i opublikowany 5 marca 1979 roku, przedruk: „Głos. Niezależny miesięcznik społeczno-polityczny" nr 2(14) z 1979 r., s. 22-23.



49 Dla przypomnienia: postulat „finlandyzacji Polski" został sformułowany w listopadzie 1976 r. w artykule Jacka Kuronia pt. Myśli o programie działania („Aneks" nr 13-14 z 1977 r., s. 32). Upodobnienie Polski do Finlandii miałoby polegać na zastąpieniu aktualnego ustroju PRL przez demokrację parlamentarną ograniczoną w polityce zagranicznej i wewnętrznej o tyle, o ile dotyczy to wyraźnie sformułowanych interesów Związku Radzieckiego.



50 Mieczysław Franciszek Rakowski, Orientacja główna, „Polityka" nr 45(1184) z 10 listopada 1979 r., s. 3.



51 Edward Lipiński, Orientacja prawdziwie główna, „Krytyka" nr 5, 1979 r., s. 124.





52 Edward Lipiński, Orientacja prawdziwie główna, „Krytyka", s. 125.



53 Czyżby prof. Lipiński pod koniec 1979 r. naprawdę nie wiedział o istnieniu KPN, której proklamowanie nastąpiło 1 września tegoż roku? Nie sposób uwierzyć! Może kierował się zasadą swoich bolszewickich adwersarzy, w myśl której to, o czym się nie mówi, nie istnieje?



54 Prof. Maciej Giertych rzeczywiście powiedział 11 lat później coś bardzo podobnego w wywiadzie dla włoskiej „La Stampy": Największe zagrożenie dla nas zawsze przychodziło z Niemiec, toteż jest w interesie Warszawy, by pozostać w sprzężeniu z Moskwą, nie opuszczać Układu Warszawskiego ani RWPG [...] (Antoni Lenkiewicz, Typy i typki postkomunizmu, cz. IV, Wydawnictwo - Biuro Tłumaczeń, Wrocław 2004, s. 36). Zbieżność (dziwna, a może wcale nie?) zachodzi z przykładem pochodzącym z całkiem przeciwnego (zdawałoby się)krańca politycznego spektrum. Oto bowiem dr Janusz Onyszkiewicz (nie mylić z Wojciechem Onyszkiewiczem!) ściśle związany z kręgami „lewicy laickiej", jako wiceminister obrony w rządzie Tadeusza Mazowieckiego [...] bronił Układu Warszawskiego. Sprzeciwiał się również działaniom zmierzającym do wycofania z Polski wojsk ZSRR. Potem, jako minister obrony w rządzie Hanny Suchockiej, twierdził na łamach tygodnika Wprost, że Domaganie się wejścia do NATO jest także sprzeczne z naszą polityką zagraniczną wobec wschodniego sąsiada [...] (Antoni Lenkiewicz, Typy i typki postkomunizmu, cz. II, Wydawnictwo Biuro Tłumaczeń, Wrocław 2002, s. 89).



55 Zespół „Głosu", Chrześcijaństwo i geopolityka, „Głos. Niezależny miesięcznik społeczno-polityczny" nr 2(43) maj-czerwiec 1983 r., s. 23.



56 Jacek Kuroń, Tezy o wyjściu z sytuacji bez wyjścia, „Tygodnik Mazowsze" nr 8 z 31 marca 1982 r.



57 Jacek Kuroń, Macie teraz złoty róg. List otwarty do Zbigniewa Bujaka, Wiktora Kulerskiego i innych działaczy ruchu oporu, „Tygodnik Mazowsze" nr 13 z 15 maja 1982 r.



58 Wszystkie cytaty w niniejszym akapicie za: Antoni Macierewicz, Gdy politykom brak odwagi, następne pokolenie płaci krwią. Rozmowa z Antonim Macierewiczem w: Jacek Kurski, Piotr Semka, „Lewy czerwcowy. Mówią: Kaczyński, Macierewicz, Parys, Glapiński, Kostrzewa-Zorbas", Editions Spotkania, Warszawa 1992, s. 198.



59 Zespół „Głosu", Chrześcijaństwo i geopolityka, „Głos. Niezależny miesięcznik społeczno-polityczny" nr 2(43) maj-czerwiec 1983 r., s. 23.



60 Zespół Głosu, Chrześcijaństwo i geopolityka, „Głos. Niezależny miesięcznik społeczno-polityczny" nr 2(43) maj-czerwiec 1983 r., s. 23 i 24.



61 O Maurycym Mochnackim jeszcze będzie tu (w dalszym ciągu) mowa.



62 Antoni Macierewicz, Komentarz polityczny, „Głos. Niezależne pismo społeczno-polityczne" nr 4(62/63) lipiec sierpień 1990 r., s. 3. „Konflikt bliskowschodni" tam wspomniany, to skutek podboju Kuwejtu przez Irak, dokonanego latem 1990 roku.



63 Stefan Żeromski w usta komisarza Rządu Narodowego Huberta Olbromskiego w rozdz. VIII powieści Wierna rzeka. Klechda domowa włożył słowa o tym, że Polskie plemię popadło między dwa młyńskie koła zagłady - między Niemców i Moskwę. Musi się stać samo młyńskim kamieniem albo będzie zmielone na pokarm Niemcom i Moskwie. Nie ma wyboru. Zbyteczne jest wszelkie o tym słowo. W propagandzie komunistycznej teoria dwóch wrogów to oczywiście epitet złośliwy, mający deprecjonować zwolenników owej teorii jako ludzi pozbawionych poczucia realizmu, a Polskę chcących jakoby pozbawić „opieki" moskiewskiej (to intensywnie wmawiano nam w PRL, ale wmawia się nadal na łamach Urbanowego tygodnika „Nie", zob. niżej)



64 Zob. O polityce, gospodarce i prawicy polskiej. Z Antonim Macierewiczem [...] rozmawia Jacek Laskowski, „Orientacja na Prawo. Konserwatywny miesięcznik polityczny" nr 7-8(77/78) lipiec-sierpień 1991 r., s. 6.



65 Paul E. Erdman, Ostatnie dni Ameryki, C & T Editions - CRIME and THRILLER, Toruń 1994.



66 Larry Bond, Kocioł, Wydawnictwo Adamski i Bieliński, Warszawa 1997.



67 Jerzy Urban, Porozumienie globalne, „Polityka" nr 5(1248) z 31 stycznia 1981 r., s. 3.



68 Stefan Kawalec, Warunki realizacji porozumień, „Głos. Niezależny miesięcznik społeczno-polityczny" nr 2(35) z lutego 1981 r. s. 18-23; zob. także: Ludwik Dorn, Krótki zarys historii wyborów do Rad Narodowych. II, „Głos. Niezależne pismo społeczno-polityczne" nr 3(60/61) z maja-czerwca 1990 roku, s. 77.



69 Stefan Kawalec, Warunki realizacji porozumień, „Głos. Niezależny miesięcznik społeczno-polityczny" nr 2(35) z lutego 1981 r. s. 20.



70 Stefan Kawalec, Warunki realizacji porozumień, „Głos. Niezależny miesięcznik społeczno-polityczny" nr 2(35) z lutego 1981 r. s. 20 i 23.



71 Zespół „Głosu", Chrześcijaństwo i geopolityka, „Głos. Niezależny miesięcznik społeczno-polityczny" nr 2(43), maj-czerwiec 1983 r., str. 25-26.



72 Krzysztof Jerzewski (właśc. Jerzy Surdykowski), Idą gorsi?, „Vacat" nr 19/20 z lata 1984 r., s. 73; podkreślenie moje - Ł.Ł.



73 Krzysztof Jerzewski (właśc. Jerzy Surdykowski), Idą gorsi?, „Vacat" nr 19/20 z lata 1984 r., s. 74-75.



74 Jerzy Surdykowski, Między porozumieniem a »świętym przymierzem«, „Vacat" nr 10 z października 1983 r., s. 4044; podkreślenia moje - Ł.Ł.



75 Jerzy Surdykowski do 12 grudnia 1981 r. należał do PZPR i był dziennikarzem „Gazety Krakowskiej", organu KW PZPR w Krakowie. Latem 1990 r. inż. Jerzy Surdykowski został konsulem Rzeczypospolitej Polskiej w Nowym Jorku, co spotkało się z nieżyczliwym przyjęciem ze strony bardziej tradycjonalistycznej części polonii amerykańskiej i skłoniło amb. Kazimierza Dziewanowskiego do obrony tej nominacji (Janusz Dobrzański, Kontrowersyjny konsul w Nowym Jorku, „Głos. Niezależne pismo społeczno-polityczne" nr 5(64/65/66) z września-listopada 1990 r., s. 142-143).



76 Jacek Kuroń, Jałta - i co teraz?, „Tygodnik Mazowsze" nr 121 z 14 marca 1985 r., s. 3; w tym samym numerze na s. 2 jest wiadomość o owej zmianie personalnej dokonanej na Kremlu.



77 Mikołaj Lizut, Likwidator, „Duży Format" z 25 lipca 2006 r.



78 Zob.: Z mecenasem JANEM OLSZEWSKIM obrońcą w procesach politycznych rozmawia JERZY PAPUGA, „Konfrontacje. Forum obywatelskie" nr 2(25) za okres 25 lutego - 24 marca 1990 r., s. 7; podkreślenie moje - Ł.Ł; zob. także: Marcin Gugulski Czy wojsko jest nasze?, „Głos. Niezależne pismo społeczno-polityczne" nr 3(60/61), maj-czerwiec 1990 r., s. 11.



79 Jan Lityński, W nowym układzie politycznym, „Tygodnik Mazowsze" nr 181 z 24 września 1986, s. 1; podkreślenie moje - Ł.Ł.



80 Jacek Kuroń, Upór i cierpliwość nie wystarczą, „Tygodnik Mazowsze" nr 191 z 10 grudnia 1986 r., s. 1; podkreślenie moje - Ł.Ł.



81 Jacek Kuroń, Upór i cierpliwość nie wystarczą, „Tygodnik Mazowsze" nr 191 z 10 grudnia 1986 r., s. 2; podkreślenia moje - Ł.Ł.



82 Paweł Wyszkowski, Peerelowski plan Balcerowicza (I), „Głos. Poniedziałki, środy, piątki" nr 17(94) z 23-24 października 1995 r., s. 4; podkreślenia moje - Ł.Ł.



83 Jan Rokita, Nowa umowa? Rząd; nie ICH, nie NASZ, ale koalicyjny, „Gazeta Wyborcza" nr 68 z 11 sierpnia 1989 r.; podkreślenie moje - Ł.Ł; o pięć i pół tygodnia wcześniej w pamiętnym artykule sugerowano: [...] porozumienie, na mocy którego prezydentem wybrany zostanie kandydat z PZPR, a teka premiera i misja sformowania rządu powierzona zostanie kandydatowi »Solidarności«. [...] Tylko taki układ władzy może zrealizować w praktyce postulat »wielkiej koalicji« [...] (Adam Michnik, Wasz prezydent nasz premier, „Gazeta Wyborcza" nr 40 z 4 lipca 1989 r., s. 1).



84 Jarosław Kaczyński, Jak to było naprawdę? [wywiad] „Głos. Niezależne pismo społeczno-polityczne" nr 2(55), listopad 1989 r., s. 24.



85 Piotr Wierzbicki, Traktat o post-gnidach, „Głos. Niezależne pismo społeczno-polityczne" nr 2(70-71), marzec-kwiecień 1991 r., s. 79.



86 Antoni Macierewicz, Alternatywa?, „Głos. Niezależne pismo społeczno-polityczne" nr 2(55), listopad 1989 r., s. 11; podkreślenie moje - Ł.Ł.



87 Stefan Niesiołowski, Władzy spragnionym uczyń, by władza im poszła w smak, „Głos. Niezależne pismo społeczno-polityczne" nr 2(55), listopad 1989 r., s. 18; podkreślenie moje - Ł.Ł



88 Antoni Macierewicz, Alternatywa?, „Głos. Niezależne pismo społeczno-polityczne" nr 2(55) z listopada 1989 r., s. 13-14; podkreślenie moje - Ł.Ł.



89 Nie tak bardzo różnej! Wszak ten sam autor w tymże felietonie nieco wcześniej (str. 11) napisał o zapleczu politycznym rządu Mazowieckiego jako o niespodziewanej wersji »wielkiej koalicji« uprzednio postulowanej przez gen. Jaruzelskiego.



90 Antoni Macierewicz, Plan gry, „Głos. Niezależne pismo społeczno-polityczne" nr 1(56/57) ze stycznia-lutego 1990 r., s. 7; podkreślenie moje - Ł.Ł.



91 Mowa o sympozjum Ruchu Obywatelskiego Solidarność, poświęconym (jak deklarowano) etosowi »Solidarności«, podczas którego na bazie Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego i Komitetów Obywatelskich usiłowano powołać do istnienia wielka lewicową partię polityczną pod kierownictwem Bronisława Geremka i jego politycznych przyjaciół (Wojciech Bogaczyk, Dwa nurty, „Głos. Niezależne pismo społeczno-polityczne" nr 1(56/57) ze stycznia-lutego 1990 r., s. 79).



92 Antoni Macierewicz, Drugi etap, „Głos. Niezależne pismo społeczno-polityczne" nr 2(58/59), marzec/kwiecień 1990 r., s. 5; podkreślenia moje - Ł.Ł.



93 Antoni Macierewicz, Drugi etap, „Głos. Niezależne pismo społeczno-polityczne" nr 2(58/59), marzec/kwiecień 1990 r., str. s. 6-7; podkreślenia moje - Ł.Ł.



94 Antoni Macierewicz, Drugi etap, „Głos. Niezależne pismo społeczno-polityczne" nr 2(58/59), marzec/kwiecień 1990 r., s. 8.



95 Antoni Macierewicz, Nowy układ sił?, „Głos. Niezależne pismo społeczno-polityczne" nr 3(60/61) z maja/czerwca 1990 r., s. 3-5; podkreślenia moje - Ł.Ł.



96 Podczas istnienia rządu Tadeusza Mazowieckiego, jego zwolennicy intensywnie i na serio lansowali w propagandzie, mającej wspierać ten rząd, owo heroikomiczne niby-pojęcie; w rzeczywistości nie istnieje nic takiego jak „filozofia rządu" (jakiegokolwiek!), zaś związek tego akurat rządu z filozofią był tylko taki, że z chwilą, gdy Czesława Kiszczaka na stanowisku ministra spraw wewnętrznych zastąpił Krzysztof Kozłowski, w składzie rządu znalazł się człowiek z wykształcenia będący filozofem.



97 W dniu 24 sierpnia 1989 r., tuż po powołaniu na stanowisko premiera, w swoim exposé Tadeusz Mazowiecki powiedział dosłownie: Przeszłość odkreślamy grubą linią.



98 W lipcu 1990 r. dokonano przeszukania mieszkania Tadeusza Fredro-Bonieckiego (zabierając m. in. maszynopis jego książki Zwycięstwo księdza Jerzego. Rozmowy z Grzegorzem Piotrowskim), a jego samego przesłuchano w Prokuraturze Generalnej; dziwnym (a może nie dziwnym?) trafem wiosną 2008 r. Wojciechowi Sumlińskiemu podczas przeszukania zabrano (deklarując poszukiwanie czegoś innego!) również materiały dotyczące... sprawy zamordowania ks. Popiełuszki!



99 Jego dwaj następcy zachowali się podobnie: w styczniu 1993 r. prezydent Lech Wałęsa zawetował ustawę o emeryturach odbierającą esbekom przywileje; po mniej więcej 5 latach ustawę, zmieniającą zasady waloryzacji emerytur mundurowych zawetował prezydent Aleksander Kwaśniewski.



100 Antoni Macierewicz, Partie, wybory i sojusznicy, „Głos. Niezależne pismo społeczno-polityczne" nr 2(70/71) z marca-kwietnia 1991 r., s. 4; podkreślenia moje - Ł.Ł.



101 Iwona Jurczenko, Nikt nie przegrał, „Prawo i Życie" nr 10(1314) z 10 marca 1990 r., s. 6; podkreślenie moje - Ł.Ł.



102 Helena Kowalik, Chichot Daszyńskiego. Ustalanie winy byłego rządu skończyło się na dwóch zarzutach, „Prawo i Życie" nr 30(1334) z 28 lipca 1990 r., s. 6; podkreślenie moje - Ł.Ł.



103 Cytat wg: Jerzy Robert Nowak, Czarny leksykon. I, Wydawnictwo von Borowiecky, Warszawa 1998, s. 15; podkreślenia moje - Ł.Ł.



104 Zob.: »Nie byłem Wallenrodem«. Z Jerzym Urbanem, byłym rzecznikiem prasowym rządu, dyrektorem Krajowej Agencji Robotniczej, rozmawia Janusz Michalak, „Wprost" nr 6(377) z 11 lutego 1990 r., s. 6; podkreślenie moje - Ł.Ł.



105 Piotr Bączek, Jak Balcerowicz rynek budował, „Głos. Tygodnik Katolicko-Narodowy" nr 2(860), z 13 stycznia 2001 r., s. 14.





106 Zob.: O polityce, gospodarce i prawicy polskiej z Antonim Macierewiczem [...] rozmawia Jacek Laskowski, „Orientacja na Prawo. Konserwatywny miesięcznik polityczny" nr 7/8(77/78), lipiec-sierpień 1991 r., s. 5; podkreślenia moje - Ł.Ł.



107 Paweł Wyszkowski, Peerelowski plan Balcerowicza (I), „Głos. Poniedziałki, środy, piątki" nr 17(94) z 23-24 października 1995 r., s. 4; podkreślenia moje - Ł.Ł.



108 Paweł Wyszkowski, Peerelowski plan Balcerowicza (II), „Głos. Poniedziałki, środy, piątki" nr 18(95) z 25/26 października 1995 r., s. 4; podkreślenie moje - Ł.Ł.



109 Antoni Macierewicz, Plan gry, „Głos. Niezależne pismo społeczno-polityczne" nr 1(56/57) ze stycznia-lutego 1990 r., s. 6 i 8.



110 Grzegorz Górny, Czekam na Iwana Groźnego. Rozmowa z Aleksandrem Duginem, „FRONDA - pismo poświęcone" nr 11/12, lato 1998 r., s. 145-146; podkreślenie moje - Ł.Ł.



111 Estera Lobkowicz, Rasputin Putina, „FRONDA - pismo poświęcone" nr 23/24, jesień 2001 r., s. 147-148 i 152.



112 Estera Lobkowicz, O metafizyce nacjonal-bolszewizmu, „FRONDA - pismo poświęcone" nr 23/24, lato 1998 r., s. 126-127; podkreślenia moje - Ł.Ł.



113 Grzegorz Górny, Czy Putin jest awatarem? Rozmowa z Aleksandrem Duginem, „FRONDA - pismo poświęcone" nr 23/24, jesień 2001 r., s. 159-160.



114 Dugin nawiązał do fragmentu XVI-wiecznej przepowiedni Michała Nostradamusa, a konkretnie do czterowiersza 72 w centurii X a także do pamiętnego zaćmienia Słońca z 11 sierpnia 1999 r.; pierwszy werset tego czterowiersza o treści niepokojącej, choć niejasnej, tj. L'an mil neuf cens nonante neuf sept mois, może oznaczać siódmy miesiąc roku 1999 (dni 9 i 11 sierpnia 1999 r. mieszczą się w lipcu według kalendarza juliańskiego, używanego w czasach powstania przepowiedni); oczywiście, mowa o tym, jak ppłk KGB Władimir Władimirowicz Putin po raz pierwszy zaczął być premierem.



115 Dariusz Rohnka, Fatalna fikcja. Nowe oblicze bolszewizmu - stary wzór, nakładem autora, Poznań 2001, s. 98; podkreślenie moje - Ł.Ł.



116 Paweł Wyszkowski, Obóz oparty na Osi, „Głos. Tygodnik Katolicko-Narodowy" nr 26(884) z 30 czerwca 2001 r., s. 7.



117 Piotr Bączek, Polski klucz do Eurazji, „Głos. Tygodnik Katolicko-Narodowy" nr 34(892) z 25 sierpnia 2001 r., s. 13 i 17; podkreślenia moje - Ł.Ł.



118 Antoni Macierewicz, Geopolityka polska XXI w., „Głos. Tygodnik Katolicko-Narodowy" nr 2(964) z 11 stycznia 2003 r., s. 7; podkreślenia moje - Ł.Ł.



119 Jacek Borkowicz, W tym świństwie jest metoda, „Więź" nr 2(460) z lutego 1997 r., s. 32-33; podkreślenie moje - Ł.Ł.



120 Jerzy Urban, Niemiec już nie pluje nam w twarz. Nie ma w co spluwać. Niech dzieci nam germani, „Nie. Dziennik cotygodniowy" nr 7(646) z 7 lutego 2003, s. 3; podkreślenie moje - Ł.Ł.



121 Piotr Bączek, Antyzachodni szczyt eurazjatycki? Słowiańska tożsamość Samoobrony, „Głos. Tygodnik Katolicko-Narodowy" nr 23(1037) z 5 czerwca 2004 r., s. 9; podkreślenia moje - Ł.Ł.



122 Michał Krzymowski, Lepper zawiera sojusz z Putinem. Największa rosyjska partia będzie strategicznym partnerem Samoobrony, „Życie Warszawy" nr 250 z 25 października 2006 r., s. 1



123 Michał Krzymowski, Moskiewskie spotkanie szefa Samoobrony z liderami Jednej Rosji, „Życie Warszawy" nr 250 z 25 października 2006 r., s. 3.



124 Zob.: Czworokąt Eurazjatycki i wymiana młodzieży z Chińczykami. Główne założenia polityki zagranicznej Samoobrony, „Życie Warszawy" nr 250 z 25 października 2006 r., s. 3; podkreślenie moje - Ł.Ł.



125 T[omasz] P[ompowski], SLD u koreańskich towarzyszy, „Głos. Tygodnik Katolicko-Narodowy" nr 28(938) z 13 lipca 2002 r., s. 5.



126 Zob.: Antyeuropejska oś Moskwa - Berlin, „Głos. Tygodnik Katolicko-Narodowy" nr 21-22(1140-1141) z 27 maja-3 czerwca 2006 r., s. 18-19.



127 O polityce, gospodarce i prawicy polskiej z Antonim Macierewiczem [...] rozmawia Jacek Laskowski, „Orientacja na Prawo. Konserwatywny miesięcznik polityczny" nr 7/8(77/78), lipiec-sierpień 1991 r., s. 8.



128 Bohdan Urbankowski, Myśl romantyczna, Krajowa Agencja Wydawnicza RSW „Prasa-Książka-Ruch", Warszawa 1979, s. 154.



129 Mikołaj Lizut, Likwidator, „Duży Format" z 25 lipca 2006 r.



130 Antoni Zawada (właśc. Antoni Zambrowski), Nieuki w roli specjalistów. Autorzy tzw. listy Żydów w bardzo niewielu miejscach ocierają się o prawdę, „Nasza Polska" nr 1(584) z 2 stycznia 2007 r., s. 16.



131 Bohdan Urbankowski, Myśl romantyczna, Krajowa Agencja Wydawnicza RSW „Prasa-Książka-Ruch", Warszawa 1979, str. 155-158.



132 Te przykre zdarzenia w życiu Mochnackiego rzeczywiście nastąpiły. Pod względem szargania dobrego imienia traktowanie Macierewicza momentami bywało gorsze, przypisywano mu zupełnie nieprawdziwe zachowania. W maju 1992 r. Zbigniew Bujak i Władysław Frasyniuk twierdzili, że ukrywający się po ucieczce z ośrodka odosobnienia dla internowanych Antoni Macierewicz wyszedł z podziemia dzięki porozumieniu z ministrem spraw wewnętrznych gen. Czesławem Kiszczakiem (Piotr Gontarczyk, Sławomir Cenckiewicz, Stracona szansa Lecha Wałęsy, „Nasz Czas" z 19 czerwca 2008 r.).



133 Antoni Macierewicz, Gdy politykom brak odwagi, następne pokolenie płaci krwią. Rozmowa z Antonim Macierewiczem; w: Jacek Kurski, Piotr Semka, Lewy czerwcowy. Mówią: Kaczyński, Macierewicz, Parys, Glapiński, Kostrzewa-Zorbas, Editions Spotkania, Warszawa 1992, s. 239-240.



134 Bohdan Urbankowski, Myśl romantyczna, Krajowa Agencja Wydawnicza RSW „Prasa-Książka-Ruch", Warszawa 1979, s. 164.



135 A[nita] G[argas], T[omasz] S[akiewicz], P[iotr] W[ierzbicki], Wybieramy prezydenta prawej strony, „Gazeta Polska" nr 38(62) z 22 września 1994 r., s. 5.



136 A[nita] G[argas], T[omasz] S[akiewicz], P[iotr] W[ierzbicki], Wybieramy prezydenta prawej strony, „Gazeta Polska" nr 38(62) z 22 września 1994 r., s. 5.



137 Oto znamienna - w tym kontekście - wypowiedź o rządzie mec. Jana Olszewskiego: Oczywiście nie można pozytywnie ocenić jego działalności gospodarczej, ale za to jedno, że uwolnili nas od spisku zdrady, i tak zasłużyli sobie moim zdaniem na pomniki. (Andrzej Gwiazda, Nie mam wątpliwości, Wałęsę obciąża jego zachowanie, „Poza Układem. Miesięcznik społeczno-polityczny" nr 7(35) z lipca 1992 r., s. 2).



138 Bohdan Urbankowski, Myśl romantyczna, Krajowa Agencja Wydawnicza RSW „Prasa-Książka-Ruch", Warszawa 1979, str. 163.



139 Gordon Thomas, Zarzewie ognia. Chiny i kulisy ataku na Amerykę, Wydawnictwo Magnum 2002.



140 ANKIETA PREZYDENCKA - wyniki szczegółowe, „Gazeta Polska" nr 44(67) z 3 listopada 1994 r., s. 12.



Zobacz też



Linki do artykułów autorstwa własnego

Linki do artykułów m. in. usuniętych przez EIOBĘ


http://www.eioba.pl/a94268/ukasz_a_ski_orientacja_najprawdziwiej_g_wna


Wiecej: http://www.eioba.pl/a94268/ukasz_a_ski_orientacja_najprawdziwiej_g_wna#ixzz0zV4wiWii