- ANTISOZIALISTISCHE ELEMENTE -
*** TA MI OTO PRZYPADŁA KRAINA
I CHCE BÓG, BYM W MILCZENIU TU ŻYŁ *
ZA TEN GRZECH, ŻE WIDZIAŁEM KAINA
ALE ZABIĆ NIE MIAŁEM GO SIŁ ***
" DESPOTYZM przemawia dyskretnie,
w ludzkim społeczeństwie każda
rzecz ma dwoje imion. "
********************
Maria Dąbrowska 17-VI-1947r.: "UB, sądownictwo są całkowicie w ręku żydów. W ciągu tych przeszło dwu lat ani jeden żyd nie miał procesu politycznego. Żydzi osądzają i na kaźń wydają Polaków"
Kto jest kim – piękne opracowanie postaci KOD - PIENS.pl
Redakcja Piens
Od
kilku tygodni słyszymy w środkach masowego przekazu (czyt. masowego
ogłupiania) o pewnej inicjatywie nazwanej Komitetem Obrony Demokracji.
Ponieważ jak obrazują to sondaże większość Polaków nie interesuje się
zamieszaniem wokół Trybunału Konstytucyjnego oraz niespecjalnie
przejmuje się jakimiś „komitetami” obrony czegoś co gdyby było
zagrożone, nie pozwoliłoby takim komitetom istnieć, więc postanowiłem
przybliżyć sylwetki osób, które tworzą ów inicjatywę. Zacznijmy
więc od samej góry, chociaż jak się przekonacie czytając dalej ten
artykuł, Ci na samej górze to jedynie pionki – marionetki wystawione do
odgrywania swojej roli.
Jednym z założycieli KOD-u jest Krzysztof Łoziński.
O tym panu właściwie za wiele ciekawego nie można napisać. W ciągu
ostatnich 10 lat prowadził lewacki portal „Kontrateksty” razem z Piotrem
Rachtanem i Stefanem Bratkowskim, na łamach którego wyszydzał i obrażał
Polaków, polski patriotyzm oraz religię katolicką. A współtworzył ten
portal z bardzo doborowymi „demokratami”, szczególnie tutaj należy
wspomnieć o S. Bratkowskim. Stefan Bratkowski
– żydowski komunista, w okresie stalinizmu członek Polskiej
Zjednoczonej Partii Robotniczej, członek egzekutywy PZPR w Związku
Literatów Polskich a także członek Komitetu Centralnego Związku
Młodzieży Socjalistycznej. Założyciel Gazety Wyborczej i spółki Agora.
Jego córką jest Katarzyna Bratkowska
– zadeklarowana komunistka, zwolenniczka Józefa Stalina. Propagatorka
gender, aborcji i pederastii. W 2011 roku wystawiała północnokoreańskie
opery autorstwa Kim Ir Sena. Organizatorka corocznej „Manify”, wraz z
żydówkami i feministkami Szczuką oraz Graff.
Drugi ze współpracowników Łozińskiego, P. Rachtan był członkiem Platformy Obywatelskiej. Piotr RachtanPiotr Rachtan – pochodzenie żydowskie.
Rachtan w roku 1968 podobnie jak Łoziński zajmował się rozprowadzaniem
ulotek nawołujących do protestów w obronie komunistów pochodzenia
żydowskiego, którzy w wyniku wewnętrznej walki w PZPR-ze tracili władze w
Polsce. Rachtan był według inspektora Wydziału III Komendy Milicji
Obywatelskiej miasta stołecznego Warszawy Zbigniewa Stefanka bliskim
współpracownikiem Adama Michnika oraz grupy tzw. Komandosów. Komandosi byli grupą żydowskich studentów,
których rodzice lub inni bliscy członkowie rodziny zajmowali wysokie
stanowiska w PRL-u i którzy w wyniku działań frakcji tzw. Partyzantów
stopniowo tracili wpływy we władzach Polski Ludowej. Fragment
donosu znajdującego się w archiwach IPN, złożonego do inspektora MO
Stefanka przez kontakt poufny o pseudonimie „Maciej” 3 maja 1968 roku:
„Znakomita
większość tego towarzystwa należy do złotej młodzieży stolicy.
Utrzymują ze sobą bardzo ścisłe kontakty towarzyskie – razem na
zajęciach, w Łazienkach, na prywatkach. Pochodzą z rodzin wysoko
postawionych urzędników (wielu z nich sprawowało wysokie funkcje w
czasach stalinowskich). Grupa z [brak nazwy ulicy ] ma bardzo bliskie
kontakty z I rzutem „komandosów” – przede wszystkim z Michnikiem,,
Szlajferem i Grudzińską. W okresie poprzedzającym 8 marca część
uniwersytecka grupy brała czynny udział w akcji nazywanej na UW „wojną
ulotkową”: i tak Piotr Rachtan dał Magdzie do przepisania i
kolportowania ulotki z cyklu „Przeciw faszystowskiej prowokacji” – ta
przekazała je Adamowi, sama też pisząc. […] Całe towarzystwo wywodzi się
z ekskluzywnych szkół warszawskich – Żmichowskiej, Gottwalda,
Słowackiego i Batorego, działalność polityczno-towarzyską rozpoczynało
jeszcze w szkole. Grupa ma kontakty z wysokimi czynnikami – z racji
swoich koneksji. Reprezentuje program rewizjonistyczny, proizraelski, a w
odniesieniu do niektórych osób – można nawet powiedzieć –
syjonistyczny.”
Tak
więc panowie Łoziński i Rachtan znają się nie od dziś. Oboje zajmowali
się w marcu 1968 roku napuszczaniem polskich studentów na ZOMO w imię
interesu wąskiej grupy żydowskich studentów, działających na zlecenie
swoich rodziców bądź bliskich krewnych, którzy z dnia na dzień tracili
stołki. Czy nie przypomina to wam dzisiejszej sytuacji w Polsce?
Tyle o pierwszym z założycieli KOD-u. Teraz zajmijmy się Walterem Chełstowskim. Dwóch deprawatorów polskiej młodzieży – Owsiak i ChełstowskiWalter Chełstowski – jeden z założycieli Komitetu Obrony
Demokracji. Syn komunistycznych propagandystów – Jolanty i Stanisława
Chełstowskich, redaktorów tygodnika „Po prostu”, będącego propagandowym
oddziałem Związku Młodzieży Polskiej, komunistycznej organizacji
zajmującej się stalinowską indoktrynacją, wzorowanym na bolszewickim
Komsomole. Walter Chełstowski jest bliskim
współpracownikiem naczelnego deprawatora polskiej młodzieży Jerzego
Owsiaka, syna pułkownika Milicji Obywatelskiej, który w okresie
stalinizmu zajmował się rozbijaniem Polskiego Stronnictwa Ludowego. (Nie
mylić z dzisiejszym PSL-em)
Chełstowski w okresie PRL-u zajmował
się organizacją Festiwalu w Jarocinie, a w III RP współtworzył Wielką
Orkiestrę Świątecznej Pomocy, która zajmuje się organizacją tzw.
Przystanku Woodstock, wzorowanego na amerykańskim Woodstocku, który był
narzędziem marksistowskiej rewolucji kulturowej lat 60-tych i 70-tych w
USA i który doprowadził do fali alkoholizmu, narkomanii, niechcianych
ciąż a przede wszystkim zarażeń wirusem HIV i zachorowań na AIDS, które
zniszczyły życie setkom tysięcy Amerykanów. Jerzy Owsiak
po wizycie w USA w 1994 roku i odwiedzeniu amerykańskiego „Woodstocku”
zachwycony tym festiwalem postanowił razem z Chełstowskim zorganizować
tego typu „imprezę” w Polsce.
Chełstowski
na swoim profilu facebookowym 19 listopada 2015 roku przyznał się, że w
wyborach parlamentarnych poparł partię .Nowoczesna.
Jeżeli już
wspomniałem o partii .Nowoczesna to nie mogę pominąć jej przywódcy a
zarazem wielkiej „gwiazdy” demonstracji organizowanych przez KOD a więc
Ryszarda Petru. Petru i jego mocodawca, Żyd George SorosRyszard Petru – słysząc to nazwisko od razu
przychodzi mi na myśl jedna osoba – Balcerowicz. Nie trudno żeby takie
skojarzenia się nie pojawiały gdyż śledząc „karierę” Petru od lat
90-tych można się przekonać, że bardzo konsekwentnie podąża on za swoim
„Mistrzem”. UCZEŃ Balcerowicza na marszu KODI tak Petru w połowie lat 90-tych rozpoczął pracę w fundacji
CASE – Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych, założonej m.in. przez
Ewę Balcerowicz, Jacka Rostowskiego (Rothfelda) oraz Tadeusza Baczko.
Tadeusz Baczko jest bratankiem Bronisława Baczko, żydowskiego komunisty,
oficera politycznego Ludowego Wojska Polskiego oraz jednego z głównych
ideologów stalinizmu w Polsce.
Jednym z członków rady fundacji
CASE jest rzecz jasna … Leszek Balcerowicz. Ale jak zapewne wszyscy
zorientowani w tematach związanych z Balcerowiczem wiedzą, że w jego
otoczeniu zawsze gdzieś czai się jeden z najważniejszych obecnie ludzi
na świecie a więc George Soros. I tak jest również i w tym przypadku.
Jak można przeczytać na stronie CASE członkiem rady naukowej tej
fundacji jest Jeffrey Sachs, protegowany Sorosa, który z jego polecenia
napisał dla Polski na przełomie lat 80-tych i 90-tych w ciągu jednej
nocy kompletny program transformacji z ustroju socjalistycznego na
kapitalistyczny. Jeffrey Sachs, członek CASEJak przyznał Minister Przekształceń Własnościowych, który
rozpoczął wdrażanie programu Sorosa i Sachsa, niejaki Kuczyński Polska
miała być jedynie „królikiem doświadczalnym”, na którym Soros chciał
przetestować transformacje ustrojową tak, aby kilka lat później
zastosować ten sam chwyt w Rosji.
I tak też się stało. W Rosji
zastosowano bardzo podobną terapię szokową w wyniku której 90%
rosyjskiego społeczeństwa popadło w nędze a wąska grupa 15-20 żydowskich
oligarchów, współpracowników Sorosa przejęła niemal 80% rosyjskich złóż
surowców naturalnych i dorobiła się w niespotykanie krótkim czasie
ogromnych majątków, liczonych w dziesiątkach miliardów dolarów.
Ale
wracając do Sachsa: program transformacji ustrojowej w Polsce był
wdrażany przy pomocy finansowej Fundacji S. Batorego, założonej rzecz
jasna przez George Sorosa. W swojej książce „Underwriting Democracy” z
roku 1991 napisał:
„[…] Połączyłem swoje wysiłki z prof. Sachsem z
Harvard University, którego działalność sponsorowałem przez Fundację
Stefana Batorego”
Dlaczego o tym wspominam? Otóż fundacja CASE
której założycielem są państwo Balcerowicz i której członkiem jest
Ryszard Petru jest finansowana przez Fundację Stefana Batorego należącą
do Sorosa.
Ale
to nie wszystko. CASE jest również finansowana przez fundację Trust for
Civil Society in Central and Eastern Europe, która to z kolei bierze
pieniądze od Rockefeller Brother Fund, założonej przez Davida
Rockefellera oraz z Open Society Institute (Instytut Społeczeństwa
Otwartego) , należącego do …. George Sorosa. Ryszard Petru
jest także obecnie przewodniczącym Towarzystwa Ekonomistów Polskich,
założonego rzecz jasna przez Leszka Balcerowicza oraz członka PZPR i
doradcę I sekretarza Komitetu Centralnego PZPR Janusza Beksiaka. Ryszard Petru był także współpracownikiem Balcerowicza przy Forum Obywatelskiego Rozwoju, fundacji założonej przez Balcerowicza.
Forum
Obywatelskiego Rozwoju jak można przeczytać na stronie tej organizacji
jest finansowane przez Fundacje Stefana Batorego oraz Instytut Otwartego
Społeczeństwa, należące do … George Sorosa.
Oczywiście pisząc o
partii .Nowoczesna nie można zapomnieć o jej współzałożycielu, Pawle
Rabieju, który był rzecznikiem fundacji Pro Civili, założonej przez
oficerów Wojskowych Służb Informacyjnych współpracujących z
radzieckim/rosyjskim wywiadem wojskowym GRU. Fundacja Pro Civili znana
jest z tego, że wyprowadzała z Wojskowej Akademii Technicznej setki
milionów złotych, które następnie trafiały na konta osób mieszkających
na terenie byłych republik radzieckich. Żeby nie odbiegać zbyt od tematu Fundacji Batorego zajmijmy się kolejną gwiazdą Komitetu Obrony „Demokracji”, Agnieszką Holland. Agnieszka Holland – reżyserka teatralna i filmowa pochodzenia żydowskiego. Córka bolszewika i syjonisty Henryka Hollanda. Henryk Holland
– żydowski bolszewik, członek syjonistycznej organizacji Haszomer
Hacair, będącej odłamem Światowej Organizacji Syjonistycznej. Członek
Komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej. Redaktor „Czerwonego
Sztandaru” i „Młodzieży Stalinowskiej”, dwóch komunistycznych gadzinówek
wydawanych przez sowieckie władze okupujące Polskę. W późniejszym
okresie członek komunistycznej Polskiej Partii Robotniczej oraz czołowy
propagandysta PRL-u. Agnieszka Holland jest obecnie członkinią rady Fundacji Stefana Batorego, należącej do Sorosa. Agnieszka Holland na stronie Fundacji SorosaHolland znana jest ze swoich antypolskich wypowiedzi oraz notorycznego opluwania polskiego patriotyzmu. Pan z brodą stojący za panią Holland nazywa się Andrzej Miszk i jest jednym z założycieli Komitetu Obrony Demokracji. Andrzej Miszk
– polski diakon „katolicki”, „przedsiębiorca” oraz bloger. Działacz
opozycji w czasach PRL-u, w trakcie przemian ustrojowych porzucił
działalność opozycyjną i zajął się nielegalnym handlem książkami, na
terenie Polski i Niemiec. Współpracuje z założonym przez koncesjonowane
środowiska „katolickie” w PRL-u miesięcznikiem „Więź”. W 2004 roku
założył portal Tezeusza. Obecnie jest jest redaktorem naczelnym portalu
tezeusz.pl oraz prezesem fundacji Tezeusz.
Interesująco brzmi deklaracja ideowa portalu tezeusz.pl:
„Jako
katolicy staramy się o twórczą wierność wobec Magisterium Kościoła, a
jednocześnie zgodnie z duchem II Soboru Watykańskiego podejmujemy dialog
ekumeniczny i międzyreligijny, który uważamy za integralną część bycia
katolikami. Jesteśmy otwarci na egzystencjalny, filozoficzny i
teologiczny dialog z chrześcijanami innych wyznań, członkami religii
niechrześcijańskich, agnostykami i niewierzącymi oraz każdym człowiekiem
dobrej woli, bez względu na wyznanie, światopogląd, wykształcenie,
rasę, narodowość, język, wiek, płeć i orientację seksualną”
Czy ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości co do intencji tego „duchownego”? Kolejną „gwiazdą” protestów KOD-u którą się zajmę jest Marcin Święcicki. Święcicki na spędzie KOD-uMarcin Święcicki – „wzorowy” demokrata,
członek Związku Młodzieży Socjalistycznej, Związku Socjalistycznej
Młodzieży Polskiej oraz Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.
Członek Komitetu Centralnego PZPR oraz sekretarz KC.
Święcicki był
w 1968 roku organizatorem protestów studenckich, podobnie jak wcześniej
opisani tutaj Łoziński i Rachtan. Według utajnionego raportu Milicji
Obywatelskiej Święcicki został aresztowany 21 kwietnia 1968 roku przez
Służbę Bezpieczeństwa PRL-u za organizowanie nielegalnego zgromadzenia.
Wraz z nim aresztowano m.in. Michała Komara, Włodzimierza Kuperberga,
Claude Goldberga, Fajna Lewina, Lejbe Fogelmana, Stefana Bekiera
(Borensztajna) oraz Andrzej Celińskiego. Każdy z nich oprócz
Święcickiego miał pochodzenie żydowskie. Co więc wśród nich robił
Święcicki ?
Żoną Święcickiego jest Joanna Święcicka, z domu Szyr. Ojcem Joanny a teściem Święcickiego jest Eugeniusz Szyr Żydowski bolszewik Eugeniusz SzyrEugeniusz Szyr – żydowski bolszewik, agent
sowieckiego wywiadu wojskowego GRU, członek Komunistycznej Partii
Polski, Polskiej Partii Robotniczej oraz Polskiej Zjednoczonej Partii
Robotniczej. W latach 1948-1981 członek Komitetu Centralnego PZPR a w
latach 1964-1968 członek Biura Politycznego KC PZPR.
Żołnierz
walczący z narodem hiszpańskim w tzw. Brygadach Międzynarodowych podczas
wojny domowej w tym kraju. Oficer polityczny komunistycznego batalionu
im. Palafoxa, komisarz polityczny ds. demobilizacji brygad
międzynarodowych. Pochowany na warszawskich Powązkach !
Co ciekawe
w batalionie Brygad Międzynarodowych im. Palafoxa podczas wojny domowej
w Hiszpanii walczył razem z Szyrem niejaki Henryk Toruńczyk, żydowski
bolszewik, członek Komunistycznej Partii Polski, dowódca Korpusu
Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Toruńczyk został pod koniec wojny domowej w
Hiszpanii dowódcą wszystkich jednostek międzynarodowych, wspieranych
przez komunistyczny Komintern i NKWD.
Córką Henryka Toruńczyka
jest Barbara Toruńczyk, aktywna uczestniczka rozruchów marca 1968.
Członkini grupy tzw. Komandosów. Bliska współpracowniczka Aleksandra
Smolara, prezesa zarządu Fundacji im. S. Batorego. Paryż 1983, pierwsza od lewej B.Toruńczyk. Obok niej w okularach A. SmolarCórka Eugeniusza, Joanna w 1968 roku była aktywną
uczestniczką rozruchów na polskich uczelniach, podobnie jak Święcicki.
Przyczyną tego była najprawdopodobniej utrata przez Szyra stanowiska
członka Biura Politycznego PZPR. Według wymienionego przeze mnie przy
okazji Piotra Rachtana kontaktu poufnego o pseudonimie „Maciej” Joanna
Szyr również była związana ze środowiskiem tzw. Komandosów, wynika z
donosu złożonego przez „Macieja” oficerowi Milicji Obywatelskiej
Zbigniewowi Stefankowi. Fragment donosu z archiwów IPN:
„Luźniej
związani z tym towarzystwem [z komandosami] są: Matwin z I r.
matematyki, bracia (bliźniacy) Drukierowie. Jacek Andrzejewski (vel
Ajzen, s. Leona), Michał Komar, Konar (vel Kohn), s. Juliana, Wanda i
Maria Ochab, Joanna Szyr.” Michał Komar –
współpracownik „Komandosów”. Aresztowany w 1968 roku przez SB razem ze
Święcickim za wszczynanie rozruchów na polskich uczelniach. Syn Wacława
Komara (Mendel Kossoj). Wacław KomarWacław Komar – nazwisko prawdziwe Mendel
Kossoj – żydowski bolszewik, syjonista. Morderca pracujący dla
Komunistycznej Partii Polski. Członek syjonistycznej organizacji
Haszomer Hacair. Uczestnik wojny domowej w Hiszpanii po stronie
Bolszewików. Dyrektor VII Departamentu Ministerstwa Bezpieki. Dowódca
Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Członek Komunistycznej Partii
Związku Radzieckiego, Komunistycznej Partii Polski, Komunistycznego
Związku Młodzieży Polskiej oraz sekcji młodzieżowej Międzynarodówki
Komunistycznej. Szkolony przez Armię Czerwoną. Agent sowieckiej policji
politycznej OGPU oraz NKWD.
I kolejny „obrońca demokracji” Karol Modzelewski. Karol ModzelewskiKarol Modzelewski – właściwie Cyryl
Budniewicz, urodzony w Moskwie żydowski komunista, członek Polskiej
Zjednoczonej Partii Robotniczej. Wydalony z partii za lewicowe
odchylenia ! Aktywny uczestnik wydarzeń marca 1968. Według raportu płk
Milicji Obywatelskiej Stanisława Sławińskiego podczas aresztowania
Modzelewskiego w jego domu 11 kwietnia 1968 roku zabezpieczono maszynę
do drukowania oraz ulotki nawołujące polskich studentów do rozruchów i
wystąpień przeciwko władzy (czytaj napuszczające Polaków na Polaków).
I kolejna obrończyni demokracji, Wanda Nowicka. W. Nowicka (w różowym szaliku)Wanda Nowicka – feministka, działaczka
lewackiej partii Ruch Palikota, Europa Plus a obecnie Zjednoczona
Lewica. Matka Michała i Floriana Nowickich, dwóch działaczy organizacji
skrajnie lewicowych i komunistycznych. Nowicka znajduje się na liście
płacowej przemysłu aborcyjnego. Jej organizacja otrzymuje fundusze od
międzynarodowego koncernu farmaceutycznego produkującego środki
antykoncepcyjne oraz międzynarodowej organizacji zajmującej się
produkcją i dystrybucją przyrządów przeznaczonych do przerywania ciąży. Nowicka na paradzieNowicka zajmuje się także propagowanie gender oraz pederastii.
Kolejnym KOD-owcem którym się zajmę jest niejaki Jan Tomasz Gross. Gross i jego była żona Irena Grudzińska-GrossJan Tomasz Gross – żydowski polonofob,
uczestnik rozruchów marca 1968. Znany z zakłamywania historii i
powielania kłamstw na temat udziału Polaków w pogromie w Jedwabnym. Od lewej: Jan Kofman, Barbara Skowrońska, Irena Grudzińska, Jan Lityński, Jan Tomasz Gross, Aleksander Smolar, Adam MichnikIrena Grudzińska była w 1968 roku członkinią tzw.
Komandosów, podobnie jak większość osób z powyższego zdjęcia. Aleksander
Smolar (na zdj. w ciemnych okularach), syn Hersza Smolara, żydowskiego
bolszewika i syjonisty jest obecnie prezesem zarządu Fundacji im.
Stefana Batorego, założonej przez Sorosa. Aleksander SmolarAleksander Smolar – żydowski komunista,
członek Związku Młodzieży Polskiej, Związku Młodzieży Socjalistycznej
oraz Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. II sekretarz komitetu
PZPR na wydziale ekonomii politycznej Uniwersytetu Warszawskiego.
Aktywny uczestnik rozruchów marca 1968 roku, członek grupy tzw.
„Komandosów”. Syn Hersza Smolara. Obecnie prezes zarządu Fundacji im.
Stefana Batorego, należącej do George Sorosa. Hersz SmolarHersz Smolar – Grzegorz Smolar – żydowski
bolszewik, ojciec Aleksandra, członek Komunistycznej Partii Związku
Radzieckiego, Komunistycznej Partii Polski, Polskiej Partii Robotniczej
oraz Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Organizator spotkań
młodzieży syjonistycznej.
W roku 1920 po wkroczeniu do Polski
Armii Czerwonej Hersz Smolar zajmował się organizowaniem bolszewickich
Komitetów Rewolucyjnych przejmujących władze na terenach okupowanych
przez Armię Czerwoną. Poszukiwany przez polską Żandarmerię Wojskową za
antypolską działalność. Pracownik Międzynarodówki Komunistycznej oraz
sekretarz Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi. Irena Grudzińska,
koleżanka A. Smolara z „komandosów” jest córką Jana Grudzińskiego,
wiceministra leśnictwa i przemysłu drzewnego PRL-u, odwołanego w 1968
roku za popieranie działalności swojej córki. Jan Tomasz Gross
jest synem Zygmunta i Hanny Grossów. Zygmunt Gross był pracownikiem
naukowym. W 1969 roku za wspieranie działalności swojego syna oraz
innych Żydów musiał udać się na emigrację. A wracając jeszcze do Fundacji Batorego:
Udziałem w marszach Komitetu Obrony Demokracji na swoim facebookowym profilu chwali się niejakaIngeborga Janikowska-Lipszyc. Profil pani LipszycPost pani Lipszyc o Trybunale polubiła niejaka Lidia Kołucka-Żuk, absolwentka i pracownik uniwersytetu Yale.
Pani
Kołucka-Żuk jest dyrektorem wykonawczym funduszu Trust for Civil
Society in Central and Eastern Europe, który jest wspierany finansowo
przez Rockefeller Brothers Fund i należący do Sorosa Open Society
Institute. Pani Kołucka-Żuk na stronie Trust for Civil Society in Central and Eastern EuropePani ta jest członkinią programu Obywatele dla Demokracji, zajmującego się głównie szerzeniem w Polsce marksizmu kulturowego. Strona programu Obywatele dla DemokracjiProgram ten został wdrożony oraz jest finansowany przez Fundację im. Stefana Batorego, a pani Janikowska-Lipszyc
zajmuje tam stanowisko koordynatora ds. m.in. „zwalczania
dyskryminacji”. Całkowity budżet programu wynosi 37 mln Euro czyli około
150-160 mln złotych. Pani Lipszyc na stronie fundacji SorosaOczywiście pani Janikowska-Lipszyc jest także pracownikiem Fundacji Batorego.
Innym
pracownikiem Fundacji Stefana Batorego który chwali się na Facebooku
swoją obecnością na marszach KOD-u jest Szymon Gutkowski. Profil GutkowskiegoSzymon Gutkowski – członek zarządu Fundacji
im. S. Batorego, w 1991 roku współpracownik Jacka Kuronia (Izaak
Kordblum). Doradca instytucji finansowych w byłych republikach
radzieckich. Realizator Programu Powszechnej Prywatyzacji, czyt.
zniszczenia ponad 500 polskich zakładów pracy.
I następny obrońca demokracji, Tomasz Cimoszewicz. Tomasz CimoszewiczTomasz Cimoszewicz – syn Włodzimierza Cimoszewicza, członka
Związku Młodzieży Socjalistycznej oraz Polskiej Zjednoczonej Partii
Robotniczej, tajnego współpracownika wywiadu PRL-u o pseudonimie
„Carex”. Wnuk Mariana Cimoszewicza (Goldsteina) Marian CimoszewiczMarian Cimoszewicz – pochodzenie żydowskie,
agent NKWD, oficer polityczny Armii Czerwonej, oficer Informacji
Wojskowej oraz Wojskowej Służby Wewnętrznej, odpowiedników sowieckiego
GRU. W latach 1945-1946 zajmował się „likwidacją polskiego podziemia
niepodległościowego”, czyt. mordowaniem polskich patriotów. Znany z
brutalnych przesłuchań i stosowania wyniszczającej przemocy psychicznej,
m.in. przesłuchiwania więźniów z pistoletem przy skroni.
Następnym obrońcą demokracji maszerującym na czele stawki jest Ryszard Kalisz Kalisz, pierwszy od lewejRyszard Kalisz – członek Socjalistycznego Związku Studentów Polskich oraz Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Kalisz na tzw. Paradzie RównościKalisz jest etatowym uczestnikiem parad zboczeńców i innych tego typu spędów.
Pani w niebieskawym płaszczu po prawej stronie na pierwszym zdjęciu z Kaliszem to kolejna obrończyni demokracji – Kamila Gasiuk – Pihowicz. Kamila Gasiuk-Pihowicz
– polska prawniczka, rzecznik prasowy partii .Nowoczesna oraz posłanka
na sejm z ramienia tej partii. W przeszłości członkini Stowarzyszenia
Młode Centrum, finansowanego przez różnorakie zagraniczne fundacje,
którego przewodniczącym był już wcześniej przeze mnie wspomniany Szymon
Gutkowski, członek zarządu Fundacji Stefana Batorego, należącej do
Sorosa.
I kolejny wzorowy „demokrata”, Marek Borowski (Berman) Marek Borowski na demonstracji KOD-uMarek Borowski – nazwisko prawdziwe Berman –
żydowski komunista, członek PZRP-u oraz Związku Młodzieży
Socjalistycznej. Marek Borowski (Berman) jest synem Wiktora Borowskiego
(Aarona Bermana), żydowskiego bolszewika, członka Komunistycznej Partii
Polski oraz Komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej.
Aaron Berman był wielokrotnie aresztowany i skazywany za antypolską działalność. Był członkiem Polskiej Partii Robotniczej.
Bratem Aarona Bermana był Bronisław Berman
– żydowski bolszewik, członek Komitetu Centralnego Komunistycznej
Partii Ukrainy oraz członek Komunistycznej Partii Polski. Wielokrotnie
aresztowany i więziony za antypolską działalność.
Na marszach KOD-u lubi się pokazywać także niejaka Monika Płatek. Monika Płatek na spędzie KOD-uMonika Płatek – feministka, propagatorka gender i
pederastii. Członkini rady programowej fundacji Panoptykon. Fundacja ta
jest finansowana przez Fundację im. S. Batorego oraz Instytut
Społeczeństwa Otwartego należące do …. George Sorosa. Strona internetowa fundacji PanoptykonFundusz Panoptykon wspiera także wspomniany już wcześniej
przeze mnie Trust for Civil Society in Central and Eastern Europe,
finansowany przypomnijmy przez Davida Rockefellera i George Sorosa. Profil Płatek na WikipediiMonika Płatek była także ekspertką ds. prawnych fundacji Open Society Institute, należącej do ….. oczywiście George Sorosa.
Jednym z założycieli KOD-u jest także Radomir Szumełda. Szumełda z agentem Stasi, TW „Oscarem”Radomir Szumełda – polityk PO, zadeklarowany pederasta, jeden z założycieli Komitetu Obrony Demokracji. Szumełda z „tramwajarką” Henryką Krzywonos oraz Agnieszką Pomaską (druga z lewej)Agnieszka Pomaska – polityk PO. Agnieszka Pomaska
na antenie Al Jazeery razem z niejakim Grzegorzem Makowskim, członkiem …
Fundacji Stefana Batorego przejęta była troską o upadającą polską
demokracje. Grzegorz Makowski na stronie Fundacji SorosaOczywiście rozmowa o tym z dziennikarką na antenie Al
Jazeery, a więc stacji telewizyjnej należącej do władz państwa Katar,
jednego z najbardziej antydemokratycznych krajów na świecie to
najbardziej odpowiednie do tego miejsce..”
źródło: wolna-polska.pl
SCENARIUSZ działania – Krok po KROKU od 26 lat
Echa Polesia 1/2008 Opis
zdarzeń oparty jest na faktach, do opracowania których wykorzystałem
pamiętnik pisany w Kazachstanie przez Tadeusza Bubień (mojego wujka).
Należą do nich: 42 listy w oryginale, kartki pocztowe, dokumenty z
NKWD, kołchozu, zdjęcia dokumentalne z miejsca zesłania, własne
zapamiętane przeżycia oraz relacje zesłanych członków rodziny.
1. Wigilia rodziny Tumiłowiczów w 1932 roku
2. Jadwiga Tumiłowicz.
Wspanialy i krótki okres był mojego dzieciństwa. Doskonale pamiętam
lata 1938,1939 i dalsze. Urodziłem się w miejscu czarownym, na
Polesiu. Tu ongiś sięgała Puszcza Białowieska, pozostawiając relikty
przyrody takie jak 200-300-letnie dęby, wielką, tętniącą życiem
rozmaitość owadów, roślin, ptaków i zwierząt. Pamiętam roje kolorowych
motyli, ciem, płynących w powietrzu ważek, koncerty świerszczy, żab i
ptaków. Beztrosko spędzałem czas dzieciństwa z rodzeństwem w naszym
sadzie, ogrodzie na łące pod czujnym okiem naszej opiekunki Mili.
Zasypialiśmy w hamakach na świeżym powietrzu, cieszyliśmy się
huśtawkami, kompozycyjnym zapachem kwiatów, owoców, itp. Tu mieszkał
zlepek różnych narodowości: polskiej, żydowskiej, białoruskiej,
litewskiej, tatarskiej, ukraińskiej, francuskiej i niemieckiej w
obopólnej zgodzie. Nasi rówieśnicy przychodzili do nas w gościnę, na
zabawy, a bariera językowa nie istniała. Mój ojciec – Aleksander
Tumiłowicz był leśniczym, oprowadza! po kniejach myśliwych prawie z
całej Europy, towarzyszyły im wykwintne damy pozostające u nas na
obiadach. Tato po wybudowaniu dwóch domów, założył zakład
fotograficzny. Zajmując się głównie zdjęciami, zrezygnował z leśnictwa.
3.
Na ganku domu Tumiłowiczów. Stoją od lewej: Łucja Gilejko z d. Bubień
c. Józefa i Emilii. Na ręku syn Ryszard Gilejko. W kapeluszu – Jan
Gilejko, z kokardą – Jan Stanisław Tumilowicz, z białym kołnierzem –
Jadwiga Tumiłowicz z d. Bubień c. Józefa i Emilii ur. 22.03.1911 w
Libawie, w czapce gimnazjalnej – Tadeusz Bubień s. Józefa i Emilii ur.
28.10.1924 w Baranowiczach. Foto: Aleksander Tumiłowicz.
4. 16-letni Aleksander Tumilowicz ur 17.08.1897 r.
w Borsukowej Grzędzie k/Mińska
s. Szymona i Zofii.
Niepokoje roku 1939
7. Hancewicze, 16.02,1939 r. Ks. Stanisław Kurek z organistą. Od lewej: Justyna, Teresa i Jan Stanisław Tumilowicz.
Dobrze pamiętam lata: 1938, 1939 i dalsze. W połowie sierpnia 1939,
tato otrzymał kartę mobilizacyjną na wojnę z Niemcami (należał do KOP,
był plutonowym). Podczas obiadu pożegnalnego opowiedział swoje dzieje –
„Pochodzę z bogatej rodziny ziemiańskiej. Rodzice moi Szymon i Zofia
Tumiłowiczowie mieli majątek ziemski w Borsukowej Grzędzie koło Mińska.
Tu się urodziłem, mam starszą siostrę Olgę, zamężną z legionistą
Oku- liczem (obecnie jest na liście katyńskiej – przyp. autora).
Sierotą zostałem w wieku 16 lat. Rodzice aresztowani przez władze
sowieckie zginęli, majątek rozgrabiono, a myśmy z siostrą uciekli. Ja
cudem ocalałem, ukrywałem się w studni kolo naszego majątku przez
ponad 6 miesięcy. Dobry sąsiad wywiózł mnie pod Baranowi- cze pod kopą
siana, tam pracowałem jako parobek. Po zwycięstwie Wojsk Polskich
osiadłem w Hancewiczach, gdzie byłem leśniczym, potem właścicielem
zakładu fotograficznego”. Zwrócił się do mamy: Jadziu pilnuj dzieci, nie
wiem, czy wrócę”. Ucałował nas, pożegnał słowami: „Zostańcie z
Bogiem” i wyszedł. Więcej ojca żywego nie widziałem.
Ulicami Hancewicz maszerowały różnie ubrane oddziały pospolitego
ruszenia z pałkami, szablami, karabinami. Miały bronić mieszkańców, bo
coraz częściej mówiono o wojnie to z Rosjanami, to Niemcami.
Przygotowywano zapasy żywności, budowano schrony, zamykano sklepy.
Nocą przemieszczały się polskie wojska. Wykupywano sól, cukier, zapałki.
8. Oddziały obrony mieszkań¬ców Hancewicz – 1938. Foto: Aleksander Tumilowicz.
1. IX. 1939
Tadeusz Bubień skonstruował radio kryształkowe, odbierające audycje z
Baranowicz (około 50 km od Hancewicz). Już 1 września wiedzieliśmy o
wojnie. Tadzio mówił: „bombardują lotniska”; „naloty na Warszawę,
Modlin”; „uderzenie z Prus”. Pierwsze naloty niemieckie – kilka bomb
spadło na Hancewicze, są zabici i ranni. Zbombardowano Bara- nowicze.
Widoczna nocą luna pożarów. Brak łączności radiowej. Przed 10.IX.39 pod
wieczór, mama obandażowała polskiego żołnierza, dała chleb, mleko,
koc, on już ledwo szedł. Siadł pod drzewem. Nadlatywał niemiecki
samolot, dość nisko, zabijając ludzi na drodze. Uciekaliśmy do schronu.
Żołnierz przymierzył, strzelił z karabinu, samolot wyleciał w górę i
spadł za lasem, ludzie wiwatowali, chcieli pogratulować, ale żołnierz
już nie żył. Dziś wiem, że honor był silniejszy od śmierci. Naloty
ustały. Wiedzieliśmy, że Polska jest pod okupacją niemiecką.
9.
Aleksander Tumitowicz, żołnierz września 1939 r., plutonowy w walkach z
Niemcami, członek ZWZ w Warszawie, gdzie wykonywał zdjęcia dla
organizacji. Fotografia z 30.IV.1940 r. potwierdza przebywanie A.
Tumiłowicza przy ul. Krochmalnej 73-29 w Warszawie.
17.IX.1939
Byłem świadkiem napaści wojsk radzieckich na Polskę. Pamiętam
niezwykle upalne lato roku 1939. Już nie wychodziliśmy poza nasz płot.
Do Hancewicz zjechała cała nasza rodzina. Mieliśmy spore zapasy w
piwnicach, wodę z własnej studni, zapas opału, suchary, drób. Coraz
mniej ludzi przychodziło do zdjęć.
Wrzesień 1939 r.
16 września do późnej nocy babcia piekła chleb, nosiłem opał z
drewutni. 17 września obudził mnie około południa chrzęst żelastwa,
wystrzały, krzyki i rżenie koni. Zerwałem się z łóżka, starsi z rodziny
już stali przy oknie za firankami. Wcisnąłem się pod łokciami. Całą
szerokością naszej ulicy szło wojsko sowieckie. Na czele oddziałów
jechał konno dowódca. Nagle cofnęli się wszyscy. „Boże od nas” –
krzyknęła babcia. Rzeczywiście, na koniu podjechał dowódca pod nasz
płot i zniszczył szablą 6 czy 7 garnków wiszących na płocie – do dziś
nie wiem dlaczego. Rozległy się strzały – strzelano do polskich
żołnierzy, którzy nie zdążyli podnieść rąk w górę. Padli zabici.
Za piechotą szły konie ciągnące na wózkach z kołkami działa. Głuchy
huk, czołgi, jadąc spychały i miażdżyły z ludźmi i końmi stające nad
rowami wyładowane wozy. Nie da się tego zapomnieć. Strzelanina
przeniosła się na bagna i oczerety. Trwało to aż do zmierzchu. Wbiegła
do nas przestraszona Poleszuczka – „Pani, tam czerwono od krwi, gęsto
leżą zabici, nie dotrę do swojej chaty”. „Proszę przenocować u nas,
zaraz podam kolację”. To bronił się Korpus Ochrony Pogranicza. Dziś
wiem że nie miał szans, bo wojska ZSRR zaatakowały Polskę na całej
długości granicy wschodniej (1400km).
Okupacja sowiecka
Zarządzono zebrania mieszkańców. Ogłoszono amnestię dla więźniów,
powierzając im stanowiska. Powołano Radę Robotniczą. Zaczęły się spisy
mieszkańców, tłumacząc, że armia radziecka wyzwoliła biedotę od panów i
krwiopijców. Zamknięto sklepy. NKWD zarządziło stawienie się do prac
publicznych wszystkich mężczyzn w wieku od 18 do 50 lat, po to, by
sporządzić listy, potem wzywać na przesłuchanie. Wiele osób nigdy do
domów nie wróciło. Piwniczne zapasy żywności malały. Nikt nie
przychodził do zdjęć. Z banków nie można było pobrać oszczędności.
Sąsiad również nie oddawał długu (to łącznie ponad 5000 zł strat).
Jeszcze nam pozostały pełne szuflady monet, w tym srebrnych.
Wigilijne niespodzianki
10. Jeszcze razem
2.XI.1939 r. urodziła się moja najmłodsza siostra Helenka, wnosząc
wiele radości. Przed wigilią zgłosił się do nas gajowy, przynosząc
choinkę i wiadomość od naszego ojca. Jest w Warszawie, pozdrawia,
adresu nie podał. Nadszedł czas wigilii, starannie przygotowanej.
„Pierwsza gwiazdka”, 12 potraw, 13 osób w domu, jesteśmy odświętnie
ubrani. Ostatnia nasza wigilia w naszym domu rodzinnym. Modlitwa, biały
obrus, dzielenie się opłatkiem, życzenia. Smaczne posiłki. Zapach
prawdziwych świec, kręcą się na choince w różne strony ręcznie wykonane
zabawki, aniołki, pajace, zajączki, wiszą cukierki… i o dziwo w tej
sytuacji są dla wszystkich prezenty. NKWD zamknęło kościół… śpiewamy
kolędy, po polsku na głosy.
11. Jeszcze razem
Nagle łomot do okiennic, przekleństwa, jakiś żołdak krzyczy: „Kto tam
pozwolił śpiewać, milczeć!”. Dopiero teraz zdaliśmy sobie sprawę, że
jesteśmy tu pod okupacją sowiecką. Zapanowała cisza… mogą nas
aresztować. Tak przywitaliśmy Nowy Rok 1940.
Na drugi dzień mamy brat – Stanisław Bubień odjechał do Lidy, tam
znalazł pracę w kantorze na kolei, jego żona Irena została
urzędniczką, służącą i sprzątaczką biura. Wujek wykorzystał znajomość 4
języków (polski, białoruski, ukraiński, łaciński). Oświadczył nam:
pomogę wam i wszystkim zagrożonym aresztowanym.
12.
Ostatnie zdjęcie przedaresztowaniem przez NKWD. 24.02.1940 r.,
Hancewicze, gmina Kruhowicze, pow. Łuniniec, woj. poleskie. Stoją od
lewej: Jadwiga Tumiłowicz, Józef Bubień, Tadeusz Bubień, Emilia Bubień,
Stanisław Bubień (uniknął aresztowania), Łucja Gilejko, Teresa, Jan
Stanisław i Justyna Tumiłowicz oraz Ryszard Gilejko. Na zdjęciu brak
Aleksandra Tumiłowicza (w Warszawie), Jana Gilejko aresztowanego przez
NKWD 25.09.1939. wywieziony do Archangielska i na Kołymę.
Ostatnie zdjęcie na progu naszego rodzinnego domu w Hancewiczach
24.11.1940 r., spotkaliśmy się po raz ostatni. Tym razem bez szwagra
mojej mamy Jana Gilejko, który 25. IX. 1939 r. został w Stołpcach
aresztowany przez NKWD pełniąc funkcję kierownika pociągu osobistego
Polska – ZSRR. Uznany za szpiega, otrzymał wyrok 8 lat łagrów. Osadzony
został w wiezieniu w Baranowiczach, maltretowany, przesłuchiwany
odjechał na Kołymę 10.11.1940 r. w bydlęcym wagonie, o czym nie
wiedzieliśmy.
Wywiadowca
28.11.1940 r. w Hancewiczach ciocia moja Gilejko Łucja urodziła
synka Zbyszka. Dość ostra zima, dużo śniegu. Ale mamy sporo opału
(drewna). Ciężkie sowieckie sprzęty pojechały na gąsienicach, wyciągają
z lasu 200-300-letnie ścięte dęby. Ludzie szepczą „kradzież, rabunek”.
Gajowy przywozi nam grube konary odcięte z tych drzew – wywożonych do
ZSRR. Wkrótce odwiedza nas młody enkawudzista – „Zdjęcie zróbcie”.
„Ładnie tu” – podoba mu się korytarz z ciągiem kolorowych witraży. Po
zdjęcia nie zgłosił się.
Aresztowanie
W nocy z 11 na 12 kwietnia 1940 r. usłyszeliśmy łomot do drzwi,
krzyki, przekleństwa – głośne „Otkroj!” (otwierać). Mama mocuje się ze
sztabą drzwi, wepchnięta przez napierających żołdaków sowieckich pada,
wszyscy z nas boso. Chcę podać ciapy, dostałem kopniaka. Jesteście
aresztowani” krzyczy dowódca z pistoletem w ręku. Za nim dwóch żołdaków
z ostro postawionymi na karabinach bagnetami, dalej dwóch woźniców.
„Ruki w wierch” (ręce do góry). Drzwi pozostały cały czas otwarte,
straszny ziąb, dzwonimy zębami. „Będzie rewizja. Nie ruszać się bo
strzelam” – krzyczy enkawudzista. Zaczęliśmy płakać wraz z
niemowlętami. Ze stołu zrabowano 2 budziki, z szuflad biżuterię,
zegarki, srebrne monety. Wszystko co było w szafach, na pólkach
wyrzucone zostało na środek pokojów. Tyle futer, skóry na podłodze,
jakieś ubrania… „Burżuje!” krzyknął enkawudzista. Drugi żołnierz miał
broń wymierzoną na nas. Przed rewizją mama spaliła dwie szuflady pełne
zdjęć, na pewno mających znaczenie historyczne. – „Gdzie zdjęcia?” –
„Nie zbieraliśmy.” – „Gdzie mąż?” – „Na wojnę poszedł, nie wrócił.” –
„Broni nie ma” – stwierdził. – „Rodzina Tu- miłowicz – macie pół godziny
na odjazd.” – „Ale ja mam czworo dzieci.” rzekła mama. -„Milczeć!
Możecie zabrać ze sobą 100 kg, a na dzieci 30 kg bagażu. Opuścić ręce!”
-„Luciu” – zwróciła się mama do siostry, „zostawię Ci Helenkę, z dwoma
niemowlętami was nie aresztują”. -„Dobrze miła, zostaw becik”.
Wszyscy pomagali pakować się, mama nakładała na nas jak najwięcej
ubrań, babcia wkładała świeżo upieczone bochny chleba. Za chwilę łzy
pożegnania, znaki krzyża zza firanek. Śnieg zakleja nam zapłakane oczy.
Siedzimy w saniach na wiązce słomy. Za nami konwój NKWD z wymierzonymi
w nas karabinami, mają koce. Mama trzyma nas przy sobie. Śpiewa „Kto
się w opiekę…”. „Milczeć” słyszy, śpiewa dalej… Szepcze nam „módlcie
się dzieci….”. Na stacji w Hancewiczach wsadzono nas do wagonu,
zaryglowano wraz z żołnierzem. Do Baranowicz dojechaliśmy 13. IV. 1940
r. Nocujemy na peronie – bardzo zimno. Obok żołnierz z karabinem, całą
noc chodzi, nie odzywa się. Rano zmieniają na innego. Pozwala nam się
załatwić pod wagonem. „Nie uciekać – będę strzelać” – ostrzega.
Spotkanie ciocią Łucją Gilejko
Mama zdjęła pierścionek – „pozwólcie poszukać rodziny”. „Idź”. Długo
nie wracała – zaczęliśmy płakać. „Nie płaczcie – bo rozstrzelam” –
usłyszałem. Zrozumiałem, uspokajałem Justynę i Teresę. „Stasiu pić i
jeść” – prosiły. Wraca mama z uśmiechem – „Są dziadek, babcia, wujek – w
tamtym pociągu” – pokazuje. Idąc z powrotem do nas z wodą nie widzi,
jak ciocia Gilejko zbliża się do nas etapami. Bierze raz Helenkę
podnosi, kładzie na peronie, potem Zbyszka, taszczy bagaż, prowadzi
Rysia za rękę… Zobaczyła mamę, nie umie po rosyjsku. – „Towariszcz,
pierepraszaju (zamiast „izwiniaju”) o tam”… on nie rozumie. Odwraca
się, wyciąga chusteczkę, ociera łzy… był człowiekiem. Rozkazuje brać
niemowlaki, zwraca się do dwóch z jego konwoju, „podnieść”. „Nam nie
wolno”. Rozkazuję – za niewykonanie rozkazu rozstrzelam was.
Poskutkowało. Tak odzyskaliśmy Helenkę. Ciocia poszła do wagonu, myśmy
jeszcze zostali.
13.
Olga Tumiłowicz siostra Aleksandra i Stanisław Okulicz legionista
rozstrzelany 14.09.1937 r. w Kuropatach k/Mińska, zrehabilitowany w 1960
r.
Podróż, odjazd w nieznane
14.IV. 1940 r. załadowano nas do bydlęcego wagonu. O dziwo pomaga
nam w tym nasz sąsiad winien nam 2000 zł, których nie zamierzał oddać. W
wagonie ciemno, po środku piecyk bez kominka, obok dziura, po bokach
dwie rynienki – to ubikacja. Dwie prycze przy ścianie, u góry dwa małe
zakratowane okienka z drutem kolczastym. Z 15 na 16 kwietnia nocą
ruszyliśmy. Usłyszeliśmy śpiewany hymn polski, „Boże coś Polskę”,
„Serdeczna Matko” – śpiewano w wagonach. Konwojenci tłukli kolbami – ale
byliśmy zaryglowani. Mijając polską granicę, skazańcy płakali.
Trzymaliśmy się tobołów. Wagonem rzucało. Słyszeliśmy nieznośne
„tratatach” (na złączach szyn koła uderzały). Mama trzymała Helenkę na
kolanach. – „Pani co robić, znikł mi pokarm”. – „Niech Pani rozdrobi
okruchy chleba, w ślinie rozpuszcza i daje”. Helenka ma biegunkę – jest
tylko 40 pieluch. – „Niech Pani suchą kładzie na narobioną, siada,
suszy ciałem, wykrusza i znów używa”. Nie mamy wody. Przez 13 dni i
nocy ani razu nie umyliśmy się. Wchodzi felczer- ka. – „Chorzy są?” –
„Tak dziesięciu.” – „Nie widzę, nic nie potrzeba”. – wychodzi. W
Smoleńsku wnoszą kocioł lury, pływają buraki z jaglanymi cząstkami
kaszy. „Na ponad 70 osób macie”. Zabrakło wszystkim. Ale wreszcie ciepła
strawa… dzielimy się chlebem. Dają nam co dzień taką „zupę” – raz na
dobę. Na stacjach kupujemy 1-2 wiadra wrzątku – wody czasem tam
nalewają prosto z rury pod parowozem.
Pogrzeb zmarłych
Za Smoleńskiem 3 osoby zmarły. Zawiadamiamy konwojenta. „Dawaj
zdechłych”. Chwytają za nogi, wyrzuca do rowu z komentarzem „wilki też
muszą coś jeść”.
Opadły nas pchły, wszy i pluskwy. Niesamowite cierpienie. Powstają
rany, czyraki. Wreszcie zesłańcy wpadli na pomysł. „Dziurę ubikacji”
otaczają z czterech stron stojąc z kosami, a potrzebujący załatwia się,
zachęcany „rżnij, niech im g… zostanie”.
W Aktiubińsku
23.IV. 1940 r. dojechaliśmy do Ak- tiubińska. Bezsilni, spadamy z
wagonu, poraża nas światło dzienne. Nadzorca z batem spędza nas do
kupy. Co za rozkosz, takie dobre powietrze. Wkrótce nadciąga zimne, z
pyłem stepowym. Dają nam po kawałku czarnego chleba, żwir trzeszczy,
połknąłem. Obok latryna. Belka na kółkach, rów. W potrzebie już nikt się
nie wstydzi. Noc bardzo zimna, cała rodzina nasza jest razem. Dziadek
zdejmuje kożuszek, okrywa nas, sam chodzi całą noc. „Zabija” marznące
ręce. Świt 24.IV. 1940. Stróż niskiego wzrostu, ze skośnymi oczami,
żółtej cerze, koziej brodzie, ze zwisającymi wąsami, w brudnych
waciakach, rozgarnia batem zbliżających się tubylców.
Odjazd w stepy Kazachstanu
14. Widok stepu – kołchozu Czan-Czar, 10.05.1940.
Po południu 24.IV. 1940 r. odjechaliśmy z Aktiubińska w miejsce
naszego zesłania. Siedzimy na otwartej skrzyni ciężarówki, której
burty zostały spięte łańcuchami. Konwój liczył pięć pojazdów, na
każdym osobno jechała jedna rodzina. Niebo pokryły szaro-ołowiane
chmury, zaczął padać deszcz. Jechaliśmy po rozmokłej polnej drodze
wzdłuż słupów telegraficznych. Mokliśmy trzymając się łańcuchów. Helence
przemokła całkiem chusta. W dali widniały ośnieżone szczyty gór Uralu.
Ciągłe, groźne poślizgi na boki na stromiznach wzniesień. Z jednego
samochodu na zewnątrz wypadła płachta z naczyniami. Kobieta rozpaczała,
kierowca śmiał się. – „Wreszcie mam co zabrać do domu w drodze
powrotnej”. Wjechaliśmy w dolinę, tam zaś bajkowy świat: mnóstwo
dzikich tulipanów: białych, żółtych, bordowych z deseniami. Cudowny
zapach…
Pietropawłowka
15. Sowchoz Zaria-Swoboda, lipiec 1942
W dole rzeka, dojeżdżamy. W nurtach stoją trzy samochody z
zesłańcami. Deszcz leje. Nasz kierowca wjeżdża, grzęźnie. Sprowadzają
trzy woły, traktor. Pęka lina. Ciężarówka
z babcią i dziadkiem Tadziem przechyla się niebezpiecznie. -„Chcą nas
potopić” – krzyczy babcia. Okrutnie bite woły wyciągają dwa samochody,
zdychają na brzegu. Nas wyciąga traktor z wołem. 10 minut przerwy.
Zdyszane ciocia i mama wchodzą do biura, chcą nakarmić dzieci. Siedzący
przedstawiciel wali pięścią w stół nakryty czerwonym płótnem. – „To
nie ochronka – biuro Kraju Rad. Won!” Wychodzą zapłakane. Niemowlęta
dalej głodne.
Kołchoz Kyzył-Ku – pierwsza noc w stepie
Zmierzch, dojechaliśmy tu przez rzekę z mostkiem kamiennym. Trzy
obskurne lepianki bardzo niskie, dalej jeszcze dwie… powychodzili
tubylcy, brudni, obdarci.
16. Bronowanie stepu wola¬mi w kołchozie Czan-Czar. 10.05.1940
Enkawudzista powiedział nam:Tu będziecie żyć, pracować, rodzić się i umierać, a do Polski już nie wrócicie, bo Polski nie ma i nie będzie. Odjechał.
Podszedł gospodarz lepianki, polecił wnosić bagaże, nie mieliśmy
siły… pomogli Kirgizi. Szliśmy długim korytarzem uplecionym z wikliny.
Za jego ścianą odzywały się kozy ibarany. Brodziliśmy w rzadkim,
cuchnącym gnoju po kostki, dochodząc do suchego małego klepiska.
Wystąpiły trudności w oddychaniu. Gospodarz wypchnął pięścią trzy małe
okienka – były z pęcherzy rybich. Wpłynęło rześkie, stepowe powietrze.
Kirgiz postawił ręczną naftową lampę. Załadował strzelbę, ułożył się
na jednej pryczy i zaczął strasznie chrapać. Obudził się, odmówiliśmy
pacierz, wsłuchiwał się. Zgasił lampę. Opadły nas pchły, wszy i
robactwo spadające z pułapu.
17.
Kołchoz Czan-Czar. Przy żarnach ręcznych w lepiance. Od lewej: Teresa,
Jan Stanisław i Justyna Tumiłowicz. Foto: Jadwiga Tumiłowicz.
Rano obudziło nas miłe ciepło samowara i zapach herbaty. Kirgiz z
żoną i dzieckiem siedzieli pijąc „czaj”. Uśmiechał się. Z jednej półki
zdjął drewniane czarki, zdmuchnął kurz, nalał kumysu (kobylego mleka),
podał nam – natychmiast wypiliśmy. Wyjął z kieszeni spodni pasek
pszenny, rozerwaliśmy go patykiem na klepisku.
Wytłumaczył mamie i Tadziowi, że jesteśmy 70 km na wschód od Ak-
tiubińska. Reszta dnia zeszła nam na przesuszeniu rzeczy. Umyliśmy się
po raz pierwszy od dwóch tygodni.
Na przełaj w step
Musimy wysuszyć rzeczy, tubylcy myślą, że te rzeczy są na handel,
dotykają, targują się, nie znamy ich języka. Babcia zarządza powrót do
lepianki, co oburza Kirgizów. Noszę z odległej rzeki wodę – po 14 dniach
i nocach trzeba się umyć. Niemowlęta nie mają mleka. W oddali są
pastuchy, widać kozy i owce. Idę tam z mamą. Kłaniam się wielokrotnie,
na migi prosimy o mleko… Kirgiz w kożuchu i czapie baraniej kijem
wytrąca mi polski duży kubek emaliowany, ogląda w trawie. Podnosi, doi
kozę, podaje mi mleko. Szybko łykam. Powtarza czynność, podaje mamie,
przygląda się jej niebieskim oczom, znów pusty kubek.
18.
Teresa Janina, Jan Sta-nisław, Justyna Tumiłowicz oraz Ryszard Gilejko i
Helena Tumiłowicz (w-wózku, jeszcze żyjąca). Kołchoz Czan-Czar, maj
1940 r. Foto: Jadwiga Tu-miłowicz.
Oddaje nam z mlekiem, wskazuje kijem lepianki. Kłaniamy się, on
spluwa wzdłuż kija. Odchodzimy, daleko w step echo niesie polskie
piosenki, które śpiewa mama.
Pod nogami morze pachnących tulipanów. Następny dzień, świt. Przed
naszą lepianką stoi zaprzęg z wołami, brygadier wpada – „Zbierajcie
się, jedziemy do innego kołchozu”. W pośpiechu zbieramy rzeczy,
ubierać się nie trzeba – spaliśmy w ubraniach. Na wozie jedzie dziadek z
niemowlętami i bagażem. Pozostali idą piechotą. Ciocia z Tadziem na
zmianę niosą Teresę i Rysia, potykają się o kępy traw. Rosa, wszyscy są
mokrzy po pas. Woźnica śpiewa: „Kag da ja był Kirgiz, jeł mo- cha, pił
Kumys; Kag da stał Kazach, uj bajaj, prapał kursak”. Oznaczało: kiedy
byłem Kirgizem, jadłem mięso, piłem kumys. Stając się Kazachem
straciłem brzuch. Doszliśmy do kołchozu Czan-Czar kompletnie wyczerpani.
Zderzenie z obcą kulturą
W poprzednim kołchozie byliśmy jedną rodziną polską. Tu spotkaliśmy
Polaków, mogliśmy porozumieć się po rosyjsku. Zamieszkaliśmy w
lepiance opuszczonej karnie przez Kazacha za niestawienie się do pracy.
Brak pieca. Dziadek z Tadziem rozpoczęli budowę, ja nosiłem wodę i
glinę. Wyjrzało słońce. Znów wynosimy rzeczy przed lepiankę. Musimy
coś sprzedać, żeby zaskarbić łaski tubylców w tym kołchozie. Piec
zawalił się. Nie mogliśmy się ogrzać. Rano z wielkim krzykiem wpada do
lepianki brygadier. „Wstawać do pracy lenie, jesteście skazańcami”. Bez
posiłku wychodzą: mama, ciocia, Tadzio. Noszą worki pszenicy po 50 kg.
Przewracają się. Kirgiz-nadzorca bije biczem po nogach. To pierwsza
niewolnicza praca. Tu kobiety pracują, mężczyźni odpoczywają. Rok 1940,
to najgorszy dla nas okres przystosowawczy. Z radością odkrywamy
niespodziankę. Tadzio przynosi z poduszki poprutej bagnetami aparat. –
Jest, przejechał” – stwierdza. Trzeba nie lada odwagi, żeby podczas
rewizji włożyć niepostrzeżenie do poduszki. Za to mogli nas
rozstrzelać. Tu wykonaliśmy zdjęcia dokumentalne. W następnym dniu
bronowanie stepu, zagony po 9 km. Brygadier uczy bić woły aż do krwi… Od
świtu do późnego wieczora obowiązuje praca za tzw. trudodzień – 100
gramów chleba, młodociani mają tylko 50 gramów. W kołchozie Czan-Czar
nie płacą nam nic aż do lipca 1940 r. Potem otrzymujemy wóz siana…
„Można sprzedać” mówi priedsieda- tiel. Wszyscy chorujemy na malarię.
Nie leczona prowadzi do śmierci. Nie wolno nam nigdzie odejść poza rejon
pół kołchozowych i część stepu (bez pozwolenia). Priedsiedatiel
zezwala mamie iść do Aktiubińska po chininę – 70km przez step.
Podjeżdża kawałek, dochodzi piechotą, dostaje chininę, malaria mija.
Nieszczęścia w kołchozie Czan-Czar
Tadziowi rozliczeniowa wyrzuciła kartkę przez okno z dwutygodniowym
rozliczeniem pracy, podpisany przez brygadiera. -„Za młody jesteś,
żebyś tyle dostał trudodni”. Nie płacą nadal.
19. Śmierć H. Tumiłowicz 16.08.1940, ur. 2.11.1939 r.
Idę nad rzeki Karhała i Żyzdybaj (górka), łowię ryby. Mamy co
jeść. Zbieram łajno bydlęce z rodzeństwem na opał, suszymy, w nocy
kradną (nie było oznaczone). Łowię susły, jestem głodny całymi dniami.
5-6 susłów dziennie to za mało. Chodzę w step po cebulę dziką boso, nie
mam butów. Dopada nas ponownie malaria. Ataki coraz częstsze, nie mamy
siły chodzić. Mama idąc (za zezwoleniem NKWD) piechotą do Aktiubińska
zdobywa chininę, znowu nawiązuje kontakty – oddaje film do wywołania.
Dostałem od babci za dużą dawkę (pomyłkowo), tracę przytomność, mam
bóle serca. Głodujemy, dziadek puchnie. Mama z ciocią zostały dojarkami
kóz, krów, kradną mleko, odżyliśmy. Mam się uczyć na pastucha – mówi
brygadier – umiem liczyć do 100. To nie jest łatwe, nie umiem szybko
wsiadać na konia, dostaję baty. – „Bez nich się nie nauczysz” mówi
starszy pastuch. W lepiance nie przyznaję się do tych razów. Idę
ponownie w step na naukę. Widzę już ognisko pastuchów. Nastąpiłem boso
na żmiję, ugryzła, ze strachu mało nie zemdlałem. Wiem, parę godzin
życia. Biegnę… pokazuję moim nauczycielom, „syczę”. Zrozumieli. Nóż w
ognisku, Kirgiz wyssał ranę, wypluł krew. Nożem z żaru przedziurawił
stopę, wycisnął, do kubka z wrzątkiem wrzucił zielsko. -„Będziesz żył”.
Podziękowałem zaskoczonego całując w ręce. To poza ich zwyczajem. -„Co
Ci jest?” mama pyta. -„Kolce w stopach”. -„Szybko wyjmuj!” Nie pokazałem
owiniętej w szmaty krwawiącej stopy. Dwa tygodnie miałem gorączkę, w
nocy różne mary mi się śniły. Owijam szmatami stopy, związuję sznurkami
iw step, byle nie boso. Noszę codziennie wodę z rzeki. Dostajemy 16 kg
pszenicy, kręcę kamienie żaren. Nosimy na rękach Zbyszka, ma krwawe
biegunki, chudnie. Mamy niemowląt w stepie, wrócą po zmierzchu. Tadzio
nie wraca cały tydzień (musiałby iść 7-8 km). Jest łubiany, cenionyjako
dobry woźnica. Wychodzę w step – tym razem jestem oczarowany. Miliardy
polnych koników koncertują, wokół kolorowe motyle. Siadłem, słucham tej
wielkiej orkiestry. Kilka kilometrów ode mnie pojawia się trąba
powietrzna, rośnie, potężnie. Uciekam ok. 1,5 km biegiem do lepianki.
Mama składa podania do NKWD „Chcemy do Aleksandrówki, tutaj nie
przeżyjemy”. Idę z mamą. -„Weźmiesz kradzionego mleka dla Helenki
Zbyszka, uważaj żeby Cię nie złapali”. Przerwa wkrótce na obiad.
Kirgizka doi kozę od tyłu, ta załatwia się do wiadra z mlekiem. Mama
krzyczy do niej, „Przecedzi się, a w kotle przegotuje” – słyszy w
odpowiedzi. Kawałek mięsa (to rzadkość) wisi na kołku – to do dużego
kotła na obiad kołchoźnikom. Pełno much. Obmyć trzeba, mówi mama. Znowu
słyszy „Przegotuje się”. Kirgiz
proponuje w kołchozie Czan-Czar lepiankę za 400 rubli. NKWD zezwala na
zmianę kołchozu. Predsiedatel nie zgadza się. Argument – „Polacy to
dobrzy kołchoźnicy”. Musimy wyjechać pod konwojem do Aleksandrówki (to
tylko przez rzekę). Nie zapłacili nam za trudodni. NKWD poleca dać
zboże. Zwlekają.
Alesandrówka
Do rzeki blisko (50-60 metrów). Dziadek dostał pracę stróża, ciocia z
mamą są dojarkami. Z braku paszy zdechło tu ponad 100 krów, sporo
owiec wilki rozszarpały. To większy kołchoz – 6 czy 7 rodzin polskich,
do Aktiubińska około 50 km. Jest poczta.
Łączność z Lidą
Od początku piszemy rozpaczliwe listy do brata mamy w Lidzie,
prosząc o paczki. Jest on także łącznikiem między nami i naszym ojcem w
Warszawie, do czasu wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej. Jego rodzina od
świtu stoi w kolejkach by zdobyć dla nas żywność, machorkę, herbatę –
wysyła do nas paczkami, tu część kradną na poczcie. Listy otrzymujemy
często. W jednym z nich pisze: „Podgrzejcie, zmarzł”. Tadzio podgrzewa.
Między wierszami ukazuje się brązowe pismo z cennymi wiadomościami.
„Napisał mlekiem” – stwierdza Tadzio. Jaszcze jeden list, wiadomość
szyfrem pod znaczkiem. Wujek przestał ryzykować, myśmy listy spalili.
Ciocia z mamą dostały zezwolenie na wyjazd po chleb do Aktiubińska.
Sprzedały wiele sukienek i rzeczy, zawiozły też z Tadziem Justynę do
szpitala w Aktiubińsku – szkorbut, wyschła, wszystkie zęby się
ruszają. Znajoma polska pielęgniarka znalazła miejsce. Kołchoz
Czan-Czar wypłaca należności 2 pudy pszenicy, reszta siana. Zboże
zostało, sprzedano za ruble. Z Aktiubińska nasi kołchoźnicy przywożą
aż 22 kg chleba – za sprzedane rzeczy – zamieniamy na suchary.
Śmierć Zbigniewa Gilejko s. Jana i Lucji (miał 6 miesięcy). Foto Jadwiga Tumiłowicz
16.VII.1940 r. umiera mój brat cioteczny Zbigniew Gilejko, a 22. IX.
1940 r. moja najmłodsza siostra Helena Tumiłowicz. Kilka dni wstecz
trzymała się kurczowo moich rąk, obnoszona wokół lepianki, śpiewamy jej
piosenki. Teraz idziemy ku wzgórzu, gdzie stoi z patyków zrobiony
krzyżyk dla Zbyszka. Od tej pory, będzie śpiewać im wiatr stepowy i
orły. Zmarli z głodu i chorób.
Wzgórze Czyjlin
Spotykamy z Tadziem Babaja Kirgiza. „Idę do swoich przodków, jesteś
chory, ale iść możesz” – zwrócił się do Tadzia. -„Chodź i ty, znasz
step” kiwnął na mnie. Doszliśmy i widzimy jakieś kurhany. Kirgiz
rozłożył dywanik i bił pokłony. Myśmy klęcząc w trawie robili to samo.
O dziwo zauważyliśmy ciągnący się ze wschodu na zachód pas błękitnych
tulipanów, jak gdyby przechodzące przez kurhany. Tadzio powiedział
„Tam Polska 5000 km od nas”.
Ogarnęła nas niespotykana tęsknota, pociekły łzy – Kirgiz to
zauważył, wzruszony przygarnął nas ręką do siebie. Nie powiedzieliśmy
ani słowa. Zrozumiał, że żal nam jego przodków. – „Tu leżą moi
dziadkowie rozstrzelani przez żołnierzy sowieckich”. „Nie chcieli
oddać jurt, dużych stad owiec i koni do kołchozu”. Od tej pory wszyscy
Kirgizi i Kazachowie stali się naszymi wielkimi przyjaciółmi.
Zabłądziłem w stepie
Wybrałem się po cebulę idąc ku wzgórzu „Kinderluk”. I nagle opadła
mleczna mgła. Straciłem orientację w tym moim miejscu. Wróciłem do
lepianki, rano wzdłuż rzeki z pokaleczonymi stopami na kolanach, o mój
powrót modliła się babcia. Mama sądziła, że nocuję z Tadziem, który
tygodniami nia wracał do lepianki.
„Pieretykoły”
Coraz trudniej o opał. Idziemy z dziadkiem daleko w step, dźwigamy
po pół worka „kiziaku”. Mało krów. Łowimy pędzące stepem kuliste krzaki
„pieretykoły”. Co dzień po kilka na opał.
Baty w stepie
Nadal proponowano mi uczyć się na pastucha, lub iść do szkoły.
Krótko byłem w miejscowych Jaślach” – coś w rodzaju „Dom Dziecka” –
dowiedzieliśmy się, że to tylko dla dzieci obywateli ZSRR. Znów idę do
pastuchów, którzy są niedaleko mamy i cioci dojących krowy. Drogę
zajeżdża mi „bajec” na koniu. – „Kto ty?” – „Polak”. Bez słowa zaczął
mnie bić batem. Uskakiwałem przed koniem. Wołanie o pomoc usłyszała
mama, zdyszana przybiegła z widłami. Dostała batem, który owinął się
wokół ręki, wyrwała oprawcy, dostał widłami. – „Zgłoszę do NKWD!” Tego
się bali. Jeździec pomknął w step.
Tama na rzece Karhała – dostałem szkolę…
Susły już śpią w norach. Zresztą po ostatnich przeżyciach,
postanowiłem więcej ich nie zabijać. Wylewając wodę złapałem 2
dorosłe, za nimi wyszło 9 osesków. Zrozumiałem, że zabiłem rodziców.
Nie mogłem powstrzymać się od płaczu. Predsiedatel zarządził budowę tamy
– przy dwóch wzgórzach rzeka była dość wąska. Wszyscy mieli pracę. Ja
małolat mam 50 gramów chleba za tmdodzień. Były wielkie plany
nawadniania. – „Nie będziesz dźwigał, idź do szkoły” powiedziała mama.
Poszedłem. Wszystko po rosyjsku. Po dwóch tygodniach byłem pod opieką
komsomolców, a nauczycielka biła mnie wskaźnikiem do tablicy
najbardziej po łydkach, chociaż nie byłem najgorszy. Tadzio odkrył
siniaki, przyznałem się. – „Nie zapominaj mówić po polsku, mimo
sińców”. Zapamiętałem.
Kazachstan
– rok szkolny 1940/1941. Nauczyciele z Aleksandrówki oblaść Aktiubińsk,
wraz z komsomolcami. Bili za każde polskie słowo – Jana Stanisława
Tumiłowicza ucznia I kl. Szkoły Sowieckiej w Aleksandrówce. Obłaść
Aktiubińsk-Kazachstan. Zdjęcie wykonała Jadwiga Tumiłowicz w tajemnicy
przed NKWD (nauczyciele i komsomolcy chcieli mieć pamiątkę)
Korespondencja z wujkiem z Lidy urwała się, wiemy o wojnie z
Niemcami. „Wszystko na front”. Znów głodowanie. Jak zimą chodzić do
szkoły? Z wojłoków wyrosłem. I całe szczęście. Uczę się w lepiance z
książeczki do nabożeństwa i czasopism nadesłanych od wujka.
Dowiedzieliśmy się, że jest prawdziwa ferma krów. W kołchozie nie
zebrane zboże zasypał śnieg, kłoski wystają. Przywieźli dwóch Czeczenów.
Nocą zebrali oni garści kłosów. Rano za kradzież mienia kołchozowego
rozstrzelało ich NKWD.
Wilki pożarły bohatera
Z frontu na urlop w styczniu 1942 przyjechał z licznymi medalami
bohater, opowieściom nie było końca. Krowy z głodu padały, ale koń
dostał racje trawy stepowej. Zaczynała się zawieja. Odjechał do
Aktiubińska. Wkrótce NKWD aresztowało predsiedatiela Aleksandrówki, bo
„ukrył żołnierza, który nie stawił się na front.” Dopiero wiosną
znaleziono na drodze jego szablę, karabin, część podkutego buta i
medale, czteroletnie dziecko z kołchozu Czan-Czar też tego roku pożarły
wilki.
Wilk
Bałem się wilków. W lutym 1942 r. w lepiance zimno, przykrywaliśmy
się dodatkowo trawą stepową. W nocy wszedłem z dziadkiem, pod zaspę
śnieżną, był okropny mróz. Wołałem dziadka, nie ma, wracam do lepianki.
6-8 metrów ode mnie stoi olbrzymi wilk (basior). Odjęło mi mowę, włosy
stanęły dęba cofałem się powoli, by osłonić plecy o lepiankę. Nie
mogłem wydobyć głosu. Wreszcie krzyknąłem „Wiiilk!!!” Zerwały się i
wybiegły z widłami mama i ciocia. Wcześniej dziadek nie zauważył tego,
że nie wróciłem i zamknął drzwi na za- tyczkę z kółka. Wilk odszedł,
zżerając po drodze ścierki.
„Bies Kunak”
Wielka zawieja śnieżna. Kirgiskie święto, „Bies Kunak”, czyli „Pięciu
podróżnych”. To na ich pamiątkę urządza się spotkanie przy olbrzymim
kotle, gdzie gotuje się łazanki z kawałkami baraniny (nas na to nie
stać), a biesiadnicy z zakasanymi rękawami wyławiają łazanki i mięso
prosto z kotła, snując wspomnienia i opowieści. Wyznaczony losowo
stróż pilnuje zachowania rytuału. U pułapu rozświetla mrok naftowa
lampa, a pod kocioł bez przerwy podkłada „kiziak” kucharz. (Z opowieści
Tadzia).
Pęka tama – powódź
Wiosna 1942. Mama dobrze powozi końmi, jedyną parą w Alek-
sandrówce. Predsiedateł wyznacza – „Pojedziesz ze mną po chleb do
Aktiubińska”. Pojechała. Wracając zauważyła pękającą tamę. – „Nie
pojadę”. – „To zastrzelę”. Predsiedateł wyjmuje pistolet. Mieszkańcy
czekają na chleb… – Jedź, ciebie konie słuchają. Módl się do swego
Boga, bo oboje zginiemy i wymrą z głodu mieszkańcy”. Ruszyła,
przyjechała. W kilka minut potem głuchy grzmot i walące się bałwany z
lodowatą krą oznajmiły wszystkim koniec tej budowli. Dołączyły się
wylewy rzeki Żyzdybaj. Zaczął padać deszcz. Woda zalała około 1,5 km
terenu wokół nas, na trzy tygodnie odcinając nas od świata. Dzięki
dostawie chłeba mieszkańcy przeżyli.
Sowchoz „Zaria – Swobody” (Zorza Wolności)
Uciekamy znów, by być bliżej Aktiubińska. Tu też paręset krów z
głodu (zostawiono w polu w zimie). Ale ponad 500 sztuk przeżyło. Mama i
ciocia z bardzo dobrą opinią dostały pracę dojarek i po 15 krów do
dojenia ręcznego 3 razy dzienne. Było to możliwe, bo krowy nie dały
więcej niż 1,5-2 litrów mleka. Wyznaczono niemożliwą do osiągnięcia
nagrodę. Za zachowanie 15 cieląt od 15 krów, jałówka na własność.
Ciocia z mamą umówiły się. Jedna drugiej odda mleko (część ukradną dla
nas), druga zaś odchowa 15 cieląt. Kołchoz miał też ogród, rzekę obok.
Dziadek został stróżem sterty siana. Babcia cały czas chorowała. Tu
dążyliśmy. Z ogrodów kradzione były kawony, pietruszka, ogórki.
Nadzorujący często zabierał je sobie po złapaniu sprawcy, nie
zawiadamiając NKWD.
Rok 1942
Tadzio piechotą odszedł do Aktiubińska – 6. IX. 1942 r. wraz z
sześcioma Polakami wstąpić do Armii Andersa. Zabrakło nam bardzo
energicznej osoby.
Powtórne aresztowanie
NKWD wezwała mamę i ciocię. – „Macie przyjąć obywatelstwo ZSRR,
będzie zarabiać tyle co Rosjanie”; – „Nie”. – odpowiedziały. – „Dajemy
dwa tygodnie do namysłu”. Po tym czasie zajeżdża konwój. Dowódca pyta:
„Przyjmujecie?” – „Nie”; – Jesteście aresztowane!” Zabierają je, ku
naszej rozpaczy. Mama żegna słowami: Jak Bóg nie opuści, to Świnia nie
zje – wrócimy”. Nasze główne żywicielki zostały aresztowane na trzy
miesiące. Tam powiedziano: „wasza cała rodzina zdechnie”; „damy was do
przestępców za gwałt do jednej celi”. Mama odpowiedziała: Jeżeli wasze
dzieci się urodzą, chętnie poprosimy towarzysza Stalina o opiekę nad
nimi”. Tego się bali. Wreszcie, zgodziły się przyjąć obywatelstwo – za
kilka miesięcy. Po 11 dniach, sczerniałe, wychudzone stanęły na progu
lepianki, szczęśliwe, wracając do pracy. Ciocia w nagrodę otrzymała
jałówkę, mama naganę za odchowanie tylko jednego byczka nazwanego
„Atamanem”.
Bubicń
Tadeusz s. Józefa i Emilii – brat Tumiłowicz Jadwigi i Gilejko Łucji
ur. 28.X.1924 r. w Baranowiczach. Junak Armii Andersa (zesłaniec z
Kazachstanu) – 1942 r. obóz wojskowy w Guzar.
Postanowienie ucieczki
Odkryłem że stróż, zesłaniec, codziennie idzie pod zlewnię mleka z
kijem wyjmował on niewielką płytkę szklaną, a na kiju miał gruby kożuch
z mleka po pasteryzacji. Zaproponował dzielenie się zdobyczą pod
warunkiem, że nikomu nie powiem. Nie powiedziałem, i jeszcze jak się
odżywiłem przez kilka miesięcy. Większość z nas choruje, dziadek nawet
puchnie (oddał swoje porcje jedzenia). Przekonaliśmy się, że
potrzebujemy szpitalnego okresowego leczenia, z normalnymi wyżywieniem.
Tak znaleźliśmy się w Aktiubińsku. Tu już załatwiliśmy z NKWD
zezwolenia na wyjazd do republiki na południe. Wszystko sprawdziliśmy co
było możliwe.
Aktiubińsk – Ukraina
W Sowchozie „Zara – Swoboda” wszystko sprzedajemy we wrześniu 1944
r. Zezwolono nam na przyjazd do szpitala w Aktiubińsku (chorzy:
dziadek, babcia, ciocia, Justyna). W szpitalu nie ma miejsc –
pierwszeństwo mają ranni żołnierze przywożeni z frontu. Zatrzymujemy
się u znajomych Polaków. – „Teraz wolno zmieniać miejsce pobytu,
jedźcie na południe, uciekajcie bliżej Polski” – radzą. Przez Taszkient
pociągiem dojeżdżamy do Nikołajewa… Przedstawiamy zaświadczenie z
aktiubińskiego szpitala o chorobach. Ukraińskie NKWD zabiera nas do
świetlicy szkoły w Ni- kołajewie, Warwarowski Rejon.
Śmierć dziadka Józefa Bubień
Zakażenie nogi w drodze, brak pomocy lekarskiej. Mama pyta: „Co tatuś
by sobie życzył?” Pada odpowiedź: „Stanąć na wolnej polskiej ziemi i
zjeść prawdziwego razowego poleskiego chleba”. W nocy z 14 na 15
października 1944 r. dziadek umiera, trzyma mnie chwilowo za rękę; palą
się świece. Strach mnie ogarnia. Dwie wielkie łzy spływają po dziadka
twarzy. Wypowiada ostatnie słowa: „Boże, Józefie Święty”. Pogrzeb w
Nikołajewie pod cerkwią, kilkanaście osób idzie za trumną. To ostatnio
częsty widok. Do dziś nie wiemy w jaki sposób zadzwoniły cerkiewne
dzwony, skoro schody na dzwonnicę były zerwane. Wielki smutek nas
ogarnia, to już trzecia ofiara w naszej rodzinie. Nawiązujemy kontakt z
Lidą, otrzymujemy adresy, w tym do Tadeusza Bubień, żołnierza Armii
Andersa osiadłego w Anglii. W ukraińskiej NKWD w Nikołajewie mama składa
pisemne zażalenie: „Z braku obiecanej pomocy lekarskiej 15.X.1944 r.
zmarł mój ojciec…”
Ostatni rok na obczyźnie
Obawiamy się, że mogą nas cofnąć do Aktiubińska, jednak kierują do
sowchozu „Telman”. Wodę dowożą beczkowozami (staw i studnie zatrute).
Wita nas predsiedatel. „Tu musicie przepracować rok – prace połowę,
dojenie krów”. Kolchoźniczki to znają. W naszym pomieszczeniu jest
światło elektryczne, podłoga. Regularnie płacą za pracę mamie i cioci.
Mnie proponują: „Ucz się powozić, będziesz woziwodą”. Umiem, nie
przyznaję się. Ja chcę do szkoły” – mówię. Mija zima. Nawiązujemy
kontakt z Polakami. „Mogą was nie puścić do Polski” – stwierdzają. Mija
rok. Mama z ciocią zgłaszają się do NKWD w Nikołajewie. – „Chcemy
wrócić do Polski, już dawno wyzwolona” – argumentują. Po wielkich
trudach dostają „propusk” (przepustkę) nr 24366 dnia 12.09.1945 r. na
wyjazd do Lwowa z ważnością do końca października 1945 r. Zgłaszają
predsiedatielo- wi sowchozu. Niezadowolony. – „Po co do Lwowa, możecie
tu pracować, dzieci podrosną też dostaną pracę”.
Kopia
karty ewakuacyjnej z zesłania w Kazachstanie do Polski po 6 latach i 7
miesiącach rodziny Turni łowiczów. Bubień i Gilejko.
Ryzykowne decyzje
Nie chcą nam wydać karty ewakuacyjnej do Polski bez zaproszenia.
Nie ma nam kto wysłać takiego zaproszenia (nie mamy żadnej rodziny).
Brat mamy o tym już wie. Podejmuje decyzję. Zostawia swoją rodzinę w
Lidzie. Zwalnia się z pracy, a jego naczelnik (Rosjanin) potajemnie
blokuje mu wyjazd do Polski. Wujek chowa niektóre dokumenty w butach,
wsiada do towarowego wagonu, dojeżdża nielegalnie do Lublina. Tu
otrzymuje stanowisko podrzędnego urzędnika w Rządzie Tymczasowym.
Otrzymuje mieszkanie, legalnie sprowadza swoją rodzinę z Lidy, wysyła
nam „wyzow” (zaproszenie).
Predsiedatiel naszego sowcho- zu „Telman” celowo doprowadza do
przeterminowania naszego pobytu, by unieważnić nam „propusk”
(zezwolenie na wyjazd do Lwowa) – udaje mu się to – bo czekamy na
„wyzow”.
Dalej zrządza przypadek. Zajeżdża do naszego sowchozu Polak sierota
ze śledziami w beczkach, kupujemy śledzie. – Ja też jestem Polakiem” –
stwierdza. Zapraszamy na kolację, ustalając od razu: „Uciekniemy z nim
nocą do Lwowa.” -„Ryzyko”. – mówi, – „ale powinno się udać ” Jeszcze
raz przyjadę pozorując sprzedaż, a następny, posadzę was za cuchnącymi
śledziami beczkami, po drodze nie wolno kaszleć, kichać i rozmawiać,
przykryjcie się kawałkami plandeki.
Z 2 na 3 października 1945 r. w mglistą noc, wsiadaliśmy w odstępie
czasu pojedynczo… W drodze napotkanym patrolom rozdawał kilogramami, po
bardzo niskiej cenie śledzie. „Sielodki, sielodki!” – głosił. Już
zapach przekonywał żołnierzy. We Lwowie, uregulowaliśmy umowną
należność i serdecznie wycałowaliśmy bardzo spoconego dobroczyńcę,
żegnając go. – „Może i ja ucieknę kiedyś do Polski…”; – „Daj Boże!” –
usłyszał.
Kwarantanna we Lwowie, pod opieką PCK, władz repatriacyjnych,
jakiejś komisji mieszanej. Śpimy na piętrowych drewnianych łóżkach. Od
17X1945 r., ale w Lublinie jesteśmy zarejestrowani dopiero 17.XI.1945
r. Wróciliśmy 16.XI.1945 r. Zarejestrowaliśmy się 17.XI.1945 r.
Witaj Polsko!!!
Prawie wszyscy płaczą z radości. Wreszcie polskie nazwy, polska
mowa. Ktoś nas zabiera ze stacji. Trafiamy na obiad w PCK Coś
wspaniałego. Tylko panie dziwią się: „Dlaczego jesteś w krótkich
spodenkach?”; – „Bo tylko jedyne mam” – odpowiadam. Załatwienia
urzędowe…
I odwożą nas do miejsca czasowego zamieszkania, do baraków na
Majdanku. Cóż, jak słyszymy podczas wojny Lublin stracił wskutek
bombardowań około 140 budynków. Teraz dopiero mama wyjmuje ze stanika
zdjęcia z Kazachstanu i część dokumentów, a z innego schowka zwinięty w
rulon pamiętnik swego brata Tadeusza Bubień pisany dzień w dzień w
latach 1940-42 w Kazachstanie. „Przyjechały” – stwierdza.
Spotkanie w Lublinie
Brat mojej mamy oczekiwał nas, nie wiedząc, że już jesteśmy
zakwaterowani na Majdanku. Przenosząc się do pracy w Izbie Skarbowej,
pełni funkcję nadzorcy nad produkcją cukru w Cukrowni Lubelskiej. Do
pomocy dostał z urzędu towarzysza uzbrojonego w pistolet, zagorzałego
komunistę, z którym prowadził w wolnych chwilach rozmowy na temat tego
ustroju… Pewnego dnia (nie pamiętam daty z opowieści wujka) towarzysz
woła wujka „do pana jakaś baba w chuście i waciakach”.
Jadzia!” – woła wujek – padając sobie w ramiona, łzy radości. – „Kto
to?” – pyta zaskoczony towarzysz. – „Moja rodzona siostra, właśnie
wraca z pańskiego kraju”. Nie wierzył. – „Może pani pokazać dokument?”;
– „Widzi pan, że jestem z domu Bubień”. W następnych dniach zrozumiał –
„Ach, to tak, naprawdę” – stwierdził. Wigilię mieliśmy razem z rodziną
wujka. Potem cudem znaleźliśmy stancję na ulicy Drobnej 36/2,16 m2na 7 osób, bez wody, z piecykiem węglowym, bez ubikacji.
Rząd PRL nie śpieszył się z przyznaniem mieszkania, nie należeliśmy
do PZPR. To, że straciliśmy całość mienia, naszych dziadków, rodziców
nikogo z władz nie obchodziło. Ale byliśmy szczęśliwi, że mogliśmy
wykształcić się i biegle opanować język polski po 5 latach i 7
miesiącach rusyfikacji. Długo zrywałem się w nocy – bo koszmar zesłania
prześladował mnie w snach wiele lat.
23.
Fotografia z 1960 r. w Lublinie. Rodziny Gilejko, Tumiłowicz i Bubień.
Stoją od lewej: Jan i Ryszard Gilejko. Teresa Tumiłowicz, Władysław i
Irena Bubień, Jan Stanisław Tumiłowicz i Stanisław Bubień. Siedzą od
lewej: Justyna i Jadwiga Tumiłowicz. Emilia Bubień, Łucja i Janusz
Gilejko.
EPILOG
23. Żołnierze Armii Andersa, uczestnicy walk o Monte Cassino. Od lewej: Tadeusz Bubień i Jan Gilejko.
Ze względu na ograniczoną ilość stron mych wspomnień, pominąłem wiele
zdarzeń – tragicznych i komicznych, może ciekawych opisów obyczajów
zachowanych wówczas przez mieszkańców i zesłańców, z którymi zetknęliśmy
się. Oryginały wymienionych na wstępie dokumentów pozostają u mnie.
Niektóre zdarzenia pozostawiły trwały ślad w mojej psychice. Np. pod
koniec naszego pobytu w Kazachstanie przywieziono 12- -osobową rodzinę
Rumunów. Z głodu łowili i smażyli polne koniki, motyle, różne larwy
owadzie. Przeżyła tylko jedna dziewczynka. Jeden zMołda- wian za długo
był na zewnątrz lepianki, po wejściu roztarł ucho – wykruszyło się
(mróz – 47/48°C).
Warto też podać nazwiska osób, które tam spotkaliśmy. W kołchozie
Czan-Czar – była polska rodzina (nazwisk nie pamiętam), zmarło im dwoje
dzieci, chłopczyk i dziewczynka; brygadier kołchozu Alijew i Ba- baj.
Aleksandrowka – spotkani Polacy: Edward Skawiński, Stefania Grabowska z
córką, Noczewkowa, Maria Kozłowa, Halina i Wanda Jachow- ska, Tadeusz
Błażewicz, Jan Szadzi- szewicz, Wojszwiłowa, Jurewiczowi, dr Podhajka,
predsiedatel Korolew, brygadierzy Abłais, Samura i Czerwaczenko.
My, czworo polskich dzieci, analfabetów, byliśmy szczęśliwi idąc w
Lublinie do szkoły. Za prawdziwych bohaterów w rodzinie, dzięki którym
my dzieci przetrwaliśmy uważam na zesłaniu: dziadka mojego Józefa
Bubień, któiy cierpiąc na przepuklinę dźwigał worki z „kiziakiem”,
okrywał nas swoim ubraniem, sam bardzo marznąc. Oddawał nam po kryjomu
swoje racje żywnościowe (wydało się dopiero jak bardzo opuchł z głodu).
Moją niezłomną i bardzo zaradną mamę, która cierpiąc na nerw kul-
szowy i udając że nic nie boli pracowała od świtu do nocy, ucząc nas
języka polskiego, matematyki i zachowania obyczajów. Pokonując każdą,
najtrudniejszą sytuację, była zawsze prawdziwą patriotką.
Warto zapamiętać mego wujka, Stanisława Bubień (znał 5 języków),
który pod okupacją sowiecką ze swoją rodziną stał w kolejkach od
piątej rano, by kupić i przesłać nam do Kazachstanu środki do życia
(żywność), utrzymać do końca z całą rodziną łączność, załatwiając
wszystkie urzędowe sprawy. Nie należąc do żadnej organizacji – nie był
podejrzany i mógł dzięki temu pracując na kolei w Lidzie pod okupacją
sowiecką i niemiecką uchronić tysiące ludzi różnych narodowości przed
aresztowaniem i rozstrzelaniem.
Stanisław
Bubień w dniu swoich 93. rocznicy urodzin. Lublin, 29.07.2001, zm.
2.01.2002 r. Prezentowana w „Sadze Hancewickiej” dokumentacja ocalała
dzięki jego skrupulatności w gromadzeniu i przechowywaniu materiałów
rodzinnych. W życiu rodzin Tumiłowiczów, Bubień i Gilejko odegrał główną
rolę. Zesłanym wysyłał paczki żywnościowe, zorganizował uzyskanie
niezbędnych dokumentów i wybitnie pomógł w powrocie zesłańców. Do 1939
roku współpracował z Abramowiczem, był redaktorem czasopisma „Ziemia
Nasza”, „Głos Wileński” i innych. Utrzymywał kontakt z Aleksandrem
Tumiłowiczem członkiem ZWZ w Warszawie. Znając doskonałe język rosyjski i
niemiecki podczas dwóch okupacji wystawiał dokumenty, na podstawie
których wielu ludzi różnych narodowości ocalił od aresztowań. Nie
należał do żadnej organizacji.
Tym wszystkim, którzy kiedykolwiek będą dłużej na obczyźnie
doznając nostalgii poświęcam pierwszy mój wiersz napisany na stacji w
Odessie w 1944 r.: Tęsknota Wracam myślami, tam gdzie mój dom, Niwy zielone, jeziora błękitne, W gałęziach szron, I mowa polska, tam aksamitna Dziś po bezdrożach. Boso do Polski bym szedł, Pomóż mi Boże, Bym mógł spróbować jej chleb. Jan Stanisław Tumiłowicz Lublin
Fakty są proste i nie podlegają dyskusji:
komunistyczny zbrodniarz Czesław Kiszczak dożył późnej starości wolny,
chociaż za to, co zrobił Polakom, powinien zgnić w więzieniu. Fakty są
proste i nie podlegają dyskusji: Kiszczak miał do końca dokumenty,
których mieć nie powinien. Czy to układa się w spójną całość?
Tak, to dla zwykłego człowieka dysponującego zwykłym doświadczeniem
życiowym układa się absolutnie w spójną całość. I to w taką, której
udowadniać nikomu nie musi, bo i po co. On to wie dla siebie i basta. Co
on wie, taki zwykły Polak, po tym, jak wdowa po Kiszczaku chciała
handlować teczką tajnego współpracownika "Bolka"?
Otóż po tym wszystkim
wie on, że komuniści w 1989 roku wcale nie przestali rządzić.
Przeciwnie, wtedy dopiero zaczęli rządzić prawdziwym majątkiem,
prawdziwymi pieniędzmi i prawdziwymi spółkami.
Przez lata hodowali sobie
część opozycji, która miała ich, komunistów, uwiarygodnić potem w
oczach opinii publicznej i wmówić ludziom, że ci komuniści to się
zmienili i że trzeba im wybaczyć, i że są nawet honorowi.
Ta wyhodowana
opozycja pomogła komunistom pokroju Kiszczaka przejść żywą nogą przez
Morze Czerwone przemian. Ta wyhodowana opozycja nie potępiała
komunistów, nie żądała lustracji sędziów i prokuratorów, nie chciała
procesów zbrodniarzy, bo na część z nich komuniści pokroju Kiszczaka
mieli i mają teczki hańby.
Jakie teczki? Ano takie, w których czarno na
białym widać, że niby-bohaterowie byli zwykłymi donosicielami,
kapusiami, denuncjatorami, łajdakami i że za swoje świństwa byli
wynagradzani. Mogli seryjnie wygrywać w totka albo po prostu podpisywać
kwity po odebraniu pieniędzy za donosy na kolegów.
I ci sprytni
komuniści pokroju Kiszczaka - wie to sobie zwykły człowiek i nie ma
potrzeby udowadniania nikomu - szantażując część tej naszej
niby-bohaterskiej elity, urządzili nam III RP po swojemu, na swoich
zasadach i na swoich warunkach. Na przykład takich, że niby była wolność
gospodarcza, ale ściśle koncesjonowana przez dawne służby albo przez
przyjaciół służb.
Że sądy były oczywiście niezawisłe, ale niektórzy
sędziowie mieli swoje teczki, to i część wyroków była mniej niezawisła. I
mam w tym miejscu pytanie do tych wyhodowanych przez komunistów
opozycjonistów: długo chodziliście na smyczy służb? Dalej chodzicie?
Grzegorz Lindenberg: Pracujesz w Urzędzie Imigracyjnym od
prawie dwunastu lat. Kiedy zaczęłaś patrzeć krytycznie na sytuację w
Szwecji?
Joanna Teglund: Kiedy w 1981 roku przyjechałam do
Szwecji byłam zaszokowana, że tu z taką łatwością wszystko się dostaje.
Bardziej doświadczeni rodacy pouczali mnie, że trzeba jak najwięcej
brać, bo Szwedzi są głupi, teraz rozdają, ale za chwilę to się skończy.
Ta chwila trwała bardzo długo, ale chyba właśnie nadchodzi.
Z drugiej strony media i politycy cały czas powtarzali, i dopiero w
ciągu ostatnich tygodni zaczyna się to zmieniać, że Szwecja jest bogata i
nas na to wszystko stać. No, przynajmniej jeśli chodzi o przyjmowanie
uchodźców, bo jeśli chodzi o inne sektory publiczne, to zaczęło się od
wielu lat wprowadzać oszczędności, a tak widocznie to od czasu kryzysu w
2008 roku.
Muszę się przyznać, że ja nigdy nie interesowałam się polityką. Nigdy
nie miałam telewizora, nie słuchałam radia, nie kupowałam gazet
popołudniowych. Zawsze prenumerowałam jakiś dziennik, w którym głównie
czytałam strony poświęcone kulturze.
W 2010 roku poprosiłam o bezpłatny urlop w Agencji Imigracyjnej,
gdzie pracowałam od 2004 roku, żeby przez dwa lata pracować dla Kościoła
Szwecji i koordynować projekt pomocy imigrantom w Södertälje, mieście
na południe od Sztokholmu znanym z tego, że po wybuchu wojny w
Iraku przyjęło więcej uchodźców z Iraku niż Stany
Zjednoczone i Kanada łącznie.
Dla mnie, która poza pracą, tak jak większość Szwedów, nie miałam
kontaktu z cudzoziemcami, to był szok. Wprawdzie wiedziałam, że
Södertälje nazywają małym Bagdadem, ale nie zdawałam sobie sprawy z
ogromu tej przepaści, jaka dzieli mieszkańców centrum Sztokholmu, gdzie
mieszkam, od mieszkańców Södertälje.
Imigranci, z którymi pracowałam, a byli to głównie nielegalnie
przebywający Irakijczycy, bez przerwy przychodzili do mnie z gazetami, w
których pisano o Iraku i ja musiałam im tłumaczyć, co tam było
napisane. I że nie chodziło tam o amnestię dla nielegalnych imigrantów,
na co mieli wielką nadzieję. To zmusiło mnie do czytania gazet. I wtedy
nastąpił kolejny szok. To, co pisano w tych gazetach na temat imigrantów
nie miało absolutnie nic wspólnego z rzeczywistością, z jaką ja się
zetknęłam pracując z nimi przez całe moje zawodowe życie.
I wtedy do mnie dotarło, że Szwecja to dwa różne państwa, dwie różne
rzeczywistości i przepaść między nimi coraz bardziej rośnie. Ale jeszcze
miałam nadzieję, że to się da zmienić, że ten proces rozpadu państwa da
się zatrzymać. I starałam się dotrzeć z informacjami o tej drugiej
rzeczywistości do dziennikarzy, partii politycznych, związków
zawodowych, policji. Dziennikarze i partie polityczne nie chcieli
słuchać, związki zawodowe i policja mówili, że oni wiedzą, ale nic nie
mogą zrobić, bo politycy nie są zainteresowani.
Późnym latem 2010 roku natknęłam się na artykuł w dzienniku “Dagens
Nyheter” o propozycji objęcia opieką zdrowotną nielegalnych imigrantów.
To było jeszcze za czasów, kiedy wszystkie artykuły można było w
Internecie komentować. I zaczęłam czytać komentarze. Kolejny szok. Przez
wszystkie lata pobytu z Szwecji nie spotkałam się z ani razu z
jakimkolwiek przejawem niechęci do mnie jako do cudzoziemki. Ale często
czułam to pod skórą. I zawsze sobie to tłumaczyłam jako moje
przewrażliwienie. A teraz siedziałam i z wypiekami na policzkach
czytałam te kilkaset ziejących żółcią i nienawiścią komentarzy. I
poczułam wielka ulgę. Nareszcie są szczerzy, pomyślałam. Rezultat
wymuszanej poprawności politycznej czuć przez skórę i to jest dużo
gorsze, niż jak ktoś ci powie wprost w twarz, co myśli. Bo wtedy możesz
mu odpowiedzieć i zacząć dyskusję.
Jakiś czas później przyjaciel podpowiedział mi, że jeśli chce się
dotrzeć do prawdy, to należy czytać blogi i alternatywne media. I
następny szok. Nie sądziłam, że aż tylu ludzi pisze. Szybko zdałam sobie
sprawę z tego, że większość alternatywnych portali i blogów jest
lustrzanym odbiciem oficjalnych mediów. Jak w telewizji mówią białe, to
oni czarne. I tak samo jak w mediach, jednym głosem… Był okres, kiedy
dziennie przelatywałam ponad sto blogów i portali. Było to doskonałe
ćwiczenie samodzielnego myślenia. Po jakimś czasie końcu zaczęłam
znajdować te blogi, których autorzy myśleli podobnie jak ja. I była to
dla mnie wielka ulga, że nie jestem sama w tym co widzę i myślę, że jest
nas więcej. Bo jeśli żyjesz w rzeczywistości gdzie wszyscy mówią białe,
a ty widzisz czarne, to po jakimś czasie zaczynasz wątpić w stan
twojego umysłu.
I kiedy tak obserwując rzeczywistość, rozmawiając z ludźmi i czytając
blogi zaczęłam rozumieć, że ten kraj dąży do samozagłady, wpadłam w
przerażenie. Wydawało mi się, że już nie ma dla Szwecji ratunku. Ale w
sierpniu zeszłego roku, kiedy ówczesny premier Fredrik Reinfeldt na
miesiąc przed wyborami, kiedy już było jasne, że Szwecja tonie pod
ciężarem imigrantów, wygłosił mowę w której nawoływał Szwedów do
otwarcia serca dla imigrantów i nikt nie zaprotestował, to zdałam sobie
sprawę, że jednak jakąś nadzieję jeszcze miałam. I tego dnia ją
straciłam.
Tej nocy nie mogłam spać. Byłam wtedy nad morzem, w Chałupach. I w
środku nocy wyszłam na pustą wtedy plażę i przez kilka godzin wyłam z
bólu, gniewu i rozpaczy. Nie tyle nad Szwecją, bo pokora i uległość tego
narodu wzbudza we mnie pogardę, ile nad Europą. Nad utratą wszystkich
tych wartości, która zawsze były dla mnie cenne, które mnie
ukształtowały. Równość, wolność, braterstwo, demokracja. Bo jeśli nie
weźmiemy się ostro do pracy nad ich obroną, to podzielimy los Szwecji,
państwa, które jako pierwsze w Europie doprowadziło się do samozagłady.
Do tej pory szwedzkie media ukrywały wszelkie problemy związane z
imigracją. Wszyscy ci, którzy próbowali opisać rzeczywistość byli
skutecznie zastraszani i uciszani inwektywami w rodzaju rasista i
nazista. Przez dziesiątki lat jedynym słusznym poglądem było
twierdzenie, że imigracja wzbogaca Szwecję. Każdy reportaż w mediach
publicznych, czyli liberalno-lewicowych kończył się stwierdzeniem, że
imigracja wzbogaca Szwecję. To było jak mantra, powtarzana kilka razy
dziennie zamiast pacierza. A w rzeczywistości to imigracja wzbogacała
Szwecję do momentu, kiedy to była imigracja zarobkowa, dopóki była praca
dla stosunkowo dobrze wykształconych uchodźców z naszego kręgu
kulturowego. Nadal imigracja lekarzy czy też programistów wzbogaca
Szwecję, ale ogromna ilość analfabetów, półanalfabetów i ludzi o niskim
poziomie wykształcenia z krajów Trzeciego Świata, którzy nigdy nie
dostaną pracy, jest ogromnym obciążeniem.
Dopiero ostatnio, od czasu kiedy do Szwecji zaczęło przybywać 10 tys.
imigrantów tygodniowo i rząd, policja, służby celne, Agencja Migracyjna
zupełnie nie wiedzą jak sobie z tym poradzić, zaczęto otwarciej mówić o
rzeczywistości. Niestety, za późno. Ta ogromna fala uchodźców, która w
tej chwili zalewa Szwecję, zmieni ten kraj nie do poznania. Jak – tego
nikt nie jest w stanie sobie w tej chwili wyobrazić. Mam wrażenie, że
dopiero teraz niektórzy zaczynają rozumieć, trochę jak kilkuletnie
dzieci, że kłamstwa prowadzą do konsekwencji. W wypadku Szwecji będą to
konsekwencje, których skutki będzie ponosić wiele pokoleń.
Jest jakiś specjalny powód, żeby przestrzegać Polaków właśnie teraz?
W Szwecji od wielu tygodni rejestruje się dziennie ponad tysiąc
imigrantów. Policja twierdzi, że drugie tyle przybywa, ale się nie
rejestruje. Nikt nie wie kim ci ludzie są i dlaczego nie chcą się
rejestrować. Podobno część z nich jedzie przez Szwecję do Finlandii i
Norwegii. Jeśli napływ imigrantów utrzyma się na obecnym poziomie, do
Szwecji napłynie w przyszłym roku ponad 700 tyś. imigrantów. W ostatnim
tygodniu do Szwecji przybyło ponad 10 tys. imigrantów, z czego 26,6%
podało, że jest z Syrii. Mimo to media nadal od rana do wieczora
powtarzają mantrę, że przybywają ofiary wojny w Syrii i że to nie
szwedzki tylko europejski kryzys, mimo że te tygodniowe 10 tys. to
więcej, niż zarejestrowano w Danii od początku roku. A w stosunku do
liczby mieszkańców to więcej, niż przybywa do Turcji. Bo to nie jest
europejski kryzys, tylko wynik lekkomyślnej polityki imigracyjnej
Niemiec, a przede wszystkim Szwecji.
Szwecja od kilku tygodni już nie ma gdzie lokować przybywających
imigrantów. Pełne są schroniska młodzieżowe, hotele, pensjonaty.
Umieszcza się ich w salach gimnastycznych, namiotach, korytarzach biur
Agencji Migracyjnej. IKEA nie nadąża ze sprowadzaniem materacy do
spania. Z Malmö wyjeżdżają autokary pełne imigrantów i kierowcy mówi
się, żeby jechał powoli w nieznanym kierunku, bo w międzyczasie
pracownicy Agencji Migracyjnej gorączkowo szukają w całej Szwecji
ostatnich wolnych miejsc.
Fascynujący i przerażający jest fakt, z jaką pokorą i oddaniem
pracownicy sektora państwowego wykonują ten czyn likwidacji państwa
szwedzkiego. Pracują dniami i nocami, siedem dni w tygodniu, bez słowa
skargi. Ostatnio nawet król Szwecji zdecydował się na udostępnienie
części swoich nieruchomości, w tym pałaców, dla uchodźców. Poradzą sobie?
Rząd do tej pory twierdzi, że Szwecja sobie poradzi. To nie kwestia
finansów, tylko znalezienia praktycznych rozwiązań, jak to ujęła
minister finansów Magdalena Andersson. Mimo, że tylko wczoraj (9
listopada) do Szwecji przyjechało 741 tak zwanych samotnie
przybywających małoletnich imigrantów, czyli 25 klas szkolnych i kilka
nowych szkół dziennie przyjeżdża. A jeden małoletni kosztuje państwo 1
milion koron rocznie. Reakcją rządu na obecną sytuację jest zamówienie
ekspertyzy (tillsätta utredning), której wyniki mają być gotowe pod
koniec… 2017 roku.
Obserwując polską debatę na temat imigrantów widzę te same
emocjonalne argumenty polityków, ten sam brak rzeczowości dziennikarzy i
ten sam podział na obóz lewicowy, który jest dobry, który chce otworzyć
serce, który chce otworzyć granice, “mamy miejsce i musimy sobie
poradzić z tym strachem przed Obcym” i ten konserwatywno-liberalny “obóz
niedobrych”, którzy chcą kontrolować, chcą liczyć. To jest dyskusja
dobrego ze złym, a nie dyskusja dorosłych ludzi o problemie, który
wpłynie na przyszłe losy naszego kraju i Europy. I do tej dyskusji
należy się solidnie przygotować, najlepiej śledząc błędy, które
popełniły inne kraje. A Szwecja jest najlepszym materiałem szkoleniowym,
bo popełniła tych błędów najwięcej. Jaka jest dzisiaj ta Szwecja, której Polacy nie znają?
Bardzo trudno jest dzisiaj mówić o tym, jaka ta Szwecja jest. To
trochę tak, jak odpowiadać na pytanie, z której strony wieje wiatr,
znajdując się w oku cyklonu. W tej chwili jesteśmy świadkami
największego kryzysu państwa szwedzkiego w historii. Sytuacja zmienia
się dramatycznie z godziny na godzinę, a rząd wydaje się być całkowicie
sparaliżowany. Jeden z publicystów szukając w historii Szwecji
przykładów na większą niekompetencję władzy znalazł jeden tylko
przykład, a mianowicie rządy Gustawa IV w latach 1805-1809, kiedy to
Szwecja przegrała wojnę z Francją i utraciła Finlandię.
W Szwecji mówi się o kryzysie polityki migracyjnej, ale dla mnie to
jest kryzys całego społeczeństwa, narodu, który w pościgu za
nowoczesnością, w pogoni za dobrami materialnymi, utracił wszystko to,
co ważne, wszystko to, co stanowi o naszym człowieczeństwie. Dzisiejszy
Szwed to człowiek słaby i samotny. Bez tożsamości, nie mający oparcia w
rodzinie, religii, historii, nie mający korzeni. Jest jak liść na
wietrze, który leci tam, gdzie wiatr powieje.
Szwecja, którą Polacy znają, to na pewno nie jest dzisiejsza Szwecja,
tylko Szwecja sprzed trzydziestu kilku lat, z okresu, kiedy tam
przyjechałam. Czyli jaka?
Państwo dobrobytu, gdzie żyje się bardzo bezpiecznie, wygodnie, gdzie państwo dba o obywatela.
W Szwecji od 1932 roku, z małymi przerwami, rządzi partia
socjaldemokratyczna i ta partia zawsze mówiła obywatelom: “Jak będziecie
wydajnie pracować i płacić podatki, to już o nic nie musicie się
martwić. My się wami zaopiekujemy; zaopiekujemy się waszymi dziećmi,
waszymi rodzicami, a jak będziecie potrzebować pomocy od państwa to tę
pomoc dostaniecie”. I ci ludzie im uwierzyli. Podatki w Szwecji zawsze
należały do najwyższych w świecie i w tej chwili są tak wyśrubowane, że
już bardziej nie można, ale prowadzi się dyskusje na ten temat.
Przeciętny Szwed płaci średnio 71,3% podatków, dochodowego i VAT.
Rezultat jest dzisiaj taki, że roczne dzieci oddaje się do żłobka –
to się nazywa przedszkole w Szwecji – a matka idzie do pracy. A w
Szwecji pracuje się 8 godzin, plus przerwa na lunch i czas na dojazd do
pracy. I te dzieci oddaje się na 10 godzin do przedszkola, które kiedyś
było bardzo fajną placówką pedagogiczną, a w tej chwili jest
przechowalnią, bo państwo ma coraz mniej pieniędzy. Po 10 godzinach
matka wraca, zabiera dziecko do domu, sadza dziecko przed telewizorem,
odgrzewa w mikrofalówce jakieś jedzenie i kładzie dziecko spać.
Instytucja dziadków jest tu nieznana. Ja nigdy, w ciągu 34 lat w
Szwecji, nie poznałam rodziny, która mieszkałaby ze swoimi starymi
rodzicami – taka sytuacja praktycznie w Szwecji nie występuje. Dużo
ludzi starszych mieszka w swoich mieszkaniach, gdzie dostają pomoc od
gminy, przychodzi pani raz czy kilka razy dziennie – na kilka minut, bo
to już też jest bardzo wyśrubowane – albo są w domach dla starszych
ludzi i tam z powodu oszczędności mają coraz gorszą opiekę.
Są całe pokolenia dzieci, które zostały w taki sposób wychowane.
Produkt tego kolektywnego wychowania to osobnik społecznie
przystosowany, który nie jest w stanie samodzielnie myśleć, podejmować
samodzielne decyzji i radzić sobie z konfliktami