n e v e r l a n d d

- ANTISOZIALISTISCHE ELEMENTE - *** TA MI OTO PRZYPADŁA KRAINA I CHCE BÓG, BYM W MILCZENIU TU ŻYŁ * ZA TEN GRZECH, ŻE WIDZIAŁEM KAINA ALE ZABIĆ NIE MIAŁEM GO SIŁ *** " DESPOTYZM przemawia dyskretnie, w ludzkim społeczeństwie każda rzecz ma dwoje imion. " ******************** Maria Dąbrowska 17-VI-1947r.: "UB, sądownictwo są całkowicie w ręku żydów. W ciągu tych przeszło dwu lat ani jeden żyd nie miał procesu politycznego. Żydzi osądzają i na kaźń wydają Polaków"

Archiwum

POGODA

LOKALIZATOR

A K T U E L L






bezprawie.pl
"Polska" to kraj bezprawia

poniedziałek, grudnia 17, 2012

Dziwny świat. PRL 1981


Jak kapral Smol prezydentem nie został

Wiktor Smol 
Wspomnienia Tuska są mgliste jak smoleńska mgła.(...) Wspomnienia prezesa są jeszcze bardziej mętne.
 
Pomimo, że byłem kapralem jak pewien „Bolek” i pomimo tego, że ja na pewno skoczyłem przez płot: po wykluczeniu legalnego wyjścia przez bramę innej drogi nie było – a za płotem jak na złość z żadnej strony nie było żadnej wody, co wyklucza możliwość skorzystania z motorówki. Nasze motorówki desantowe – pełnomorskie kutry z silnikami diesla stały w hangarach na specjalnych platformach i czekały cierpliwie na kolejną wyprawę.

Pomimo tych oczywistych uwarunkowań i przeszkód (brak wody za płotem) nie zostałem prezydentem. Nie wiem, czym to tłumaczyć. Może to wina braku wspomnianej wody, a może braku znajomości z właściwym Mietkiem, tych niewłaściwych znałem kilku. A może jedno i drugie i trzecie – brak jakiejkolwiek współpracy z SB włącznie z brakiem podpisu jakiegokolwiek świstka, czy blankietu potwierdzającego przyjęcie doli za donoszenie.
Dziś nie muszę kręcić, że kapral Smol coś tam podpisał, ale nie współpracował i że wywiódł całą SB na manowce i utarł im nosa. Otóż kapral Smol ani nie współpracował, ani nikogo z SB w tamtym czasie nie znał i nie musiał wyprowadzać na manowce.
Kapral Smol w tamtym pamiętnym czasie poszedł w kamasze. Nie żeby ot tak sam ochoczo na ochotnika pchać się do woja. Poborowy dostał bilet i poszedł bez zbędnych ceregieli. Ale wpierw poborowy Smol ukończył kurs spadochronowy w Łodzi, potem zrobił zawodowe prawo jazdy i to wszystko za państwowe socjalistyczne pieniądze PRL. W tamtym czasie normalny młodzieniec żeby nie zostać okrzyknięty niedorajdą, czy dupą wołową bez zaliczenia wojska, nie kombinował jak koń pod górę tylko zacisnął zęby i oczom nakazał milczeć, a sercu dziewczyny czekać. Po czym wypił ile się dało, bo większość na trzeźwo tego faktu znieść nie mogła i wsiadł do pociągu byle jakiego i zanim otrzeźwiał był już łysy jak kolano w przydużych często niekompletnych łachach i przydużych lub, co gorsza, przyciasnych buciorach.

Smol do wojska trafił w wieku 22 lat. Rówieśnicy już wyszli, albo w najgorszym przypadku wychodzili do rezerwy. Ot tak się złożyło. W każdym bądź razie po okresie unitarnym zaczęła się normalna służba. Czas między zimowym a wiosennym poligonem jakoś tam mijał. Samodzielny batalion nie był miejscem ani złym ani dobrym. Kadra nie była wredna a żołnierze nie najgorsi. Były przepustki i urlopy. A jak zabrakło jednego czy drugiego to w końcu był ten upragniony płot.

Wojna, którą ogłosił generał Jaruzelski zastała kaprala Smol w sytuacji o tyle dwuznacznej o ile dwuznacznie można podejść do tzw lewizny, na którą oddalił się Smol. Otóż kapral zamiast bronić ukochanej socjalistycznej ojczyzny i stanąć w nocy w pełnym rynsztunku z bronią u nogi spoczywał błogo bez odzienia, być może nawet w nogach, dziewczyny do której był trafił po wcześniejszym wychyleniu silniejszych trunków.
Około dziewiątej rano – i nie ma to nic wspólnego z Telerankiem, albowiem kapral Smol był zajęty zgoła czym innym niż wgapieniem się w srebrny ekran – rozległ się okrzyk z sąsiedniego pokoju: „wojna!”.
„Cóż skoro wojna, to wojna” – pomyślał kapral i zaczął się zbierać. Ale nie wpadł w panikę i nie do jednostki zaraz się udał. Otóż, kapral doskonale wiedział, którzy z jego żołnierzy są na urlopie lub przepsustach i gdzie ich szukać. Wsiadł do pociągu i odszukał, wpierw płetwonurka Janusza R*czyńskiego, potem kilku innych. Do koszar  wrócił sam nocą i nie wszedł bynajmniej bramą główną tylko skoczył raz jeszcze przez płot.

W batalionie panował totalny rozpieprz, co nie uszło uwadze kaprala. Zebrał myśli po czym odszukał swojego oficera. Po rozmowie dowiedział się, że z dniem ogłoszenia stanu wojennego z rozkazu jest na etacie chorążego i skoro nie wyjechał z częścią batalionu do Zielonki pod Warszawą, to ma zająć się organizacją życia w nowych warunkach dla rezerwistów i „zaginionych w akcji”*

W tydzień po ogłoszeniu wojny z własnym narodem w kierunku Warszawy wolno posuwała się niewielka kolumna samochodów. To co na trasie ujrzał kapral Smol to wielka smuta, wielki rozgardiasz. Co kawałek na poboczach lub wprost na drodze stały rozmaite wojskowe samochody. Jednym skończyło się paliwo, inne nie chciały jechać dalej z powodu awarii a jeszcze inne zwyczajnie się zawieruszyły. Taki stan trał prawie miesiąc. Gdyby ktokolwiek poważnie myślał żeby napaść na Polskę, to nie mógłby sobie lepszego momentu wybrać – ten był wyborny. Totalna rozpierducha. Dziś zapewne jest jeszcze gorzej. Polska za przyczyną politycznych bałwanów, a być może nawet zdrajców, całkowicie straciła zdolności obronne. Nielicznych obiektów wojskowych pilnują agencje ochrony mienia!

Część batalionu kaprala Smola stacjonowało w nowo otwartym hotelu robotniczym w Zielonce.
24 grudnia rano kapral został wezwany do szefa sztabu i zastępcy ds politycznych majora Po*sakiewicza i tam się dowiedział, że weźmie udział w kolacji wigilijnej z generałem Wojciechem Jaruzelskim. Samochód kilka godzin objeżdżał Warszawę co chwila zatrzymując się w różnych jednostkach. W końcu skompletowano ekipę na wieczerzę wigilijną z generałem i odjechali w kierunku Wesołej. Było już mocno ciemno. Mroźne powietrze przeszywało płuca a w głowie tłukły się myśli. W naprędce przygotowanej szatni szesnastu żołnierzy rozmaitych formacji zostało broń i wierzchnie okrycia.

W niewielkiej sali podzielonej na dwie części stały dwie kamery, za stołem prezydialnym siedział Jaruzelski z Kiszczakiem i bodajże gen. brygady Baryła i kilku innych w tym znany z telewizorów wojskowy spiker w stopniu porucznika.
Zanim żołnierzy wprowadzono na salę polecono, aby zachować powagę i spokojnie i rzeczowo wygłosić swoje kwestie przygotowane przez politruków. Stół dla żołnierzy był skromnie zastawiony posiłkami. Mimo zachęceń do podzielnia się „swoimi” refleksjami nikt specjalnie nie rwał się aby zabrać głos. Kapral Smol, podobnie jak dziesięciu innych, nie zabrał głosu. Kolacja była udana – tak ją określił generał. Kiedy kamery zostały wyłączone stół został raz jeszcze zastawiony i żołnierze, już bez udziału generała i jego świty, mogli w milczeniu zjeść sytą kolację z dwunastu potraw.

Droga powrotna szybko minęła w kompletnej ciszy. Wiadomość, że kolację z generałem obejrzy cała Polska nie cieszyła większości jej uczestników. Żołnierzy rozwieziono i nigdy więcej się już nie spotkali w tym składzie.
Z tego co dziś wiadomo materiał był na tyle słaby, że nie wszedł na antenę i leży w archiwach niejawnych dawnego departamentu MSW.

Kapral Smol tego dnia nie był szczęśliwym człowiekiem. Nie napawała go optymizmem wizja, że w telewizji zobaczą go najbliżsi i znajomi. Złościła go nowa sytuacja i perspektywa wydłużonej służby z nieznanym terminem jej zakończenia. Wkurzało wstrzymanie przepustek i urlopów i nagła tęsknota do swojej macierzystej jednostki z płotem, który przyskakiwało się na raz i w niecały kwadrans można było już cieszyć się widokiem zgoła innym niż widok kolegów w mundurach.

Dawno było, a jakby działo się wczoraj. Wspomniany płetwonurek Janusz R*czyński już w pierwszych godzinach po ogłoszeniu stanu wojennego brał udział a akcji ratowniczej i poszukiwawczej wydobycia załogi czołgu, który spadł do kanału elbląskiego na trasie Elbląg - Gdańsk.
Dowódca czołgu, podporucznik SOR, i dwóch kaprali nie mieli żadnych szans. Czołg spadł wieżyczką w dół. Z późniejszej relacji Janusza okazało się, że jego ekipa pilnie szukała karabinu z wieżyczki czołgu – bezskutecznie. Tym faktem wielce zbulwersowany był szef kontrwywiadu wojskowego S. Wa*da.

Kapral Smol znał wielu żołnierzy w tym również kilku kaprali, którzy podobnie jak on skakali przez płot. Nie zdarzyło się jednak, aby któryś z nich został prezydentem choćby najmniejszego miasta.

Wspomnienia Tuska są mgliste jak smoleńska mgła.
Dziwi fakt, że jego bliscy koledzy i koleżanki jak np. Marek Sa*owski, Maryla Ba*ziąg zostali internowani, a on – opozycyjny dziennikarz – nie.
Wspomnienia prezesa są jeszcze bardziej mętne. Jeden z szefów ochrony aresztu na Kurkowej w Gdańsku twierdził, że prezes przebywał jakiś czas w tamtym miejscu i tam został skrzywdzony. Stąd zapewne ta awersja do mężczyzn kochających inaczej. Jeśli na to dodatkowo nałożymy fakt, że za dojścia do władzy PIS próbowano w rządzie dać posadę dla byłego naczelnika aresztu na Kurkowej, który ma na swych rękach krew opozycjonistów, to historia ta może mieć coś na rzeczy.
Dziwny jest ten świat i dziwne, często poplątane są ścieżki człowieczego losu.

niedziela, grudnia 16, 2012

1. ziarno Prawdy ślepej qqrr..y


PONIEDZIAŁEK, 10 GRUDNIA 2012


pijany generał Błasik


Z dużym zainteresowaniem obejrzałem konferencję prasową premiera Tuska, na której zapowiedział zmiany w służbach specjalnych. W skrócie, premier powiedział, że odbierze   cześć uprawnień ABW i przekaże je innym (innej) służbom. Szczególnie zaciekawiły mnie  dwa  zdania, które rzucił Donald Tusk. Mianowicie, że paląca potrzeba reformy w pierwszej kolejności dotyczy właśnie ABW. Co do innych służb, potrzeba ta jest nieco  mniejsza. Dodał także, że do końca roku powstaną plany reorganizacji ABW, po to, aby sytuacje, takie jak  afera Amber Gold nie powtórzyły się w przyszłości.  Ciekawe. 

Panie premierze, a może, jeśli podjął pan decyzję  o reformie, to reformować głębiej i szerzej, bo wydaje się, że „paląca potrzeba” reformy dotyczy nie tylko ABW.
Za chwilę  podam kilka faktów na  potwierdzenie tych słów, wcześniej jednak mała lecz konieczna dygresja.

Mam określony stosunek do mediów społecznościowych – pominę szczegóły , nie chcę się denerwować. Podobne uczucia towarzyszą mi, gdy myślę o internetowej publicystyce  -  parodia, fanfaronada, częściej zwyczajne dno.  Więcej z tym wszystkim  problemów i szkody niż pożytku, bo zalew dezinformacji i anonimowych wrzutek w istotnych tematach  jest aż nadto widoczny. 

W tym blogu nie chcę więc pisać z ornamentami, używając trudnych, zapomnianych słów. Wystrzegam się przymiotników, ręka drży przy wielkich słowach.  Gdybym jednak zaczął ( dla zabawy i perwersyjnej grafomańskiej przyjemności )  płodzić teksty oparte na wyróżnikach , które przed chwilą  wskazałem, myślę, że, najdalej  po drugim zarzuciłbym to zajęcie. Dlaczego? Wyjaśnię. Otóż od komentowania faktów i rzeczywistości wokół nich powstałej zdecydowanie wolę same fakty. Nie interesują mnie interpretacyjne harce, mniej lub bardziej udane intelektualne wynurzenia. Drażnią   kontestacje oparte na przekonaniu o własnej wielkości.  Od tego są inni. Ja wolę zdobywać informację. Wolę przedstawiać i odsłaniać, niż być widzem skazanym na(często naiwną)  wiarę. Do własnych ustaleń mam zaufanie. Z nich, bez z nadmiernego ryzyka mogę próbować składać  obraz interesujących mnie spraw.  Mówi się, że z  faktami się nie dyskutuje. Na potrzeby tego tekstu mogę przytoczyć jeszcze kilka oczywistości o faktach, ale ograniczę się do następującej: Fakty podlegają analizie.

Fakty - to powód dla którego powstał ten blog. 

 Koniec dygresji.   

Pewnie długo pamiętać będziemy burzę jaka  wybuchła po konferencji (ręka zadrżała przy słowie spektakl) prasowej, na której generał T. Anodina, reprezentująca  MAK oznajmił światu, że podczas lądowania rządowego TU na lotnisku  Siewiernyj pod Smoleńskiem,  polscy piloci, bojąc się prezydenta,  (prawdopodobnie  wbrew sobie)  wykonywali rozkazy pijanego  generała Błasika, co doprowadziło do tragedii.  Ile warte były te informacje, dziś już chyba wiemy.  Po co więc przedstawiciele MAC – u, poważni i, jak zakładam rozumni Rosjanie, zaprezentowali tę informację?  Jaką wagę miała ( ma ) ta informacja? Mogę oczywiście zbudować model teoretyczny i spróbować wyjaśnić to posunięcie, jednak wolę  posłużyć się  faktami.  

 Będąc na miejscu katastrofy nieustannie szukałem możliwości przedostania się za kordon rosyjskich służb i wojska, które szczelni odgrodziły lotnisko od dziennikarzy i gapiów.  Wpadłem na bezczelny pomysł. Poprosiłem współpracowniczkę  , która towarzyszyła mi w Rosji w charakterze tłumacza  aby zadzwoniła do Moskwy, do urzędnika  ministerstwa spraw nadzwyczajnych i w ostrych słowach poinformowała go, że reprezentujemy polską telewizje i , że mimo obietnicy  moskiewskiej prokuratury , którą otrzymaliśmy kilka godzin temu, służby w Smoleńsku    nie chcą nas wpuścić na teren lotniska. Prymitywny blef, ale o dziwo poskutkował. Po chwili, jeden z rosyjskich prokuratorów przyszedł pod bramę lotniska,  wykrzyczał nasze nazwiska a my czym prędzej przybiegliśmy do niego. Pokazaliśmy nasze dokumenty. Prokurator odgiął drut, który służył za kłódkę i wpuścił nas na teren lotniska Siewiernyj. Wśród dziennikarzy zawrzało. To zrozumiałe, bo wszyscy chcieli być na naszym miejscu i każdy chciał mieć zdjęcia z samego centrum katastrofy.  Pierwsze zdjęcia z tego terenu, które trafiły do Polski  były efektem właśnie tego blefu. Tak czy owak znaleźliśmy się po drugiej stronie. Operator zaczął kręcić a ja rozejrzawszy się poszedłem w miejsce, gdzie znajdowali się przedstawiciele naszych i rosyjskich służb.  Były to teren, na którym rozbito duże wojskowe namioty a przed nimi ustawiono kilka  długich stołów.  Namioty i stoły odgrodzone były od reszty terenu rozpiętą na drewnianych palikach kolorową taśmą. Na stołach układano to, co znaleziono w rumowisku. Śledczy krzątali  się przy stołach segregując przedmioty należących do ofiar. Widok ten nie należał do najprzyjemniejszych. Buty, torebki, marynarki, mundury, telefony. Wszystko ubłocone, zniszczone.  Obserwowałem jak posegregowane rzeczy trafiały do foliowych worków, które następnie  zabierali Rosjanie. Kilkadziesiąt metrów za namiotami ciężki sprzęt budowlany szarpał wrak Tupolewa. Mówiono, że wciąż szukają ciał. Kiedy przyglądałem się temu wszystkiemu, do jednego z naszych przedstawicieli ( był w mundurze z polską flagą na ramieniu) podszedł ktoś z rosyjskich służb.  Prokurator? Ubrany był w  zwyczajne, cywilne ciuchy. Towarzyszyła mu jeszcze jedna osoba. Mężczyzna. Stałem może 20 metrów od nich. Rosjanin wyjął teczkę spod pachy a z niej  kilka kartek. Część zapełniona drukiem , cześć zapisana pismem odręcznym. Zainteresowany podszedłem bliżej. Szybko zrozumiałem się, że trzecia osoba ta to tłumacz. Wszyscy usiedli przy jednym ze stołów przed namiotem. Rosjanin odczytywał tłumaczowi  kolejne zdania  a ten, po polsku dyktował jej naszemu przedstawicielowi, który z kolei skrupulatnie wszystko notował. Zorientowałem się , że tłumaczone dokumenty to wyniki badań krwi ofiar i wstępne oględziny miejsca katastrofy a w zasadzie kwestie dotyczące szczegółów położenia kabiny pilotów. Stanąłem na tyle blisko, że słyszałem każde ich słowo. Moja obecność jeszcze nikogo nie niepokoiła , być może brano mnie za osobę pracują na miejscu katastrofy?

 Z tłumaczonej treści jasno wynikało kilka  kwestii.

Po pierwsze:
Rosjanin odczytał tekst mówiący o tym, że z oględzin, których dokonano na miejscu katastrofy  wynikało jasno, że w kabinie pilotów nie było  osób trzecich. Nie potrafię powiedzieć skąd Rosjanin miał te informacje.  Nie wiem też na ile ten stan rzeczy mógł ulec zmianie i czy w następnych dniach  pojawiły się informacje przeczące temu co usłyszałem. 

Po drugie: Ten sam Rosjanin odczytał fragment dotyczący obecności alkoholu we  krwi  ofiar katastrofy. Jasno wynikało z niego, że żadna z osób będących w kabinie pilotów nie piła alkoholu w dniu katastrofy . Nikt nie był także pod wpływem substancji odurzających.  Nikt, to znaczy, że generał Błasik także. I w tym przypadku również  nie wiem czy badania te były ostatnimi i czy kilka dni później kolejne  badania ( zaznaczam – jeśli były) nie przyniosły innych wyników?

Nie wiem jak obszerny i co jeszcze zawierał dokument odczytywany przez Rosjanina. Nie wiem, bo kiedy Rosjanin zorientował się, że nasłuchuje, przestał czytać i  wskazując palcem zapytał o mnie polskiego śledczego. Skracając opowieść, napiszę, że zaraz potem, wraz z operatorem, tłumaczką i współpracownikiem zostaliśmy wyprowadzeni z terenu lotniska. Nie pomogły żadne argumenty. 

Tak więc dzień po katastrofie polscy śledczy otrzymali informacje, które diametralnie odbiegały od tego, co na słynnej konferencji prasowej przedstawiła T. Anodina.  Rzeczywistośc dzień po katastrofie bardzo rózniła się od tej narysowanej prze ekspertów Maku - u. Jak to możliwe?  

Czy sytuacja  zastana na miejscu katastrofy przez rosyjskie i polskie służby mogła wyglądać w taki sposób, że nastręczała trudności nawet w ogólnym  opisie i pobieżnej analizie? Czy jednym razem śledczy wykluczali obecność osób trzecich w kabinie a innym  jednak dostrzegali ich ślady? Czy pierwsze badanie krwi obarczone było błędem, który spowodował jego zakwestionowanie i konieczność ponownej analizy, która tym razem wykazała alkohol w ciele generała Błasika?  Te pytania rodzą kolejne: Czy general wogóle był w kabinie pilotów?
 Podążając takim tokiem myślenia należy przyjąć, że żadne badanie nigdy nie da pewności ani żadnej pewnej odpowiedzi, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto podważy metodę, bądź okoliczności ,w których przeprowadzono  badanie. Takie założenie to przecież kompletny nonsens.
Jeśli więc zdajemy sobie sprawę ,że to nonsens, to w takim razie jaki tok myślenia przyświecał śledczym z MAK – u prezentującym swoje ustalenia? Czego jak czego, ale inteligencji nie można im odmówić.  

Stając na polskim gruncie śledztwa  zadam  pytania: 

1.     Czy protokół, który sporządził polski śledczy znajduje się w aktach polskiego śledztwa w sprawie katastrofy Tu154? 

2.     Czy komisja J. Millera znała ten dokument? 

3.     Jeśli nie ma go w aktach a członkowie rządowej komisji  również o nim nie wiedzieli, pojawia się pytanie: Dlaczego? I kolejne: Co się stało z tym dokumentem? 
4. Jesli jednak dokument jest znany, to dlaczego nie został pokazany opinii publicznej jako argument przeciw oskarżenim ze strony MAK - u?

Jeśli na postawione  pytania odpowiedź brzmi „nie”, bądź „nie wiem”,
 to zdaje się, że mamy problem, panie premierze.  Wygląda na to, że ktoś kręci najważniejszym śledztwem w tym kraju.  Kto? Odpowiedź z gatunku oczywistych.  

Po konferencji prasowej w sprawie reorganizacji ABW odniosłem wrażenie, że premier szczególnie ciepło myśli o jednej z naszych służb, której  zamierza  powierzyć większość zadań odebranych w przyszłości Agencji Bezpieczeństwa. Powstrzymam się od  komentarza. Wrócę do postulatu reform.